
Właśnie zadebiutowały nauszne słuchawki z ANC Beyerdynamic AVENTHO Y. Producent podkreśla swoje profesjonalne korzenie i obiecuje wiele. Sprawdziłem, jak te zapewnienia mają się do rzeczywistości.
Zanim przejdę do wrażeń z odsłuchu i oceny wyglądu oraz jakości aktywnej redukcji hałasu kilka słów na temat specyfikacji słuchawek i ich rynkowego otoczenia.
Beyerdynamic AVENTHO Y – co trzeba wiedzieć?
Beyerdynamic AVENTHO Y zostały wycenione na 649 zł, co czyni je konkurentami chociażby Sony ULT Wear, JBL Live 780NC czy Soundcore Space 2. Mówiąc o profesjonalnym DNA produktu producent daje do zrozumienia, iż możemy spodziewać się echa tego, iż na co dzień oferuje sprzęt studyjny dla zawodowców.
Beyerdynamic AVENTHO YSercem zamkniętej konstrukcji nausznej są spore, 45-milimetrowe przetworniki dynamiczne – nieco większe niż u wzmiankowanej konkurencji (40 mm). Deklarowane pasmo przenoszenia wynosi od 20 do 20 000 Hz – czyli pokrywa się mniej więcej z możliwościami ludzkiego słuchu. Tym, co ma wyróżniać ten model jest kwestia zasilania. Bateria o pojemności 650 mAh ma pozwalać na 90 godzin odtwarzania bez ANC. Z włączoną redukcją szumów czas ten wynosić ma 60 godzin. Prawdziwą rzadkością na rynku konsumenckim jest wymienna bateria, co drastycznie wydłuża potencjalną żywotność sprzętu.
Gniazdo baterii znajdziemy pod nausznikiemNie zabrakło szybkiego ładowania – 5 minut pod kablem USB-C ma zapewnić dodatkowe 6 godzin pracy, a uzupełnienie energii od zera do pełna zajmuje niecałą godzinę. Czy to się potwierdza w praktyce? Naładowałem słuchawki pod koniec ubiegłego tygodnia, słucham muzyki po 2-3 godziny dziennie i przez cały czas po ich włączeniu pojawia się komunikat „Battery – high”.
W kwestii łączności otrzymujemy moduł w standardzie Bluetooth 6.0 z zasięgiem do 20 metrów oraz niezbędną w dzisiejszych czasach obsługę funkcji multipoint, czyli równoczesnego łączenia się więcej niż z jednym urządzeniem. Słuchawki wspierają kodeki SBC i AAC oraz profile HFP, A2DP i AVRCP.
Tyle teorii. Przejdźmy do praktyki.
Beyerdynamic AVENTHO Y – wygląd i funkcje
Beyerdynamic AVENTHO Y ważą 316 gramów. Z jednej strony to kilka i nie będą mocno wyczuwalne na głowie, z drugiej, czujemy je w dłoni i mamy poczucie, iż nie obcujemy z tandetą. Konstrukcja pałąków opiera się na aluminiowych prowadnicach i zawiasach ze stali nierdzewnej.

Ciekawostką jest projekt muszli, wewnątrz której ukryto schowek na wymienną baterię oraz opcjonalny moduł USB-C. Modułowość to w ogóle mocna strona AVENTHO Y – pady ze skóry PU są mocowane magnetycznie, dzięki czemu łatwo je wymienić na przykład na opcjonalne nauszniki welurowe. Słuchawki można będzie również rozbudować o doczepiany mikrofon na wysięgniku.
W pudełku, oprócz zestawu, znajdziemy miękkie etui, kabel USB-C służący zarówno do ładowania, jak i przewodowej transmisji audio. Model debiutuje w czterech wersjach kolorystycznych: Liquid Black, Blue Fusion, Soft Jade oraz Peach Blush.
Dominuje miękka i przyjemna w dotyku skóra ekologiczna. Można powiedzieć, iż procentowo stanowi większość konstrukcji. Znajdziemy ją na nausznikach oraz stykającej się z głową części pałąka. Na lewej słuchawce umieszczono przycisk zasilania i przełączania trybów ANC. Na prawej przycisk głośności i funkcyjny. Przyciski są spore, dzięki czemu mamy do nich łatwy dostęp.
Nauszniki nie są największe, ale zakrywają całą małżowinę. Dobrze odcinają pasywnie od otoczenia. Sprzęt oferuje trzy tryby działania – transparentny, wyłączona aktywna redukcja szumu (ANC) i aktywna ANC. Na co dzień operowałem między trybem przejrzystym, a ANC. Pierwszy przebija się przez pasywne tłumienie i będziemy mogli bez przeszkód prowadzić rozmowę w słuchawkach na głowie. W trybie wyłączonego ANC jesteśmy zdani na pasywne odcięcie. Z kolei aktywne ANC zapewnia niezłą redukcję hałasu. Głośno prowadzona rozmowa obok jest słyszalna, ale przestaje być nachalna. Odgłosy z ulicy również są stłumione. Z oczywistych względów, nie jest to najlepsze ANC na rynku, ale na tyle dobre, by wytłumić przeszkadzajki i ostre hałasy do akceptowalnego poziomu.

Beyerdynamic AVENTHO Y – jakość dźwięku
Nie wiem, czy zgodnie z zapowiedzią producenta w AVENTHO Y słychać echa profesjonalnego DNA. Jestem trochę rozwydrzony, bo na co dzień korzystam ze słuchawek otwartych, oferujących dużo „powietrza” i przestrzeni. Opisywany model siłą rzeczy musi być zamknięty, dlatego konieczne było przyzwyczajenie się na nowo do tego ograniczenia.
I co mogę stwierdzić. Za przykład niech posłuży playlista Składanka pełna smutku. Dlaczego ona? Bo, po pierwsze, radosna sztuka mnie przygnębia (jak powiedzieć miał kiedyś Nick Holmes z Paradise Lost). Po drugie, zawiera, bardzo różne utwory – jak lekkie i czyste „Untamed” Lunatic Soul, ale i znacznie mocniejsze i black metalowe „Ignem Veni Mittere” Watain. Innymi słowy oferuje dobry przekrój dla sprawdzenia różnych aspektów brzmienia.
Ucieszą się zwolennicy basu. Jest on wyraźny, dzięki czemu dobrze słychać gitarę basową czy stopę. Na szczęście producent nie przesadził i nie będzie nas męczył łomot. Słychać za to sporo góry. We wzmiankowanym już utworze „Untamed” Lunatic Soul wokal brzmi czysto, fortepian w tle jest wyrazisty i soczysty, gitara na cleanie subtelna, ale nasycona. Jednocześnie wyraźna jest linia basu. Podobne odczucia miałem w utworze „Lovesong” The Cure. Na początku złapałem się na tym, iż góry być może jest nazbyt wiele, ale doszedłem do wniosku, iż wynika to raczej ze specyfiki utworu. Ostatecznie stwierdzam, iż mamy tu niezły balans między dołem i górą. W przypadku ostrzejszych brzmień, jak choćby w utworze „Nie pamiętam siebie” grupy Dom Zły, na uwagę zasługuje bardzo przyzwoita selektywność. Wyraźna jest nie tylko perkusja, ale również bardzo metalowe gitarowe tremolo picking. Analogicznie było w jeszcze ostrzejszym kawałku „These Vengeful Winds” Immolation. Tu dzieje się bardzo wiele, ale słyszymy szczegóły, a nie tylko ścianę dźwięku.
Ok, spróbuję wyjść ze swojej metalowo-rockowej niszy i opisać, jak słuchawki sprawdzają się w bardziej popularnych gatunkach. „The fate of Ophelia” Taylor Swift przez cały czas nie zachwyca, ale słyszę tu ładnie zbalansowany wokal współgrający z basową linią melodyczną. Nie jest płasko, ale dość soczyście. Zwróciłem uwagę na auto tune, choć wokalistka podobno rzadko z niego korzysta.
Na brak dołu nie narzekałem w hip hopie. „When the shit goes down” Cypress Hill ma wyraźną, wręcz transową linię basu. Jednocześnie loopy w tle są świetnie słyszalne. Nie ucierpiał żaden istotny szczegół utworu.
Beyerdynamic AVENTHO Y – czy warto kupić?
Powyższe opisy brzmią nazbyt optymistycznie? Nie, nie przesadziłem, ale również nie zamierzam twierdzić, iż brzmienie zbliża się do drogich i zaawansowanych modeli słuchawek. Rozpatruję je w kontekście ceny i półki, na której AVENTHO Y zostały umieszczone. I w takim kontekście brzmią one naprawdę dobrze.
W porównaniu z dwa razy droższą konkurencją (np. Bowers & Wilkins Px8 1. gen.) brakowało mi nieco przestrzeni i selektywności, a dźwięk był dla mnie za bardzo „zbity”. W zestawieniu z kablowymi słuchawkami otwartymi (Philips Fidelio) jeszcze bardziej tęskniłem za „powietrzem”. Wspominam o tym, bo na co dzień używam takiego sprzętu, ale uczciwie zaznaczam, iż nowy produkt Beyerdynamic rywalizuje w innej kategorii i w niej radzi sobie świetnie.
Słuchawki Beyerdynamic AVENTHO Y to produkt dla zdecydowanej większości użytkowników, którzy z jednej strony nie poszukują audiofilskich doznań, a z drugiej, potrzebują aktywnej redukcji hałasu. Sprawdzą się na przykład w open-space’ach – wieloosobowych pełnych gwaru biurach. Są uniwersalne i wygodne.
Czy warto wydać 649 zł? Będzie to niezła cena za przyzwoitą jakość dźwięku i dobrą jakość wykonania. Na uwagę zasługuje modularność i możliwość wymiany akumulatora. Producent założył, iż będzie to sprzęt na lata i jest to godne pochwały.








