
Kładka w Poznaniu wysoka na 13 m i długa na 250 m już nie może cieszyć spacerowiczów, bo korzystanie z niej okazało się niebezpieczne. Wszystkiemu winny jest grzyb.
Była to druga w Polsce nadziemna kładka spacerowa pośród drzew. Miasto zachwalało, iż ścieżka umożliwia poznanie pobliskiej przyrody „z nieznanej wcześniej perspektywy”. Wygląda na to, iż przyroda zrobiła psikusa i przygotowała naprawdę szczegółową lekcję, pozwalając dowiedzieć się o nieznanych faktach. A konkretnie o grzybie o nazwie Niszczyca płotowa.
To właśnie on spowodował, iż kładka od miesięcy pozostaje nieczynna
– Ekspertyza naukowców z Politechniki Poznańskiej jest już gotowa. Dostaliśmy ją w ubiegłym tygodniu i niestety okazuje się, iż realizuje się najczarniejszy scenariusz – powiedział poznańskiej „Wyborczej” Łukasz Polakowski, dyrektor Zakładu Lasów Poznańskich.
Ścieżka została tak zniszczona, iż konieczna jest jej gruntowna przebudowa. W praktyce oznacza to zbudowanie drogi od nowa.
Winne mają być „błędy konstrukcyjne i wykonawcze”, przez co doszło do szybszego zawilgocenia budowli. Tak stworzyły się idealne warunki dla agresywnego grzyba.
Prace remontowe mogą okazać się choćby „dwukrotnie droższe niż pierwsza realizacja inwestycji”. Tymczasem budowa kładki pochłonęła 4,2 mln zł.
Do sprawy odniósł się Urząd Miasta Poznania. Jak czytamy na stronie, badania wykazały, iż drewno konstrukcyjne nie zostało adekwatnie zabezpieczone.
Instrukcje na temat dalszej konserwacji, poczynione przez wykonawcę prac, również nie były prawidłowe. W efekcie doszło do rozwoju grzybów niszczących strukturę drewna i degradacji elementów nośnych. Problem ten ujawnił się dopiero po kilku latach użytkowania – wyjaśniono.
Miasto twierdzi, iż doszło do nieprawidłowości po stronie wykonawcy i dlatego będzie dochodzić swoich praw. Zapowiedziano, iż zostaną podjęte działania w celu odzyskania środków publicznych wydanych na inwestycję.
– Decyzja o zamknięciu obiektu była konieczna. W konstrukcji zidentyfikowano m.in. gnilicę mózgowatą i niszczycę płotową – grzyby powodujące szybki rozkład drewna i utratę nośności konstrukcji. Eksperci jednoznacznie wskazali, iż dalsze użytkowanie kładki wiąże się z ryzykiem. Bezpieczeństwo mieszkańców pozostaje priorytetem – podkreśla urząd na stronach miasta.
W Poznaniu zdają sobie sprawę, iż ścieżka w koronach drzew jest „ważnym miejscem dla spacerowiczów”, dlatego też analizowane są scenariusze, które pozwoliłyby przywrócić mieszkańcom „tę popularną atrakcję”.
Czy kładki w ogóle są potrzebne?
W tym przypadku doszło do zaniedbań, jak wskazują władze Poznania, i dlatego atrakcja zaczęła się sypać. W Łodzi powstał pomysł, aby podobna konstrukcja stanęła w Lesie Łagiewnickim – zielonych płucach miasta, największym lesie położonym w granicach miasta w Polsce. To już całkiem spektakularne miejsce, ale nie dla wszystkich – znaleźli się chętni, aby nieco urozmaicić przestrzeń pomiędzy drzewami i postawić wysoką trasę dla spacerowiczów.
Mieszkańcy uważają, iż to robienie z lasu Disneylandu i moim zdaniem mają rację. Las jest wyjątkowy takim, jakim jest.
– Nie ma naszej zgody na to, by pod hasłami komercjalizacji zamieniać nienaruszony, dziki las w park rozrywki. Całą siłą Łagiewnik jest ich naturalność, cisza i spokój, który daje schronienie zwierzętom oraz wytchnienie ludziom. Nie musimy poprawiać natury ani budować sztucznych atrakcji, by doceniać to miejsce – apelują autorzy odpowiedzialni za profil Społeczny Komitet Ochrony Julianowa.
Trudno rzecz jasna traktować poznański przykład jako przestrogę czy wręcz ostrzeżenie. Tam doszło do zaniedbań i być może dałoby się uniknąć kłopotów z grzybem. Nie zmienia to jednak faktu, iż może czasami jednak warto nie uatrakcyjniać przyrody na siłę. Ot tak, na wszelki wypadek.
Zdjęcie główne: Urząd Miasta Poznania














