Inspiracją do napisania tego tekstu była wizyta w małej miejscówce gdzieś pod Białymstokiem. Celowo nie piszę gdzie – choć możecie ją zobaczyć na filmie. Dlaczego? Bo jest położona w środku lasu i jest nielegalna. Jeżdżąc i ciesząc się świetnymi ścieżkami, cały czas miałem z tyłu głowy myśl, iż jej największą siłą jest właśnie to, czym jest dziś. Jest tam niewielu ludzi, bo niewielu w ogóle wie, gdzie to miejsce się znajduje. I właśnie dzięki temu jest genialne – przytulne, wyjątkowe, nietknięte.
Przede wszystkim trasy nie były zniszczone. I nie dlatego, iż jest ich mało. Przejechałem siedem różnych traili, z czasami przejazdu od minuty do półtorej. A to tylko część tego, co tam istnieje. Wszystkie miały jednak jedną wspólną cechę: były w bardzo dobrym stanie. jeżeli czytacie regularnie moje teksty i zaglądacie do nas, wiecie, iż jeździmy w wielu miejscach – tych mniej i bardziej legalnych, mniej i bardziej popularnych. I nie da się ukryć, iż często reguła jest brutalnie prosta: to niekoniecznie te legalne są najfajniejsze.

Może choćby inaczej – często wolę te nielegalne, właśnie z powodu mniejszej liczby ludzi. Ale jednocześnie doskonale widzę, co to oznacza zarówno dla przyrody, jak i dla stanu samych ścieżek. Dlatego u progu Nowego Roku coraz częściej myślę o potrzebie znalezienia stanu równowagi, w którym legalne i mniej legalne trasy mogłyby współistnieć.

Bo jeżeli ludzi ma być więcej, to trasy – a adekwatnie ich utrzymanie – wymagają inwestycji. Mówiąc wprost: pieniędzy. Tylko wtedy są realne szanse, iż ścieżki nie będą ulegały degradacji. Dokładnie to obserwujemy u nas na Radunii, gdzie po całym sezonie trasy są zwyczajnie wyryte. Fajnie, iż ktoś o nie dba i próbuje poprawiać ich stan, ale to już nie jest to, co było na początku. Płynny, gładki loam ustąpił miejsca świątyni korzeni i kamieni.

Dla kontrastu – tuż obok, na Ślęży, gdzie także „krasnoludki” budują ścieżki, od samego początku są one przygotowane na większą liczbę użytkowników. Miejsca podatne na uszkodzenia są wykładane kamieniami i widać, jaki to przynosi efekt. I właśnie dlatego, jeżeli jakieś miejsce ma w perspektywie stać się popularne, jeżeli kopiecie coś z myślą o legalizacji, to trzeba to brać pod uwagę od samego początku. Legalnie znaczy w połączeniu z inwestycją. Bez tego po prostu nie ma to sensu na dłuższą metę.

Jednocześnie nie jestem przeciwny kopaniu nielegalnych traili. Umówmy się – ogromna część miejsc, które dziś funkcjonują legalnie i są ikonami na mapie MTB, zaczynała właśnie w ten sposób. Oddolnie, po cichu, bez pieczątek i regulaminów. To jest po prostu fakt. Nie oznacza to jednak, iż jestem zwolennikiem legalizacji wszystkiego, co istnieje. Legalizacja bez pomysłu na utrzymanie nie ma sensu. A bez realnego utrzymywania tras – ludzi, czasu i pieniędzy – cała ta konstrukcja wcześniej czy później się rozsypie.

Nie boję się też tego, iż nielegalne trasy same w sobie niszczą przyrodę. Znam wiele miejsc, które istniały przez jakiś czas, a po kilku latach z trudem można dziś dostrzec jakiekolwiek ślady po ścieżkach. Wystarczy przypomnieć trasy z zawodów enduro Festiwalu JoyRide z okolicznych szczytów – była też świetna trasa z Lubania – które po kilku latach po prostu się zatarły. Podobnie jest z częścią tras na samej Raduni: nieużytkowane, znikają w oczach.
Paradoksalnie znacznie większe szkody w krajobrazie wciąż dostrzegam po harvesterach sprzed paru lat. Ale to może już moje skrzywienie. Jednocześnie doskonale widać, jak ogromu pracy wymaga utrzymywanie tras legalnych, które są naprawdę popularne. Wystarczy spojrzeć na Srebrną Górę – mimo zimy, koparki pracują tam praktycznie bez przerwy. I właśnie to najlepiej pokazuje skalę wyzwania.
Na koniec jedno: jestem przeciwny kopaniu w miejscach, gdzie nie powinno się tego robić – w obszarach chronionych, rezerwatach i podobnych lokalizacjach. Tego nie da się obronić żadnym argumentem o „funie z jazdy”.
Dlatego powtórzę raz jeszcze: niech wam się kopie aż miło – tylko z głową.
Tekst i zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski









