Google rozpętało bitwę na aktualizacje. Mozilla Firefox właśnie do niej dołącza

8 godzin temu

Zaczęło się od Google, potem podpiął się Microsoft, a teraz Mozilla uznała, iż musi zareagować. Firefox przechodzi na dwutygodniowy cykl wydawniczy. Zamiast czekać miesiąc na łatki, dostaniemy je co kilkanaście dni. Pytanie tylko, czy przeglądarka faktycznie zacznie działać lepiej.

Mozilla nie chce oglądać pleców Google i Microsoftu. Musi zacząć biec tym samym rytmem

Do tej pory twórcy systemu trzymali się twardo swojego 4-tygodniowego kalendarza. Przez cały miesiąc programiści dłubali w kodzie, łatali luki i dorzucali świeże rozwiązania, żeby potem wypuścić jedną, konkretną paczkę.

Jednak giganci najwyraźniej uznali, iż to stanowczo zbyt wolne tempo. Zespół Google Chrome zaczął otwarcie forsować koncepcję 2-tygodniowych aktualizacji jeszcze w marcu tego roku. Oczywiście Microsoft nie mógł odpuścić i gwałtownie pokazał, iż potrafi równie zwinnie modyfikować swoje plany. Zaledwie parę tygodni temu ekipa od Edge’a rzuciła na stół konkretną datę – 27 sierpnia 2026 roku. To właśnie wtedy ich aplikacja jako pierwsza z całej trójki oficjalnie przejdzie na ten ultraszybki tryb wydawniczy.

Natomiast twórcy Chrome’a odpalą swój własny, skrócony harmonogram niedługo później, bo 8 września. Patrząc na to tempo, Firefox zwyczajnie nie miał wyjścia. Gdyby firma została przy starym systemie, wyglądałaby przy rozpędzonej konkurencji wyjątkowo ociężale.

Ogłoszenie cyklu aktualizacji Google Chrome. | Źródło: Google

Częstsze poprawki to mniej paniki i większa stabilność. Tak przynajmniej twierdzą giganci

Dyrektor Mozilli, Sylvestre Ledru, potwierdził zmodyfikowany plan działania dla wydań desktopowych oraz mobilnych na Androida. Pierwsza kompilacja zadebiutuje na serwerach już 1 września tego roku. Mowa dokładnie o Firefoksie oznaczonym numerem 155, który w starych planach miał trafić do sieci dopiero w połowie miesiąca.

Komunikat z obozu Mozilla Firefox. | Źródło: Google Groups

Na razie cała akcja ma status czystego eksperymentu. Deweloperzy zamierzają po prostu zobaczyć, czy taki model sprawdzi się w praniu i czy system nie zacznie krztusić się od nadmiaru ciągłych zmian. jeżeli infrastruktura to wytrzyma, a my nie zaczniemy masowo narzekać na nieustanne instalowanie poprawek, ten krótkoterminowy test ma sporą szansę przerodzić się w stałą politykę firmy.

Po co to całe zamieszanie i drastyczne cięcie terminów o połowę? Zarządowi zależy na tym, żeby gotowe funkcje, załatane dziury i usunięte błędy trafiały na nasze dyski bez zbędnego kiszenia się w deweloperskich szufladach. Mozilla twierdzi, iż ułatwi to życie całej ekipie technicznej. Dzięki takiemu podejściu drastycznie spadnie chociażby ciśnienie związane z tak zwanymi „uplifts”. Chodzi tu o te nerwowe momenty, gdy na ostatnią chwilę trzeba przenosić kod z wersji testowych do stabilnej gałęzi, bo nagle ktoś zauważył krytyczny problem. Od teraz, jeżeli konkretne rozwiązanie nie będzie w pełni dopracowane na wtorek, to najzwyczajniej w świecie poczeka kilkanaście dni na kolejny zrzut.

Z perspektywy zwykłego użytkownika najważniejsze pozostaje to, żeby strony ładowały się błyskawicznie, a pamięć operacyjna nie znikała w niewyjaśnionych okolicznościach. o ile częstsze paczki w tym pomogą, to chyba nikt nie obrazi się za częstsze klikanie przycisku ponownego uruchomienia aplikacji.

Źródło: Neowin / Zdj. otwierające: Mozilla

FirefoxMozillaprzeglądarki internetowe
Idź do oryginalnego materiału