Co roku 8 lipca myślę o Tumu(L)cu. Dziękuję mu, iż milczy

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Kamil Adrian Tumulec stał się właśnie jednym z najpopularniejszych polskich czterdziestolatków – i nie przeszkadza w tym wcale fakt, iż choćby nie wiemy, czy taka postać kiedykolwiek istniała.

Może nie na każdej rodzinnej imprezie, ale na wielu tak często właśnie bywa: bliscy zaczynają wspominać zabawne wydarzenia z udziałem solenizanta. W tym przypadku byłoby o to trudno i to nie tylko dlatego, iż najważniejszej postaci przy stole z nami nie ma – jak zwykle obchodzi urodziny gdzieś w ukryciu, z dala, bez przysługującej mu celebry. My zaś, ci wszyscy wujkowie i ciocie z internetu, mamy dodatkowo skomplikowane zadanie z innego powodu.

Jak tu przypomnieć sobie moment, kiedy pierwszy raz zetknęliśmy się z Kamilem Adrianem Tumulcem? Kiedy zobaczyliśmy charakterystyczną „elkę”, symbol Legii, który bohater ma niemal zawsze przy sobie – nie tylko w sercu, ale i w dowodzie. Który to mógł być rok, kiedy to niezwykłe potwierdzenie tożsamości rozbawiło nas po raz pierwszy i na pewno nie ostatni?

Wikipedia podaje, iż samo zdjęcie dowodu osobistego funkcjonowało w internecie już w 2007 r. Można by dopisać: „co najmniej od 2007 r.”, bo być może gdzieś pojawiło się wcześniej. Wyobrażam sobie, iż fotografia mogła wylądować w dziale „Na Luzie” w CD-Action albo innym piśmie, i iż to właśnie tam zetknąłem się z nią po raz pierwszy. Żadnego dowodu na to nie mam.

Jedno jest pewne – w 2007 r. skan zdjęcia trafia na forum kibicowskie, do tematu „Specyficzne fotki kibicowskie”. „Ludzie, a co w tym takiego nagannego, iż chłopak ma (L) w podpisie?” – pyta jeden z użytkowników. Inny dodaje: „Jak coś jest dla niego życiem to bardzo dobrze, iż ma to choćby w dowodzie, ja go szanuję za to”. Komentujący nie mają wątpliwości, iż to interesująca pamiątka i symbol wielkiej pasji, miłości do klubu. Tumu(L)ec rozbawia, ale i budzi szacunek.

Prawie 20 lat później wiemy tyle samo, co wówczas użytkownicy kibicowskiego forum: niewiele

Nie wiemy, dlaczego Kamil Adrian Tumulec zdecydował się na taki pomysł. Nie wiemy, czemu podpis przeszedł. Możemy tylko zakładać, iż właściciel dokumentu przyszedł na świat 8 lipca 1986 r., jego rodzice to Romuald i Ewa, a historyczny dowód już dawno stracił swoją ważność.

W postaci Tumu(L)ca fascynujące jest to, iż za sprawą zwykłego podpisu przeszedł do historii polskiego internetu. To bohater od samego początku zagadkowy. Fakt, iż nikomu nie udało się dotrzeć do Kamila (ani choćby jego kumpli!), a on sam nie wykorzystał swej niewątpliwej sławy, pozwala sugerować, iż cały dowód jest po prostu mistyfikacją. Zabawną, ale jednak ściemą. „Być może dlatego niektórzy uważają nawet, iż nigdy nie istniał, bo przecież dążenie do popularności wydaje się tak naturalne” – zauważała Olga Drenda w felietonie na łamach „Tygodnika Powszechnego” z okazji 39. urodzin Tumu(L)ca.

Tumulec stał się legendą, bo nigdy nie zdyskontował swej sławy. Nie dał się pokusom pięciominutowej popularności, która z pewnością do niego dotarła. Nie uruchomił podkastu, nie wystąpił w reklamie suplementów, nie wydał e-booka z kursem minimalistycznej kaligrafii, nie wypuścił swoich chrupek we współpracy z siecią sklepów spożywczych – pisała Olga Drenda.

A przecież to wszystko przez cały czas jest możliwe, wystarczy tylko, iż Kamil – a w zasadzie to pan Kamil – wreszcie powie: tak, to ja. W ciągu chwili nadrobilibyśmy stracone lata i za moment wiedzielibyśmy, co pan Tumulec sądzi o wszystkim. Wyznania doprowadziłyby do utraty części fanów, ale za to reszta nabrałaby do niego jeszcze większego szacunku.

Choćby z tego powodu to dobrze, iż nie wiemy, czy Tumu(L)ec istnieje. Niewiedza jest znacznie ciekawsza

Wyobrażam sobie, iż przez lata przypadkowa – i niechciana? – popularność musiała być piekielnie trudna. Pewnie na początku choćby nie przyszłoby komukolwiek do głowy, iż mógłby w jakiś sposób zrobić z niej użytek. Tak, przyznałby się, iż to on, udzielił kilku wywiadów, dał się sfotografować z dowodem i to tyle. Po co więc się ujawniać, kiedy korzyść z tego żadna, więcej szkody niż pożytku?

Ale jednocześnie musiał czuć na sobie szczególny wzrok tych, którzy sprawdzali jego dowód – w hotelu, pracy, podczas zwykłej kontroli drogowej. Może choćby niektórzy musieli przy takich spotkaniach gryźć się w język, by nie wypalić: „to naprawdę pan?!”. Wystarczyło, iż się przedstawiał, a ciekawość rozmówców brała górę. Jak wielu ta niełatwa sztuka się nie udawała, wymykał się śmiech, okrzyk zdziwienia?

A choćby gdy się powstrzymywali, to pan Kamil i tak mógł zdążyć zobaczyć lekki uśmiech na ich twarzach, który pewnie pojawiał się automatycznie, natychmiast. Zdumienia, iż jednak istnieje, na pewno nie dało się skutecznie ukrywać. On zresztą wiedział, iż oni wiedzą, od razu widzą ten podpis, łączą jedno z drugim.

To musiało być męczące, gdy za każdym razem ktoś odkrywał sekret i kazał przeżywać ujawnienie tajemnicy od nowa. „Tak, to ja, proszę, przejdźmy dalej”. jeżeli podpis był młodzieńczą fanaberią, głupotą, jaką zdarza się każdemu popełnić, to Tumu(L)ec poniósł za swój frywolny wybryk wyjątkowo okrutną karę: ciągle było mu to przypominane. Nie miał spokoju choćby w internecie, a może w zasadzie szczególnie tam – nigdy nie wiedział, kiedy znowu ujrzy swój dobrze znany dowód, zdjęcie i ten podpis, podpis, którego już nie znosił.

Nie trzeba mu się wcale dziwić, iż się nie wychylał – wystarczyła mu ta lokalna sława. Każdy uśmieszek, każdy szmer na korytarzu w szkole czy pracy potwierdzał mu, iż podjął dobrą decyzję: kto ma wiedzieć, ten wie, a to i tak za dużo. Cieszył się, iż mimo wszystko to tylko tyle.

Ale – zakładając, iż dobrze odgaduję przyczyny jego anonimowości i pozostania w ukryciu – ciążyć musiało też poczucie niepewności. A jak jednak wpadną na jego trop? A jak ktoś się wygada, złamie daną obietnice i puści parę z ust? Przez te wszystkie lata pan Kamil musiał znać historie internetowych sław, które stały się popularne wbrew woli i ta popularność ich przerastała. Bardzo często kończyło się to naprawdę źle. Musiał obawiać się, iż może być (będzie?) następny, prędzej czy później. Nie było tutaj dobrego wyjścia, każde miało wady.

Wiem, wiem – logika podpowiada, iż gdyby Tumu(L)ec istniał, musielibyśmy go poznać

W ten czy inny sposób. Właśnie dlatego wersja, iż to prawdziwa postać z krwi i kości, a mimo to dalej nieznana, jest zwyczajnie bardziej interesująca. Krzepiące jest to, iż powiedział „nie” i wybrał anonimowość. Machnął ręką: podpisałem się tak, to podpisałem, i co z tego. Z taką samą obojętnością zareagowało jego środowisko. Pośmiali się, ale przywykli, nie ma o co robić hałasu.

Tak bardzo kusi, aby poznać i rozwiązać i tę tajemnicę. Anonimowość, chęć ukrycia twarzy do samego końca, jest niezrozumiała. Ludzie nie odpuszczają, choćby gdy ktoś celowo wybiera nieujawnienie tożsamości. Aż w końcu dopadają ofiarę – wiosną odgadnięto ponoć, kim tak naprawdę jest Banksy.

Na polskim podwórku do dziś analizuje się, kim z kolei jest Jakub Jarno. Zagadka jest licha, bo niby wszyscy znają odpowiedź, a sam podejrzany o korzystanie z tego właśnie pseudonimu często puszcza oko w stronę ciekawskich czytelników. Niby to nie on, ale trochę on, kto wie.

Co ciekawi ciekawskich: kwestia, czy debiutant, nikomu nieznana postać, może napisać książkę, która spodoba się wielu osobom? Czy może chodzi raczej o to, czy osoba znikąd jest w stanie się tak gwałtownie przebić, z takim rozmachem? Podświadomie odpowiadamy, iż chyba nie jest to takie łatwe, więc w tym przypadku za pseudonimem musi ukrywać się znane nazwisko. Ale w takim razie po co to robi – bo inaczej nie oderwie od siebie łatek, nie wymknie się oczekiwaniom, ale i stereotypom?

Czasami lepiej nie wiedzieć, nie dopytywać, dać spokój. I właśnie tego ostatniego można panu Kamilowi życzyć.

Idź do oryginalnego materiału