W kasach samoobsługowych wydajemy więcej. „Brak kontaktu z drugim człowiekiem”

konto.spidersweb.pl 10 godzin temu

Kasy samoobsługowe niby mają ułatwić nam życie, ale tak naprawdę chodzi o coś innego – nasze pieniądze.

Jak pisze portal wiadomoscihandlowe.pl, z badań naukowców z Uniwersytetu w Tel Awiwie wynika, iż klienci robiący zakupy przy kasach samoobsługowych wydają więcej niż ci, którzy dalej podchodzą do kasjera. Różnica wynosi średnio od 13 do 25 proc. wyższego rachunku na korzyść kas samoobsługowych. Gdyby maszyny mogły mówić, stwierdziłby okrutnie: może i nie wspieramy ludzkich kolegów po fachu, ba, może choćby zabieramy im pracę, ale za to księgowi są z nas zadowoleni.

Dlaczego kasy samoobsługowe działają odstraszająco na węża mieszkającego w kieszeni? Według badaczy chodzi o lęk przed ewentualną oceną. Kasjer skanujący produkty automatycznie może w myślach wyzywać klienta od burżujów, kasując drogiego szampana, albo zatroszczyć się o jego zdrowie kupującego, zauważając, iż ten bierze aż sześć mrożonych pizz i niezdrowe napoje. Prawdopodobnie ma to głęboko w poważaniu, ale sama potencjalna możliwość sprawia, iż chcemy uciec przed niesprawiedliwymi i pochopnymi sądami.

Zawsze bawiło mnie, gdy ktoś tłumaczył się, iż kupuje alkohol, papierosy albo np. słodycze. Padało zawsze hasło: to dla gości. Chodziło być może o zmazanie podejrzeń, a być może o pochwalenie się towarzyskim życiem. Kasjerowi dołożono rolę spowiednika, obserwatora. I pewnie w małych społecznościach nierzadko tak było – to sprzedawcy wiedzieli najwięcej o tym, co dzieje się w okolicy i z czyjej winy.

Kasa samoobsługowa jest zaś sędzią obiektywnym i sprawiedliwym

Nie interesuje jej, co zamierzamy zjeść na kolację ani nie przejmuje się ewentualnymi konsekwencjami zdrowotnymi. Liczy się tylko to, ile dany produkt waży i czy pomiar zgadza się z liczbami w bazie. Jeszcze jeden batonik, druga paczka czipsów? To tylko ciągi znaków. Dla niej nasze zakupy nie są oknem, przez które można zajrzeć i nas poznać, wyciągając przedwczesne wnioski. Co ją to obchodzi.

Jeszcze w 2024 r. Biedronka wyliczała, iż klienci korzystający z kas samoobsługowych wydają średnio 46 zł. Nie były to więc drobne zakupy, ale też nie były to zapasy na pół miesiąca. Dziś sieci takich danych już nie ujawniają, a choćby gdyby tak robiły, sumy kilka by nam pewnie powiedziały. Kasy samoobsługowe zastąpiły te tradycyjne – widać to po liczbie dostępnych stanowisk – i obsługują każdego klienta. Tego, który kupuje bułkę, serek i sok oraz tego, który myśli o wyżywieniu całej rodziny.

Pod tym względem kasy samoobsługowe nie różnią się wiele od żadnego popularnego sprzętu, z którego korzystamy. Tak naprawdę wiele gadżetów pozwoliło nam odciąć się od społeczeństwa, umknąć od ocen i werdyktów. Pojawienie się słuchawek i przenośnych odtwarzaczy muzycznych sprawiło, iż ubrany na czarno punkowiec, którego plecak-kostkę zdobiły groźnie brzmiące nazwy kapel, grał wszystkim na nosie i w tym czasie puszczał na walkmanie, discmanie czy odtwarzaczu romantyczną balladę lub hit disco-polo. Sprzęty wspierały nasze zindywidualizowanie. Mając czytnik e-booków można w spokoju odstresować się w tramwaju czy pociągu i czytać jakąś szmirę, bez obaw, co ludzie powiedzą.

Co z tego, iż tak naprawdę nikogo nie interesuje, co czytamy i z jakiego powodu – technologia zapewnia poczucie bezpieczeństwa, pozwala się schować i ukryć. Chociaż wszyscy cały rok czekają na podsumowanie ulubionych utworów na Spotify, to przecież choćby ta platforma oferuje sesję prywatną.

Sklepy idą jeszcze dalej

Zakupy można skanować od razu własnym telefonem, podczas wkładania ich do koszyka. Oznacza to, iż nie trzeba ich wykładać ponownie przy samoobsługowym stanowisku. Zmniejsza się ryzyko, iż ktoś – inny klient czy pracownik sklepu – podpatrzy, co tam się u nas w życiu dzieje, na co nas stać, czy oszaleliśmy na punkcie wysokobiałkowych produktów, czy może noworoczne postanowienia o diecie muszą poczekać na kolejny rok. I znowu: to nic, iż wszyscy mają to tak naprawdę gdzieś, zajmują się własnymi problemami. Sklepy uśmiechają się, klepią po ramieniu i zapewniają ochronę przed wścibskimi spojrzeniami. Spokojnie, nikt cię nie oceni, nikt ci nie pozazdrości, nikt nie spojrzy z politowaniem.

Tylko czy naprawdę ta bariera jest szczelna i skuteczna? Paradoks polega na tym, iż ani trochę. Sklepy doskonale wiedzą, co kupujemy, dlaczego i kiedy. Uczą się naszych zakupowych nawyków, a korzystanie z aplikacji i programów lojalnościowych tylko w tym pomaga. Tyle iż to wszystko dzieje się gdzieś daleko od nas, a przewidywaniem zajmują się algorytmy. Nie ma żadnego kierownika, który z cynicznym wyrachowaniem szepcze do telefonu: temu pokaż promocję na czipsy, 3 za 2, odpal ją w piątkowy wieczór, bo żarłok wtedy jest podatny na takie sugestie. Nie, to wszystko dzieje się w bardzo cywilizowany sposób, bez oceny. Czysty biznes.

Ale jednak coś w tych sklepach odsłaniamy. Sięgając po aplikację, dajemy sygnał, iż jesteśmy łowcami promocji. Czyli wpadamy w sidła sklepu. Może dlatego, iż musimy i z tego powodu szukamy idealnego kuponu? Sama rezygnacja z programu jest też wyraźnym sygnałem: a co, stać mnie na kupowanie winogrona w pełnej cenie.

Czy to nie dlatego Lidl zdecydował się na możliwość identyfikacji w programie Lidl Plus dzięki numeru telefonu na kasach samoobsługowych? Wygoda to jedno (a zdarza się przecież, iż telefon się rozładuje albo zapomnimy), a poza tym można się ukryć i nie pokazywać, iż jest się jak wszyscy, którzy spacerując pomiędzy regałami patrzą się telefon w poszukiwaniu okazji.

A dla sklepów nasza ochrona to czysty zysk – klient, który nie boi się oceny, włoży do koszyka więcej. I wygląda na to, iż tak już jest.

BuyboxFast
Idź do oryginalnego materiału