Torby analogowe stały się ratunkiem. Sami się o to prosimy

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Zawartość toreb i plecaków sprzed lat znowu staje się podstawą każdego wyjścia z domu. Brzmi to nieco absurdalnie, ale wcale mnie nie dziwi.

Torba analogowa to po prostu torba, którą pewnie wielu z was nosiło jeszcze 20 lat temu. Analogowość dotyczy zawartości. Wkłada się do niej książkę, notatnik, krzyżówkę, włóczkę, karty czy inne gry pozwalające się rozerwać w wolnej chwili.

Taki zestaw ma pomóc nie sięgać po telefon w chwili, kiedy trzeba zabić czas. Na wypadek nudy pod ręką zawsze będzie coś, co pozwoli uniknąć bezcelowego przeglądania tablicy i oglądania niekoniecznie ciekawych filmików. Jak zwraca uwagę portal trojmiasto.pl, moda na torby analogowe jest coraz popularniejsza w mediach społecznościowych. W tych właśnie mediach, od których właściciele toreb analogowych chcą uciec.

Im więcej czasu spędzałam na telefonie, tym bardziej moje ciało było zestresowane. Ciągle pobudzone, a jednocześnie zmęczone. Jakby mój umysł był w ciągłym ruchu, ale nic nie zostawało ze mną na dłużej. Godziny mijały jak minuty. A ja zaczęłam mieć wrażenie, iż czas przecieka mi przez palce. I pojawiła się potrzeba, żeby wrócić do rzeczy, które są wolniejsze. Bardziej prawdziwe. Które można poczuć – nie tylko zobaczyć – tłumaczyła serwisowi Vouge jedna z użytkowniczek takich toreb.

Ten trend jest coraz bardziej widoczny. W kawiarniach, pociągach czy komunikacji miejskiej łatwo dostrzec osoby, które rozwiązują krzyżówki albo sudoku. Nie trzeba wsiadać w pociąg nawiązujący do lat 80. XX w., aby poczuć się jak w przeszłości. Jasne, wciąż wiele osób patrzy w ekran, ale przybywa też takich pasażerów, którzy od wyświetlaczy na różne sposoby próbują uciec. Przeważnie wracając do starych, sprawdzonych aktywności.

Zabawny paradoks. Dziś, kiedy na maturze analizuje się tekst dotyczący niezwykłości technologii i tego, iż zbiory gigantycznych bibliotek – takich jak wymieniona z nazwy Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych – można skondensować do niewielkich nośników, wielu młodych i nie tylko ucieka od tych możliwości. Spakowanie niemal dosłownie wszystkiego do jednego malutkiego urządzenia nie jest wygodą. Kojarzy się z rozpustą, przepychem, wyborem tak ogromnym, iż prowadzącym do rozczarowania. Nie wiadomo na czym się skupić, co wybrać, jak działać.

Zamiast tysiąca zdjęć, lepiej zrobić kilka na kliszy. Zamiast posłuchać całej dyskografii, lepiej wgrać jedną płytę na przenośny odtwarzacz i posłuchać jej od początku do końca. Tysiące książek na e-booku? Będę dźwigać, ale skupię na tej konkretnej, ładnie wydanej, którą można poczuć, dotknąć, wypełnić własnymi notatkami i spostrzeżeniami.

Analogowa torba brzmi absurdalnie, jak typowa moda, która polega na tym, iż określa się dobrze znane zjawisko, pewnie wśród wielu przez cały czas powszechnie funkcjonujące, chwytliwą nazwą. Co dalej? Analogowe kieszenie, do których schować można kolejne wcale-nie-retro-sprzęty, przez co nie będzie sięgać się po telefon? A wszystko to w drodze do analogowego parku, idąc analogowym chodnikiem, przechodząc obok analogowego przystanku.

O ile ten będzie jeszcze istniał.

Ostatnio Facebook wyświetlił mi wpis byłego krakowskiego radnego, który do swoich obserwujących rzucił luźną propozycję. Chciał ich zapytać, co sądzą o jego pomyśle na udoskonalenie przystanków. Zamiast nudnych papierowych rozkładów jazdy można byłoby zamontować tablety.

Na ekranie pasażer zobaczyłby aktualne położenie pojazdu. Mógłby wygodnie przeglądać rozkłady jazdy. Tablet – tu moje wtrącenie – mógłby ułatwić planowanie podróży. Zamiast sięgać po aplikację, robisz to samo na przystanku przed nieco większym ekranem.

Koszt dla miasta żaden, argumentował już autor luźnej propozycji

Tablety zakładałaby prywatna firma, zarabiając na… reklamach wyświetlanych użytkownikom. Żeby więc dowiedzieć się, o której przyjedzie autobus czy tramwaj, najpierw należałoby zobaczyć reklamy.

Nie tylko z tego powodu pomysł został przez obserwujących niezbyt dobrze przyjęty. Papierowy rozkład może czytać kilka osób naraz. Nie zepsuje się sam z siebie. Łatwiej go dostrzec w słoneczny dzień. No i przede wszystkim nie maltretuje nas kolejnymi okienkami, komunikatami i hasłami.

Pomysł byłego krakowskiego radnego najpierw mnie lekko przeraził, potem rozbawił swoim absurdem, a na końcu zostawił z dość naturalną refleksją: takie czasy. Każdy sklep ma swoją aplikację. Ekrany są wszędzie. Siłą rzeczy szuka się miejsc, gdzie dałoby się jeszcze je wcisnąć, szukając szansy na unowocześnienie przestrzeni, która została w tyle.

I przecież nie zawsze to coś złego. Podoba mi się pomysł na rozklejanie kodów QR, aby móc zobaczyć rozkład jazdy (nie trzeba więc montować tabletów) albo przenieść się na mapę pokazującą, gdzie są publiczne toalety.

Mniej już podoba mi się aplikacja do zgłaszania dziur albo innych usterek w mieście. Sam pomysł niby jest niezły i potrzebny, ale czy naprawdę muszę instalować kolejny program, by wyręczać urzędników i palcem wskazywać im miejsce, gdzie powinni się wykazać? Wydaje się, iż są właśnie po to, aby samemu działać, a nie zmuszać nas, mieszkańców, do chodzenia z telefonami i szukania felerów.

Kiedy więc niemal wszystko zachęca – by nie powiedzieć wprost: zmusza – do uzależnienia się w ten czy inny sposób od ekranów i kolejnych programów bądź usług, wcale nie dziwi mnie, iż rośnie chęć ucieczki. Na pierwszy rzut oka pomysły wydają się absurdalne, na siłę, polegające na tym, iż wymyśla się koło na nowo. Działa tak samo, ale z nową nazwą – „retro”, „analogowe”, „nostalgiczne”.

Trudno jednak tej próbie obrony się dziwić, skoro podświadomie czujemy, iż tego jest zwyczajnie za dużo. Próbujemy więc cofnąć czas, wrócić do korzeni, do momentu, kiedy ten natłok jeszcze nas nie przygniótł. W nadziei na to, iż wyłoni się inna droga – nie ta, która nas doprowadziła do momentu, w którym teraz się znaleźliśmy i od mediów (nie)społecznościowych oraz wszelkich innych rozpraszaczy chcemy uciec.

BuyboxFast

Ilustracja wygenerowana przez SI.

Idź do oryginalnego materiału