
Nigdy nie sądziłem, iż tym, co zdecydowanie ułatwi i uprzyjemni wspólne wypady na rower, będzie coś, co można określić mianem walkie-talkie. choćby jeśli… nie do końca jest to walkie-talkie.
O czym w ogóle tu rozmawiamy?
O Xlink 7 od RugOne, czyli urządzeniu, które wygląda tak:

Chyba kilka ten wygląd wyjaśnia, napisz coś więcej.
Jeśli chodzi o ogólny zamysł, to jest to w dużej mierze wspomniane na poczatku walkie-talkie. Czyli – upraszczając – naciskamy przycisk i mówimy coś, puszczamy przycisk i czekamy na odpowiedź z drugiej strony.
Tyle tylko, iż od strony technicznej Xlink 7 z walkie-talkie wiele wspólnego nie ma.
Czyli jest bardziej czym?
W pewnym stopniu – telefonem komórkowym, tyle tylko, iż pozbawionym ekranu i większości telefonowych funkcji.
To jak to się w ogóle komunikuje między sobą?
Przez LTE. Do środka wkładamy po prostu kartę nanoSIM, co ma zarówno swoje wady, jak i zalety.
Zalety?
Przede wszystkim – nie ma adekwatnie ograniczenia zasięgowego w komunikacji między tymi urządzeniami. Można rozmawiać przez Xlink 7, stojąc obok siebie. Można też rozmawiać przez te sprzęty w sytuacji, kiedy my wyjdziemy na rower, a druga osoba zostanie w domu. Można też rozmawiać wtedy, kiedy obie osoby są na różnych kontynentach.

Panuje tutaj pełna dowolność, zakładając jedynie, iż oba urządzenia są dodane do tej samej grupy.
A wady?
Takie, jak można się domyślić. jeżeli wybierzemy się na jakieś ekstremalne odludzia, gdzie zasięgu brak, to Xlink 7 może robić najwyżej za latarkę (bardzo dobrą, swoją drogą) albo syrenę alarmową (ekstremalnie głośną). w uproszczeniu – zachowa się jak telefon bez żadnego zasięgu i tyle.

Nie jest to więc raczej urządzenie do wybitnie eksploracyjnych zastosowań, ale z drugiej strony – na ogólnie pojęte wycieczki i wypady nada się jak trzeba. Zresztą choćby w sytuacjach, kiedy zasięg jest kiepski, przeważnie wiadomości i tak docierają w całkowicie akceptowalnej formie do odbiorcy – najwyżej z większym opóźnieniem.
I taka karta jest w zestawie?
Tak albo nie – wybór należy do nas. Producent sprzedaje na swojej stronie warianty i bez karty, i z odpowiednią kartą i abonamentem na 12 miesięcy, przy czym różnica między wersją z kartą i bez jest raczej śmieszna (kilka euro), więc aż szkoda nie zapewnić sobie przynajmniej na ten rok niemal darmowej komunikacji.
Tym bardziej, iż do karty przypisane są plany działające choćby w 81 krajach świata, więc roamingiem nie będziemy się musieli martwić. A za rok pomyślimy – czy przedłużyć „umowę” (na razie ceny nie są jeszcze znane), czy kupić zwykłą kartę w sklepie i włożyć do urządzenia.
Sam podejrzewam – przy moim raczej lokalnym profilu podróżowania – iż wybiorę tę drugą opcję.
Dobra, jak się z tego w ogóle korzysta.

Z uwagi na brak ekranu – adekwatnie wszystko robimy z wykorzystaniem sporych, przyjemnie klikających przycisków, uzyskując ewentualne potwierdzenie w postaci pojedynczych pipnięć.
Przyznaję – choć przycisków wiele nie ma, Xlink 7 jest urządzeniem, do którego najlepiej na kwadrans czy dwa przysiąść przed pierwszym wypadem i nauczyć się tego, co który przycisk robi i w jakiej konfiguracji. Nie jest to przesadnie skomplikowane – po prostu trzeba przyswoić, kiedy należy coś nacisnąć dwa razy, kiedy raz, a kiedy przytrzymać długo. Potem jest już z górki.
A to, czego nie da się zrobić z poziomu urządzenia, zrobimy już z aplikacji. Dobra wiadomość – podczas faktycznego użytkowania nie jest ona potrzebna. Telefon może zostać w domu albo w kieszeni.
Ok, to mam dwa urządzenia, jak się między nimi komunikować?
W dużym skrócie – odpowiednimi kliknięciami na jednym urządzeniu tworzymy grupę, na drugim – też klikając adekwatnie – dołączamy do tej grupy i… to tyle.
Potem zostaje tylko przytrzymać duży przycisk na obudowie (ten z logo), powiedzieć, co mamy do powiedzenia i wiadomość głosowa zostaje wysłana. Wysłanie jest przy tym potwierdzone osobnym dźwiękiem, a osoba odbierająca wiadomość dostanie też „pipnięcie” przed odtworzeniem wiadomości.

Swoją drogą – to pipnięcie po stronie odbiorcy pojawia się zawsze, jeżeli druga strona nawiąże komunikację, choćby jeżeli nic nie powie. Co u mnie stało się pomysłem na… ostrzeganie przed niebezpieczeństwami, właśnie w postaci takiego pojedynczego kliknięcia. Zawsze to lepsze niż krzyczeć w trakcie jazdy „dziura” albo łatwiejsze w odbiorze niż próba krzyczenia zza zakrętu, kiedy nie wiemy, gdzie dokładnie jest osoba za nami.
Dobra, pauza na chwilę. Jak to w ogóle nosić na rowerze i nie tylko? Jak duże to jest?
To drugie było jedną z tych rzeczy, które ciekawiło mnie najbardziej przed odpakowaniem przesyłki testowej. Po części dlatego, iż żeby chciało mi się to zabierać to z domu – to to musiało być odpowiednio małe. Po drugie dlatego, iż mam wrażenie, iż na zdjęciach producenta Xlink 7 ma w każdym miejscu inny rozmiar.
Jeśli chodzi o suche parametry, to samo urządzenie ma niecałe 64 na niecałe 52 mm oraz prawie 23 mm grubości. I choć zdecydowanie nie można go uznać za miniaturową przypinkę, to przy ok. 85 g masy (bez dodatków) zdecydowanie nie jest to coś przesadnie ani wielkiego, ani ciężkiego.

To może być zresztą jedna z odpowiedzi na pytanie, dlaczego można chcieć czegoś takiego, kiedy są telefony, które przecież nie tylko obsługują LTE, ale też można z nimi zrobić o wiele więcej. Proste – bo Xlink 7 jest mniejszy, lżejszy, wygodniejszy w obsłudze i w zasadzie skupiony na wyłącznie jednym działaniu. Klikasz, mówisz, wysyłasz, czekasz, odbierasz. Nie chciałbym tego robić z telefonem w trakcie jazdy, szczególnie mając do przekazania coś w stylu „gdzie jesteś”.
Ale nie odpowiedziałeś na pytanie, jak to się nosi.

Odpowiedzi jest kilka, przy czym jedno mogę napisać na wstępie. jeżeli wejdziecie na stronę producenta i zobaczycie zdjęcie pani z Xlinkiem wpiętym w koszulkę na wysokości zamka, to… nie liczcie, iż tak się da. Próbowałem, nie przejdzie.
Natomiast realnie podczas jazdy rowerem sprawdza się inna kombinacja akcesoriów. Najpierw do Xlinka pół magnetycznie i pół „na skręt” montujemy solidny klips:

A potem ten klips zapinamy na pasku na ramię, który również jest w zestawie:

Całość siedzi na miejscu zaskakująco solidnie i wbrew pozorom przesadnie nie wadzi w trakcie jazdy. Jednocześnie jest zaskakująco wygodne w komunikacji, bo głośnik jest na tyle głośny, iż obsłuży większość przejazdów, a jednocześnie mikrofon wyłapuje nas na tyle skutecznie, iż w najgorszym razie wystarczy lekko obrócić głowę.
No ale jak to nacisnąć, żeby gadać?
I to jest kolejny element układanki, czyli – również dostępny w zestawie – pilot do sterowania, widoczny na zdjęciu powyżej albo – już po montażu – poniżej.

Niestety, jeżeli ktoś liczy, iż to coś więcej niż pilot, to muszę go rozczarować. Niestety ten niewielki element nie przenosi do malutkiego opakowania mikrofonu czy głośnika – przenosi jedynie główny przycisk „rozmowy”.
Co i tak jest całkiem wygodne, bo bez odrywania rąk od kierownicy można aktywować przesyłanie głosu, rozwiązując tym samym problem związany z obecnością głównego przycisku na naszym ramieniu.
I tak – to działa.
Da się do tego podpiąć przewodowe słuchawki?
Niestety nie. Jedyne gniazda, jakie znajdziemy na obudowie, to USB-C do ładowania i złącze karty SIM. Więc ta kieszonka w bibsach, którą macie na radio, pozostanie niewykorzystana.
A inne aktywności?
Podczas górskich wędrówek – bez problemu. Tutaj można sobie choćby w stylu retro przypiąć Xlinka 7 do paska spodni i potem „odkręcając” zdejmować, jakbyśmy znowu mieli 2004 rok. Tak samo wygodne w okresie zimowym będzie pewnie przypinanie urządzenia do kurtki czy plecaka, a dodając do tego pełną wodoodporność (sprawdzone przy ostatnich wrocławskich ulewach) i spore fizyczne przyciski – w rękawiczkach też będzie dobrze.
Opowiedz trochę więcej o tych przyciskach.

Na dobrą sprawę jest ich sześć. Główny, do aktywowania rozmów, który dookoła jest również głośnikiem. Do tego przełącznik głośności na górze, przycisk zasilania, przycisk obsługi grupy (tworzenie/dołączanie), przycisk akcji i przycisk… AI.
I jak się okazuje – faktycznie kryje się pod nim wbudowany w Xlinka asystent, który może nam pomóc obsługiwać urządzenie (np. utworzyć grupę) albo… w sumie cokolwiek. Przykładowo podać prognozę pogody na dany dzień w naszej aktualnej lokalizacji.
Wbrew moim początkowym obawom – to faktycznie działa i to całkiem nieźle. Aczkolwiek zgodnie z moimi początkowymi przypuszczeniami – nie znalazłem dla tej funkcji absolutnie żadnego realnego zastosowania. Tym bardziej, iż takie rzeczy, jak tworzenie grup czy dołączanie do nowych (wymagana jest jedna grupa dla nawiązania komunikacji między urządzeniami) jest tak banalnie proste, iż przebijanie się przez asystenta głosowego trochę nie ma sensu.
A te ikonki na dole to co robią?
Świecą – albo nie – uzupełniając informacje, które dostajemy w formie piszczenia albo głosowej. Mamy tutaj m.in. zasięg, stan naładowania (albo raczej wskaźnik naładowania/rozładowania), wizualne potwierdzenie wciśnięcia przycisku oraz wskaźnik przychodzącej albo trwającej rozmowy.
Rozmowy? Innej niż takiej w stylu roger-roger?
Tak, pełnoprawnej, niemal standardowej rozmowy. Niemal standardowej, bo nie dzwonimy tutaj na dowolny numer telefonu, a na inne urządzenie przypisane do naszej grupy i aktywowane w aplikacji (niestety inaczej się nie da, trzeba sięgnąć po aplikację).
Po takiej wstępnej konfiguracji wystarczy dłużej przytrzymać przycisk grupy i dzwonimy na drugie urządzenie. Teoretycznie taką rozmowę można prowadzić między pięcioma urządzeniami, ale iż mam testowe dwa – mogę potwierdzić dwa.
Czyli jest i walkie-talkie, i telefon. A jak jest z głośnością i jakością?
Jeśli chodzi o głośność, to – jak na tak małe urządzenie – potrafi być szokująco głośno. Tym bardziej, iż urządzenie wyjęte z pudełka ma domyślnie ustawiony chyba najwyższy poziom głośności i potrafi urwać głowę pierwszym komunikatem głosowym. I przy kilku kolejnych podczas zmniejszania głośności również.
Na szczęście podczas aktywności ten wysoki poziom głośności należy już uznać tylko i wyłącznie jako zaletę. choćby podczas względnie szybszych, wietrznych przejazdów gravelowych po zdecydowanie hałasującej nawierzchni nie mogłem narzekać na to, iż głośnik urządzenia jest zbyt cichy.
Jeśli natomiast chodzi o jakość mikrofonu i głośnika, to przeważnie jest… po prostu dobrze. To nie jest raczej urządzenie, z którym chciałbym usiąść wieczorem do dłuższej rozmowy ze znajomym o tym, jak mi idzie w życiu. Ale do podstawowej, czasem też ponad-podstawowej, luźno-wyjazdowej gadki nadaje się jak trzeba. Jedyne sytuacje, kiedy musiałem faktycznie prosić o powtórzenie wiadomiści, to przy ekstremalnie mocnym wietrze, urządzeniu przypiętym do ramienia i jeździe pod ten wiatr rowerem na otwartej przestrzeni. Ale to też trochę warunki, w których trudno usłyszeć własne myśli.
Co jeszcze powinienem wiedzieć o Xlink 7?

Chociażby to, iż ma całkiem sensowną latarakę. Oraz to, iż ma opcję wysyłania szybkiego SOS (również do kontaktów z grupy) i wbudowany GPS. Ten ostatni może raportować naszą lokalizację co wybrany interwał, więc na dobrą sprawę na tej podstawie ktoś może regularnie monitorować, gdzie jesteśmy.
Jeśli chodzi o akumulator, to teoretycznie przy standardowym użytkowaniu – czyli głównie Push To Talk, a nie stałe połączenie z resztą grupy – powinniśmy oczekiwać doby na jednym ładowaniu. Patrząc na moje dotychczasowe wyniki – odjąłbym dla bezpieczeństwa jakieś 2-3 godziny z tych deklaracji.
RugOne Xlink 7 – czy warto?

Skomplikowane z kilku powodów. Przykładowo sam nigdy bym nie powiedział wcześniej, iż to jest coś, czego potrzebowałem. A teraz jest to sprzęt, który naprawdę chętnie zabieram ze sobą na wyjazdy. Przede wszystkim dlatego, iż minimalizuje liczbę przypadków, kiedy trzeba do siebie krzyczeć albo próbować zgadnąć, co druga osoba chce nam przekazać.
Do tego można – albo trzeba – doliczyć fakt, iż Xlink 7 jest naprawdę solidnie zaprojektowany na niemal każdej płaszczyźnie (może poza tłumaczeniem aplikacji na język polski – to jest akurat bardzo słabe). Fizyczne przyciski zawsze łatwo namierzyć, przyjemnie klikają, ich funkcji nauczymy się całkiem sprawnie, a najważniejszy po pierwszej konfiguracji będzie i tak środkowy przycisk PTT. Poza tym dostajemy też solidną jakość dźwięku, wysoki poziom głośności, kilka rozwiązań, które można zaadaptować pod siebie i mamy prawie kompletny sprzęt, szczególnie jeżeli doliczyć masę akcesoriów w zestawie.
Fakt, trzeba przełknąć cenę na poziomie 599 zł za sztukę, ale moim zdaniem ta wycena mieści się jeszcze w widełkach rozsądku – jeżeli ktoś ma określoną potrzebę użytkową, jak np. ja.
Xlink 7 ma dla mnie dwie inne, główne wady. Pierwszą jest fakt, iż LTE po prostu nie będzie wszędzie. Wprawdzie np. na moich standardowych trasach wątpię, żeby było choć jedno takie „puste” miejsce, ale jeżeli ktoś wybiera się w absolutną dzicz – to to nie jest sprzęt dla niego.
Trochę też szkoda – choć rozumiem powody – iż sprzęt nie jest odrobinę mniejszy. Tak pastylka, którą faktycznie da się przypiąć do koszulki rowerowej, byłaby spełnieniem moich marzeń. Z drugiej strony – Xlink 7 aż tak daleko od tego nie jest.
RugOne Xlink 7 – zalety:
- banalnie prosta obsługa, szczególnie jeżeli my konfigurujemy oba sprzęty, a drugiej osobie mówimy „tu naciskaj i mów”;
- bogaty zestaw akcesoriów w pakiecie;
- karta SIM z danymi na rok adekwatnie gratis;
- ta karta SIM działa prawie iż na całym świecie;
- dobrze pomyślane przyciski, nawigacja i obsługa jako całość;
- solidna jakość dźwięku i mikrofonów, bardzo dobra głośność;
- wbudowany GPS i tryb SOS (choć ograniczony do kontaktów z grupy);
- opcja prowadzenia „ciągłej” rozmowy telefonicznej;
- wbudowana latarka;
- bardzo wysoka odporność na wszystko;
- to po prostu… dobrze działa.
RugOne Xlink 7 wady:
- aż by się chciało, żeby to było jeszcze trochę mniejsze i lżejsze;
- nie podłączymy do tego słuchawek;
- jeśli jest LTE, to super, jeżeli nie – zostajemy z latarką;
- asystent AI to zmarnowany fizyczny przycisk.















