
Wyobrażacie sobie, jaki tumult by się podniósł, gdyby dziś ktoś zaproponował: „niech cała Polska zrobi sobie w sierpniu przerwę jak Hiszpanie czy Włosi”?
Piszę ten tekst w piątek przed nietypowym weekendem. Niby świątecznym, ale święto wypada w sobotę, więc urlopowych korzyści z niego w zasadzie nie ma. Niektórzy wprawdzie sobie ten dzień odbiorą, ale to już nie to samo. Z kolei ci, którzy takich możliwości nie mają, pożegnają się z dodatkowym wolnym. Bywa i tak.
Ktoś jednak odpocznie. Dziś zamknięte są urzędy. Sklepy nieczynne będą nie tylko w niedzielę, jak już w zasadzie zwykle – co przecież wcale nie oznacza, iż zdążono się do tego przyzwyczaić – ale też w sobotę. Dwa dni bez handlu to dla wielu polskich ekonomistów cios, po którym gospodarka może i się ledwo podniesie, ale lizać rany będzie przed długie tygodnie, jeżeli nie miesiące. Jak my to przeżyjemy!
Pomóc w tym chcą sklepy. Zamknięte przez dwa dni wrota do świątyń handlu oznaczają, iż jeszcze dziś, w piątek, zakupy będzie można robić późnym wieczorem. Sklepy prześcigają się w wydłużaniu godzin otwarcia i w wielu placówkach choćby po 23:00 będzie można uzupełniać zapasy na ten długi, bo aż dwudniowy okres smuty.
Rozbawił mnie mój okoliczny dyskont, który wydłużył godziny otwarcia w piątek aż o całe 30 minut. Powinien zamknąć się o 21:30, a czynny będzie do 22:00. Czy te dwa kwadranse zrobią taką różnicę, pozwalając wziąć jeden chleb więcej, jedno dodatkowe opakowanie sera, karton mleka? Zgaduję, iż można byłoby sobie to darować.
Chodzi jednak o symbol
Skoro wszyscy, to wszyscy. Jak nie możesz być czynny dłużej o dwie godziny to bądź chociaż o pół godziny. Niech klienci wiedzą, iż dla nich wszystko. Poświęcenie może drobne, ale to zawsze poświęcenie. Liczy się gest, który wypada docenić, pamiętając o tym, by zrobić zakupy tu, a nie u konkurencji (która przecież też uchyla nieba, to znaczy drzwi, wpuszczając klientów do późnych godzin).
To symboliczne, marginalne wręcz wydłużenie godzin otwarcia, wydaje mi się być absurdalnym efektem ubocznym polityki sklepów. Każda okazja do tego, aby nie zamknąć sklepów o jednej, wcześniej ustalonej porze, jest dziś dobra. Dawniej pretekstem były święta albo faktycznie długie weekendy. Dziś sklepy mają być czynne choćby przed północą, albo często i całą dobę, bo np. są wakacje. Tylko czekać, aż dyskonty będą otwarte non stop cały czas. Wówczas usłyszymy, iż to wszystko dla klientów, którym spodobało się robienie zakupów o 3:00 podczas urlopu w Mielnie, więc dlaczego nagle odbierać im to prawo w nocy z wtorku na środę w październiku? Byłoby to niesprawiedliwe.
Sklepy przyzwyczajają nas do tego, iż wszystko dziś może być na wyciągnięcie ręki – nieważne gdzie, nieważne o której. I bardzo dobrze, odpowiedzą niektórzy, tak właśnie rozumiejąc postęp oraz nowoczesność – usługi zawsze gotowe, czekające na sygnał. O konsekwencjach tego woli się nie myśleć. A to przecież wcale nie jest tak, iż obsługują nas roboty, zaś sklepy przeszły na pełną automatyzację. Nasza wygoda to cięższa praca innych.
Przyzwyczajenie, iż wszystko tylko na nas czeka, a my mamy prawo spełniać każdą zachciankę przez całą dobę, powoli staje się czymś w rodzaju narodowej cechy. Dawniej stereotypowy Polak może był marudny, dziś jest po prostu niecierpliwy. Kiedy opuszcza się Polskę, w świecie coraz bardziej upodabniającym się do siebie zaczyna to być jedną z niewielu różnic kulturowych. Zderzamy się z innym, obcym, nie dlatego, iż tam są rzeczy, których u nas nie ma, jak miało to miejsce jeszcze nie tak dawno. Bardziej szokuje to, iż u nas to wszystko działa i pracuje non stop, a tam – robi sobie przerwy.
Polka mieszkająca w Hiszpanii ostrzega mnie na TikToku, iż sierpień to fatalny czas na przyjazd do Madrytu. Mieszkańcy robią sobie wtedy urlop i przez niemal cały miesiąc wiele lokalnych zakładów, sklepów, usług zwyczajnie nie działa. Oczywiście większe restauracje, galerie handlowe, muzea i inne miejsca żyjące z turystów jakoś radzą sobie bez pauzy, ale wiele osób wciska przycisk stop.
Podobnie jest zresztą we Włoszech:
Ferragosto działa jak „wyłącznik”, szczególnie w mniejszych miejscowościach. Sklepy, piekarnie, warsztaty i kawiarnie zamykają się na kilka dni, czasem na dwa tygodnie. Właściciele wywieszają kartki z napisem „Chiuso per ferie”, czyli „zamknięte z powodu urlopu”, i uciekają nad morze, w góry lub na wieś – pisze Jakub Noch na łamach natemat.pl.
Chciałbym zobaczyć miny tych wszystkich rodzimych ekspertów, którzy już ze łzami w oczach reagują na polskie długie weekendy, gdy okazuje się, iż np. sklepy nie będą działać przez trzy (!!!) dni. Pojawiają się wówczas głosy, iż trybów tej maszyny już się ponownie nie ruszy, wszystko przepadnie. Tylko jeden przedłużony weekend może sprawić, iż dobrze działający dotychczas mechanizm się zrośnie bądź zardzewieje, nic już więcej nie wskoczy na swoje miejsce. Potem jednak nic takiego się nie dzieje, ale ponieważ pamięć mamy dobrą, choć krótką, to podobne przestrogi wracają przy kolejnej tego typu okazji. I następnie znowu się nic nie dzieje.
Szok kulturowy przeżyłem spacerując po Madrycie w poszukiwaniu sklepu, w którym mógłbym kupić coś do picia. Jak to? Nie ma czegoś na każdym rogu? Wychodząc z jednego, nie widzę kolejnych trzech w zasięgu góra 150 m? Oczywiście celowo przesadzam, wcale mi to aż tak nie przeszkadzało. Choć rzeczywiście fakt, iż zakupy trzeba planować – zarówno w Hiszpanii, jak i Portugalii – z pewnym wyprzedzeniem nieco zbił mnie z pantałyku.
No proszę, czyli jednak się da
Świat może się dalej kręcić, a ludzie mogą być mili, pogodni, szczęśliwi i pomocni. To wcale nie tak, iż wszystko ma być tu i teraz, na wyciągnięcie ręki. Co więcej, nie dość, iż nie potykamy się o kolejne sklepy, to jeszcze dyskonty czy to w Madrycie, czy to Porto, zamykane były o 21:00.
Oczywiście jest też druga strona medalu – sklepy tam otwarte są w niedziele. Można byłoby powiedzieć, iż coś za coś. Tyle iż u nas zamknięta niedziela nie jest żadnym argumentem, skoro coraz częściej sklepy otwarte są do późnych godzin wieczornych, a powoli normą jest dyskont czynny całą dobę.
W Madrycie czy Porto musiałem brać pod uwagę, iż wiele restauracji choć otwiera się o 12:00, to już o 15:00 zamyka się, by wrócić o 19:00 czy 20:00. A co z tymi, którzy są głodni o 15:30 i właśnie wtedy chcą zjeść obiad w ulubionej knajpie? Muszą poradzić sobie inaczej.
Co kraj to obyczaj, wiadomo. Coś, co zagranicą traktowane jest jako zabawna ciekawostka, przykład innego podejścia do życia, u nas przedstawiane byłoby jako kolejne wielkie ograniczenie wolności. Nocna prohibicja? A jak mi się zachce piec o 2:30 w nocy tiramisu i właśnie z tego powodu będę potrzebował mocnego trunku? Dlaczego nikt nie myśli o mojej wolności do realizowania piekarniczych pasji, nie pozwalając w pogotowiu czekać tym, którzy mogliby mi pomóc?
Naśmiewam się złośliwie, ale przecież sklepy rozszerzające godziny otwarcia swoich placówek wzmacniają tego typu pogląd. Przyzwyczają nas do tej wygody, komfortu, jakim jest dostępność wszystkiego na życzenie. Tymczasem świat nie musi tak wyglądać i nie wygląda, a bez tych wygód też da się żyć.
Oczywiście to też nie tak, iż np. na Półwyspie Iberyjskim po 21:00 żadnego sklepu nie znajdziemy, a głodni i spragnieni ratunku szukają wyłącznie w restauracjach i barach. Napoje i przekąski kupić można choćby w licznych sklepach z pamiątkami. Odwiedzając je gwałtownie zauważymy, iż prowadzą je albo imigranci, albo ich potomkowie. Podobnie jest zresztą w Niemczech. To żadna wada ani ujma, ale prosty fakt, iż spełnianiem zachcianek o nietypowych porach zajmują się często społeczności nieuprzywilejowane, mówiąc ogólnie i niezbyt precyzyjnie. Tak jest przecież i u nas – ot, późny kapitalizm.
Nie chcę prowadzić sporu czy to źle, czy dobrze, bo nie o to chodzi. Ktoś z naszego komfortu w postaci sklepów co 100 m, na dodatek czynnych długo, się ucieszy. Mogę kręcić nosem, fantazjując o sytuacji, która nigdy nie nadejdzie. O tym, iż ulice będą pękać od licznych usług, szewc będzie szewcem, a nie jedną z wielu usług sieciówki, która jest warzywniakiem, ale też pizzerią, kawiarnią, pocztą i punktem ksero. Czy w moim scenariuszu świat byłby lepszym miejscem? Nie wiem, ale nie wymagajmy racjonalności od fantazji, pozwólcie mi naiwnie marzyć.
Bardziej zastanawiam się, dlaczego u nas stało się to tak powszechne i pożądane
Dominujące – albo jesteś na zawołanie, albo niech najlepiej nie będzie cię wcale, skoro jesteś bezużyteczny. Dostawa za chwilę, usługa za pstryknięciem palcem. Każde „nie teraz, za moment” wzbudza frustrację. I o ile irytację niektórymi spowolnieniami łatwo zrozumieć , bo obiecywano nam co innego, tak wiele wynika właśnie z nowej niecierpliwości. Sytuacja, w której cała Polska robi sobie w sierpniu przerwę, jest nie do pomyślenia. Ale dlaczego?
Najprostsze wytłumaczenie, jakie nasuwało mi się podczas rozmyślań na ten temat, brzmiało tak: to jakaś podświadoma konieczność nadrobienia czasów niedoboru. Jakbyśmy mieli zakodowane przez dziadków i rodziców, iż niczego nie ma i to jest norma. Kiedy zaś to się zmieniło i dostępne jest wszystko, to trzeba z tej okazji skorzystać, wyciskać jak cytrynę.
Być może to błędna obserwacja, ale mam wrażenie, iż ta potrzeba żądania jeszcze bardziej przyspieszyła po pandemii. Wykorzystała idealną okazję. Lubi się mówić, iż świat wtedy zwolnił, ale to chyba nieprawda – przyspieszył, pokazując, iż usługi można dostarczać szybko. Wtedy było to zrozumiałe, bo byliśmy zamknięci. Kiedy wtedy sklepy czynne były dłużej, miało to sens – unikało się gromadzenia ludzi w jednym miejscu i czasie, jeżeli nie musisz przyjść o 9:00, to odwiedź nas o 01:30. Tak będzie lepiej dla zdrowia twojego i innych.
Ale teraz? Kiedy sklepy mówią nam, iż działają dłużej, by dostosować się do naszych potrzeb, zastanawiam się, czy nam nie uwłaczają
Tyle lat dało się robić zakupy choćby przed 20:00, a teraz jesteśmy tak roztrzepani, iż musimy rozłożyć to na całą dobę? Czy naprawdę jeżeli nie dostanę czegoś jutro, a pojutrze, to świat się zawali?
Wiadomo, z czego to wynika – jesteśmy zapracowani, zmęczeni, przebodźcowani. Zamiast jednak cieszyć się z luksusu, jakim jest fakt, iż ludzie stresu mogą zrobić zakupy choćby w środku nocy, może należałoby zastanowić się, czy to rzeczywiście dobra dla nas sytuacja. Czy nie lepiej byłoby spędzać wieczory z bliskimi i przyjaciółmi, niż łazić po sklepach?
Komfort w postaci całodobowych sklepów, punktów dostępnych pod nosem, kurierów, którzy zapukają z zakupami choćby i nad ranem, sprawia jednocześnie, iż umyka pytanie: a adekwatnie to z jakiego powodu nie jesteśmy w stanie lepiej zagospodarować dnia? Mimo licznych ułatwień, robotów sprzątających, kuchennych gadżetów przyspieszających gotowanie, dostaw zakupów, długo otwartych sklepów, dalej najzwyklejsze obowiązki okazują się być nie lada wyzwaniem. Jak myślicie, z czego to się bierze?
Tymczasem długo otwarty sklep mówi: ale to przecież żaden problem, to normalne, nic się nie przejmuj
W ostatnich dniach chorowałem. Potworny ból zatok i kilka lżejszy ból gardła sprawiał, iż choćby zasnąć było trudno. Leżałem i oglądałem TikToka. Algorytm podsuwał mi scenki z dawno niewidzianych seriali, głównie najlepsze momenty. jeżeli trafiałem na dłużyznę, to ruchem palca szedłem dalej i oglądałem bramki z dawnych meczów albo inne głupotki. A potem wpadała scena, którą lubiłem i oglądałem ją po raz setny. Przynajmniej na chwilę zapominałem o zatokach.
Zmęczony leżeniem w łóżku po paru dniach przeniosłem się na kanapę. Na internetowej platformie skakałem po kanałach telewizyjnych. Przypomniało mi się chorowanie za dzieciaka, kiedy leżałem w łóżku i całe dnie oglądałem telewizję. O ile rano było jeszcze na co patrzeć, tak pasmo między 11:00 a mniej więcej 15:00 było przeraźliwie nudne. Powtórki z tego, co widziałem wczoraj, telezakupy, reklamy, nic świeżego i ciekawego. choćby jeżeli leciał ulubiony serial, to jak na złość odcinek gorszy, za którym nie przepadałem.
Dziś choćby chorowanie pozbawione jest tego elementu – nudy, zwykłego odpoczynku, przerwy od nadmiaru. Leżąc chory non stop siedzę na TikToku, nie myśląc o tym, iż mogę nie robić nic.
Pomieszało mu się w głowie, antybiotyk jeszcze działa, skoro narzeka! A kto mu bronił odłożyć telefon, raczej nie lekarz! To wszystko prawda, zgadzam się. Ale na własnym przykładzie pokazuję, do czego przyzwyczaja przesyt, luksus w postaci wszystkiego nas już też rozleniwia.
I musi prowadzić do frustracji, kiedy nagle okazuje się, iż czegoś nie ma. Sami wpadamy w tę pułapkę
A to wcale nie jest norma, to wcale nie jest tak, iż tak ma być i bez tego jest źle. Może więc warto zatrzymać się, przystopować, zastanowić się, czy naprawdę na już to dowód na nasz rozwój, bogactwo, postęp? Czy może wpadając w te trybiki, robimy przysługę nie sobie, a tym, którzy na tym zarabiają?








