Starlink zepsuł legendarny festiwal. B działał bez zarzutu

konto.spidersweb.pl 7 godzin temu

Kevin LeVezu, fotograf i stały bywalec festiwalu Burning Man, w tym roku wprowadził nowość w swoim obozie iForgot – darmowe WiFi z Starlinkiem Elona Muska. Jedyny warunek? Trzeba było złożyć ofiarę – wypić shot whiskey albo dostać klapsa.

Brzmi znajomo? To może dlatego, iż dokładnie tak wyglądała komercjalizacja każdej subkultury w historii. Najpierw artyści znajdują niszę, potem przychodzą technologowie z pieniędzmi, a na końcu wszystko staje się mainstreamowe. Tyle iż w przypadku Burning Mana proces ten był szczególnie bolesny, bo uderzył w samo serce filozofii festiwalu.

Gdy radykalna samowystarczalność spotyka satelity

Burning Man od początku swojego istnienia opierał się na dziesięciu zasadach, z których dwie są tutaj kluczowe: radical self-reliance (radykalna samowystarczalność) i decommodification (odkomercjalizowanie). Pierwsza miała oznaczać, iż uczestnicy polegają na sobie i swoich wewnętrznych zasobach. Druga – iż środowisko festiwalu pozostaje wolne od reklam, transakcji i komercyjnego sponsoringu.

W teorii pięknie. W praktyce uczestnik festiwalu może teraz usiąść pod palmą (sztuczną, oczywiście), włączyć laptopa i prowadzić biznes zdalnie. Jeden z użytkowników obozowiska iForgot spędzał pięć godzin dziennie korzystając z połączenia Starlink do prowadzenia swojej firmy. Radical self-reliance w akcji – tylko iż z pomocą 4200 satelitów krążących nad Ziemią.

Ironia całej sytuacji jest tak gęsta, iż można by ją kroić nożem. Burning Man przez lata był miejscem ucieczki od cyfrowego świata, cyfrowym detoksem dla zmęczonych technologią mieszkańców Bay Area. Uczestnicy przyjeżdżali na pustynię, żeby odłączyć się od telefonów, social mediów i ciągłej potrzeby bycia online.

Festiwal Burning Man

Badania naukowe potwierdzają, iż detoks cyfrowy rzeczywiście działa – dwutygodniowa przerwa od urządzeń cyfrowych znacząco redukuje poziom lęku i depresji u młodych dorosłych. Poziomy lęku spadają średnio z 12,50 do 6,58 u mężczyzn i z 14,74 do 8,29 u kobiet. To nie są liczby do zbagatelizowania w epoce, gdy wskaźniki depresji systematycznie rosną.

Tymczasem Burning Man stał się przeciwieństwem tej idei. Zamiast uciekać od Internetu uczestnicy ustawiali się w kolejkach do WiFi. Zamiana cyfrowego detoksu na cyfrowy zastrzyk – i to w miejscu, które miało być ostatnią bastionem offline’owego życia.

Technologiczny exodus z zasadami w tle

Historia Burning Mana to klasyczna trajektoria gentryfikacji. W latach 90. na pustynię przyjeżdżało 350 osób, płacąc 35 dol. za bilet. Dzisiaj bilety kosztują od 575 do 1400 dol., a na festiwal przyjeżdża 80 tys. ludzi. Średni dochód uczestników systematycznie rośnie, a różnice w standardzie życia na pustyni stają się coraz bardziej widoczne.

Mark Zuckerberg przylatuje helikopterem. Elon Musk nazywa Burning Man Silicon Valley. Larry Page i Sergey Brin noszą spandexowy kombinezon zakrywający twarz, żeby uniknąć rozpoznania. To już nie jest kontrkultorowy eksperyment – to LARPing dla miliarderów.

Festiwal Burning Man

Najbardziej wymowne jest to, iż ci sami ludzie, którzy stworzyli systemy uzależniające nas od technologii przyjeżdżają na pustynię po… więcej technologii. Starlink to przecież produkt tego samego Elona Muska, który twierdzi, iż Burning Man reprezentuje wartości sprzeciwiające się komercjalizacji.

Gdy pustynia przestaje być pustynią

Rzecz w tym, iż Internet na Burning Manie to nie jest nowy problem. Już w 2018 r. uczestnicy narzekali, iż zasięg komórkowy stał się na tyle dobry, iż ludzie robili FaceTime’y podczas finalnej ceremonii i grali w Pokémon Go w ciągu dnia. W 2023 r., gdy deszcz zamienił pustynię w błotniste bagno, uczestnicy polowali na sygnał Starlink jak na wodę pitną.

Paradoks jest uderzający: festiwal, który miał celebrować życie w momencie obecnym (immediacy to jedna z dziesięciu zasad) stał się miejscem, gdzie ludzie żyją w dwóch rzeczywistościach jednocześnie – fizycznej pustyni i cyfrowego świata.

Reakcje uczestników na inwazję Starlinków pokazują jak skomplikowana jest nasza relacja z technologią. Z jednej strony – Internet potrafił uratować życie, dostarczając ostrzeżenia o 50-milowych burzach piaskowych. Dwugodzinne wyprzedzenie pozwoliło ludziom zabezpieczyć namioty i przygotować się na to, co nadchodziło. Z drugiej strony – ta sama technologia zburzyła fundamenty doświadczenia festiwalowego.

Może największym problemem nie jest sam Starlink, ale to, co symbolizuje. Burning Man przez dekady był miejscem, gdzie można było eksperymentować z alternatywnymi sposobami życia – bez pieniędzy, bez hierarchii, bez ciągłej potrzeby produktywności. Był laboratorium społecznym, w którym testowano, jak może wyglądać świat po kapitalizmie.

Internet zmienił tę dynamikę. Gdy fotograf z obozu iForgot może bez przerwy prowadzić biznes z pustyni granica między pracą a życiem znika całkowicie. Gdy uczestnicy spędzają godziny na scrollowaniu, zamiast uczestniczenia w tym, co dzieje się wokół nich, sama idea festiwalu traci sens. Czasami najmniejsze gesty mają największe konsekwencje. I czasami to właśnie tak umierają legendy – nie w płomieniach, ale w świetle niebieskich ekranów.

Idź do oryginalnego materiału