Recenzja Trek BellBeats – dzwonek, głośnik i trochę Hiszpanii w tle

magazynbike.pl 3 dni temu

Być może nie wiecie, iż w Hiszpanii używanie słuchawek podczas jazdy na rowerze jest zabronione. Mandat wynosi 200 euro i – przynajmniej w teorii – wszystko po to, by chronić kolarzy przed… przejechaniem. Nie pytajcie, dlaczego w samochodzie przez cały czas można bez problemu używać radia. Logika bywa wybiórcza.

W każdym razie, jadąc do Hiszpanii na zimowe kilometry, postanowiłem zabrać ze sobą Trek BellBeats – urządzenie, które jest jednocześnie dzwonkiem i głośnikiem. I choć informacje w sieci nie są jednoznaczne, czy z głośników w rowerze wolno korzystać (podobno tak, o ile nie przeszkadzają innym), to biorąc pod uwagę fakt, iż jeździłem głównie sam i poza sezonem, ryzyko było raczej teoretyczne.

I przyznam wprost: zabiorę go na kolejny wyjazd. Nie wiem tylko, czy będę dzwonił, czy po prostu słuchał muzyki – bo te dwie funkcje mogą działać jednocześnie. I to jest tu kluczowe.

Dwa akcesoria w jednym

Na papierze połączenie dzwonka i głośnika Bluetooth brzmi jak pomysł z kategorii „a komu to potrzebne?”. Sam byłem sceptyczny. W praktyce jednak BellBeats okazuje się jednym z tych produktów, które po kilku jazdach zaczynasz traktować jako wygodne i… potrzebne (?).

Z zewnątrz wygląda jak kompaktowy, okrągły głośnik. Albo… dzwonek z dziurkami. Nie krzyczy designem, nie próbuje być gadżetem „sportowym”. Jest czarny, stonowany, z delikatnym brandingiem Trek i perforacją maskującą głośnik. Całość sprawia wrażenie dopracowanej i przemyślanej, a nie dopchniętej do katalogu na ostatnią chwilę.

Sprytne mocowanie i jeszcze sprytniejszy spust

Najlepszy element tego systemu to… mocowanie. BellBeats nie korzysta z systemu Blendr, tylko z własnego uchwytu montowanego na kierownicy (25–31,8 mm, adaptery w zestawie). I tu istotny szczegół: „dzyndzel” dzwonka jest częścią uchwytu, a nie samego głośnika.

Co to oznacza w praktyce? Głośnik można jednym ruchem zdjąć z roweru, zabrać do domu, przypiąć do plecaka (to mój przypadek), a na kierownicy zostaje tylko niewielki, dyskretny mechanizm z przyciskiem. Naciskając go, uruchamiasz fizycznie czerwony przycisk dzwonka w głośniku. Proste, mechaniczne, intuicyjne.

To rozwiązanie jest po prostu lepsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Obsługa bez aplikacji

W czasach, gdy do wszystkiego potrzebujesz aplikacji, konta i aktualizacji firmware’u, Trek poszedł w drugą stronę. Cała obsługa BellBeats odbywa się bezpośrednio na urządzeniu. Jest tu kilka przycisków: głośniej, ciszej, play/pauza i osobny przycisk dzwonka.

Możesz zaprogramować krótkie naciśnięcie i długie przytrzymanie spustu jako dwa różne dźwięki. Do wyboru są klasyczne dzwonki, dłuższe sygnały ostrzegawcze, ale też bardziej… kreatywne opcje. I tu ciekawostka: dźwięki mają metaliczny, „prawdziwy” charakter. To efekt współpracy Treka z Harmanem i słychać, iż ktoś faktycznie pochylił się nad jakością dźwięku.

Jazda z muzyką

Jako głośnik BellBeats działa zaskakująco dobrze. Nie ma tu basu, który przewróci Ci wnętrzności, ani krystalicznej góry jak w słuchawkach dousznych, ale do jazdy – szczególnie solo – jest w zupełności wystarczający. Co ważne: nie jest nachalny. Gra na tyle głośno, żebyś słyszał muzykę, ale nie na tyle, żeby drażnić wszystkich dookoła. Ja miałem go na szelkach plecaka, w odległości kilkunastu centymetrów od ucha idealnie.

A całością sterowałem z licznika IGPSport Binavi Air – który na to pozwala. Prawdziwy zestaw „stereo”!

Uwaga – w momencie użycia dzwonka muzyka automatycznie się wycisza, odtwarzany jest sygnał, a potem wszystko wraca do normy!

Akumulator, który nie stresuje

Producent deklaruje do 6 godzin ciągłego grania i w normalnych warunkach to się po prostu zgadza. przez cały czas działał bez problemu po 5 godzinach jazdy i tu w temperaturach ok. 10 stopni. Ładowanie odbywa się przez USB-C, a cztery diody LED jasno pokazują stan naładowania – choć tylko wtedy, gdy urządzenie jest włączone.

Czy to ma wady? Oczywiście

BellBeats nie jest tani. To sprzęt, który kosztuje wyraźnie więcej niż klasyczny dzwonek i podstawowy głośnik razem wzięte. I nie, to nie jest gadżet do jazdy po zatłoczonych singlach czy ścieżkach pełnych pieszych. Tam lepiej zachować ciszę i kulturę.

Ale jako rozwiązanie na szosę, gravel, długie treningi w cieplejszych krajach albo spokojne trasy poza sezonem – działa zaskakująco dobrze.

8 rano Walencja…
I… 19 tego samego dnia w Caudiel

Werdykt

Trek BellBeats to jeden z tych produktów, które trudno zaszufladkować, dopóki się z nich nie skorzysta. Dzwonek, który faktycznie brzmi jak dzwonek. Głośnik, który nie robi z Ciebie objazdowej dyskoteki. Sprytne mocowanie, ergonomia i funkcjonalność, która w czasie jazdy po prostu się broni.

Czy jest niezbędny? Nie.
Czy po kilku jazdach zaczynasz się zastanawiać, dlaczego wcześniej go nie miałeś? Zdecydowanie tak.

Cena rynkowa ok. 500 zł (sugerowana 549 zł)

Info: trekbikes.com

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski

Idź do oryginalnego materiału