
Jesteśmy bohaterami rodem z powieści science-fiction – obserwujemy, jak tworzy się nowy, inny świat.
Początek roku sprzyja takim rozważaniom. Zastanawiamy się, co przyniosą najbliższe miesiące, rzadko kiedy dochodząc do optymistycznych wniosków. Lepiej w końcu już było. Dla wielu Polaków miniony 2025 r. był „jednym z siedmiu najgorszych dla świata w okresie objętym badaniami, czyli od roku 1986 r.”, jak wynikało z sondażu przeprowadzonego przez CBOS. I to nic, iż jednocześnie 2025 r. „w wymiarze osobistym, zawodowym oraz w odniesieniu do Polski i świata generalnie” okazał się być lepszym niż 2024 r. aż dla 62 proc. ankietowanych – podskórnie czujemy, iż żyjemy w niewesołych czasach, zmierzamy w złym kierunku, a chwile osobistego szczęścia nie powinny przysłonić chłodnej, racjonalnej oceny.
Sprzeczne opinie, rozedrganie – to wszystko pokazuje nam, iż brakuje nam solidnych fundamentów, bezpiecznej, bo pozytywnej narracji, o którą moglibyśmy oprzeć się w chwilach zawahania. „Może jest źle, ale wszystko zmierza w oczekiwanym kierunku”. Nie znajdujemy takiego schronienia. Sięgamy więc po stare wizje przeszłości, jak te z 1923 r., kiedy „Ilustrowany Kuryer Codzienny” przytoczył przewidywania ważnych osobistości, zamieszczone w amerykańskiej gazecie. To nie jest pierwszy raz, gdy odkopano właśnie te prognozy. Fascynują, bo rzeczywistość okazała się być od nich tak bardzo daleka.
„Świat przeżywać będzie erę powszechnego braterstwa, które nie zazna ani nędzy, ani konfliktów zbrojnych, ani głodu, ani zniszczenia” – rozmarzył się jeden z cytowanych ekspertów. Wprawdzie dodał wcześniej, iż to wszystko się zdarzy, o ile do 2022 r. wojna światowa nie będzie miała dalszego ciągu (ups…), ale i tak wiara w człowieczeństwo musi imponować choćby teraz.
Wizje wzruszają, bo zazdrościmy dawnego optymizmu
Patrzymy na przodków jak na dzieci bawiące się w piaskownicy, które przekrzykują się, kto strzeli bramkę dla Polski w finale Mistrzostw Świata, a kto jako pierwszy postawi stopę na Marsie. Godzi ich wszystkich inny szkrab, mówiący o tym, iż te zasługi zbledną przy pokojowej nagrodzie Nobla, przyznanej mu za zakończenie wojen i wprowadzenie pokoju. „Oj, słodkie maluchy, wy jeszcze nic o życiu nie wiecie” – mówimy my, dorośli, świadomi tego, iż los bardzo surowo obejdzie się z pięknoduchami.
Z podobnym rozbawieniem, ale i zazdrością patrzmy na dawne wizje przyszłości. Mieć choć trochę tamtej wiary, by z optymizmem patrzeć na zbliżające się lata, jak ci, którzy w pierwszych dekadach XX. w. myśleli o kolejnym stuleciu! Przydałoby się, oj, przydało.
Mignął mi szyderczy komentarz, wspominający o tekście z 1923 r. Rozbawiony komentujący drwił z dawnych wizjonerów, pisząc coś w stylu, iż oto wielka przewaga myślicieli: mogą pleść co ślina na język przyniesie, tworzyć bajki o krainie szczęśliwości, jaką będzie Ziemia za sto lat, bo nikt ich za to nie rozliczy. Nie wypomni. Nie powie: proszę pana, jakże poważnie się pan pomylił, i co teraz? Nie jest nam pan winien przeprosiny? Proszę, słuchamy. Tylko bez kolejnych kłamstw!
Autorzy błędnych prognoz już dawno będą gdzieś daleko, więc choćby nie będą musieli wstydzić się za nietrafione strzały. A przecież trzeba brać odpowiedzialność za słowo. Lepiej ugryźć się w język niż dać ponieść fantazji. Jak ktoś jednak przesadzi, to powinien ponieść konsekwencje i żyć w naszych czasach, tak dalekich od przepowiedni. To byłaby bardzo surowa kara. Miałem wrażenie, iż komentujący jest wręcz zły na tych, którzy marzyli o innym świecie, uznając, iż z nas zakpili.
Czy to jednak nie jest najpiękniejsze? Wiedzieć, iż za sto lat nie skorzysta się z tych wszystkich uciech i dobrodziejstw, nie zazna się pokoju i szczęśliwości, a mimo to wierzyć, iż jak nie my, to przynajmniej oni, ci, co po nas? Wizje przyszłości bolą, bo się nie sprawdziły. A może wracając do nich, doskwiera jednak coś innego – iż życzono nam tak dobrze.
Dziś nie wierzy się w to, iż w ciągu najbliższych lat będzie mniej wojen, sporów i wszelkich innych trosk; raczej spodziewamy się, iż jeszcze zatęsknimy za tym, co mamy teraz, a przecież często dalecy jesteśmy od przyznania, iż można nam czegokolwiek zazdrościć. Coraz więcej osób woli nie skazywać kolejnych pokoleń na pewne, jak im się wydaje, trudy. Jak będzie wyglądał świat w 2126? Lepiej nie pytaj, tym bardziej, iż to nie będzie już twój problem. I całe szczęście!
Nie będę ukrywał, iż czarnowidztwo jest mi dalekie. Optymizm jest jednak kuszący właśnie dlatego, iż tak trudny. A przecież to nie tak, iż ludzie żyjący w 1923 r. nie mieliby nam czego zazdrościć. Patrząc na ich odważne, wręcz utopijne prognozy, skupiamy się na tym, co nie wyszło, zupełnie zapominając o tym, co się udało.
Nawet dalej można się rozmarzyć, jak ponad sto lat temu. Uzmysłowiłem to sobie czytając o tym, iż w tym roku zakończy się trwające od 50 lat wydobycie węgla brunatnego w Polu Bełchatów.
To nie jest tylko lokalne wydarzenie techniczne, ale symboliczny moment, w którym polska transformacja energetyczna przestaje być teoretycznym zapisem w dokumentach, a staje się namacalną rzeczywistością – pisał Bogdan Stech.
W okolicach Bełchatowa powstanie zbiornik wodny o powierzchni lustra wody wynoszącej ok. 3,8 tys. ha. Co najważniejsze, nie będzie to zwykły staw, ale najgłębsze jezioro w Polsce, które swoją głębokością przyćmi Hańczę.
Brzmi to imponująco. Aż trudno to sobie wyobrazić. Może dlatego ta naprawdę niezwykła wizja nie niesie, nie sprawia, iż aż szumi w głowie – a powinna. Jest w końcu jak z powieści science-fiction: oto kosmiczny krajobraz zamieni się w sielską krainę, gdzie ludzie będą odpoczywać, pływać, kąpać się, cieszyć się zielenią. Na niespotykaną dotąd skalę, bo to nie będzie jakieś tam bajorko, jakaś tam plaża.
W, dajmy na to, 2075 r. ktoś stanie na jednej z plaż i nie będzie mógł uwierzyć, iż kiedyś ta okolica wyglądała zupełnie inaczej. Zdjęcia i relacje będą brzmiały jak opisy z zupełnie innej planety. Dymiące kominy, które widziałem z podwórka dziadków i przy dobrej pogodzie są doskonale widoczne z różnych miejsc w moich rodzinnych stronach, oglądać będzie można jedynie na filmach. Wyobrażam sobie, iż lektor, w lekko propagandowym stylu, będzie dziwił się, jak mogliśmy tak żyć. Dziury w ziemi, hałdy, ciężkie maszyny zamiast wody, lasów, zieleni? Kamera pokaże niekończące się taśmy, gąsienice, wielkie maszyny, dziury, usypane górki, wszystko to czarno-białe, bo smutne, a nie inspirujące.
Wiem, iż sprawa transformacji energetycznej jest znacznie bardziej skomplikowana, ale jeżeli spojrzymy na temat z odległości, nabierzemy dystansu, dostrzeżemy, iż jesteśmy w momencie tworzenia niezwykłej wizji. Utopii – świata, który ma dostęp do innych, lepszych źródeł energii. Dawniej wpływał na krajobraz poprzez jego niszczenie, tak teraz może go odbudowywać, przynajmniej częściowo oddając w ręce naturze.
Może więc warto dmuchać w żagle tym marzeniom – ambitnym, wielkim, utopijnym. Być jak ci z 1923 r., którzy wieszczyli następcom znacznie lepsze miejsce do życia niż to, które zastali. Jest przecież cień szansy, iż fragment przyjemniejszej krainy zostawimy i my. Właśnie obserwujemy ten początek.
Jest tego więcej
Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google







