
Rynek mobile wreszcie dojrzał, stawiając ergonomię ponad marketing. Premiery iPhone’a 17 Pro i Oppo Reno 15 Pro chyba definitywnie kończą modę na nieporęczne urządzenia.
Uważam, iż era phabletów trwała stanowczo za długo. Przez ostatnie lata patrzyłem z niedowierzaniem, jak każdy kolejny flagowiec rósł o milimetry, aż obsługa jedną ręką stała się fizycznie niemożliwa. Zmiana, której jesteśmy świadkami, to nie tylko korekta kursu, ale wydaje mi się, iż przyznanie się branży do błędu. Mam wrażenie, iż producenci wreszcie dostrzegli zmęczenie materiału.
Zrozumieli, iż sporo osób (w tym jeszcze więcej kobiet) szuka urządzenia, które mieści się w kieszeni bez walki, a nie kolejnego tabletu, z którego niewygodnie się dzwoni. Nie potrafię zaakceptować faktu, iż ergonomia była ignorowana przez dekadę na rzecz cyferek w specyfikacji. Chwyt to podstawa, ponieważ trzymam telefon w ręce setki razy dziennie.
Żaden procesor nie zrekompensuje bólu nadgarstka po kwadransie scrollowania czy upadku na asfalt podczas treningu, tylko dlatego, iż niewyważona paletka do ping-ponga wypadła mi z rąk. Dlatego z taką ulgą przyjmuję powrót do gabarytów szanujących anatomię.
Mniejsze telefony zostają na dobre
iPhone 17 ProDla mnie iPhone 17 Pro to dowód na uspokojenie w Cupertino. Wersja Pro – ta bez dopisku Max – od lat udowadniała, iż potężna specyfikacja nie wymaga wielkiej obudowy, ale w tym roku inżynierowie Apple przerośli samych siebie.
ScreenshotTen model nie próbuje rywalizować rozmiarem i właśnie za to go cenię. Biorąc go do ręki, czuję powrót do proporcji znanych z dwunastki czy trzynastki, ale w formie dopracowanej do perfekcji. Nie muszę uprawiać gimnastyki kciukiem, by dosięgnąć belki powiadomień. Konstrukcja idealnie wpada w dłoń, a zakrzywione boki i przyczepne szkło sprawiają, iż w świecie Apple trudno o lepszy balans.
iPhone 17 Pro Max i 17 ProJednak to, co dzieje się w świecie Androida, cieszy mnie jeszcze bardziej. Oppo Reno15 Pro z ekranem 6,32 cala wchodzi na teren, który do tej pory kojarzył mi się niemal wyłącznie z bazowym Samsungiem Galaxy S. Przez lata brakowało mi tu realnej alternatywy, a teraz wreszcie ją mam. Bryła o wysokości 151 mm i szerokości zaledwie 72,4 mm to dla mnie definicja poręczności.

Te kilka milimetrów różnicy względem większych modeli robi kolosalną różnicę przy pisaniu wiadomości jedną ręką. Przy otwarciu pudełka byłem zaskoczony, jak dobrze ten telefon leży w moich mniejszych dłoniach i jak świetnie jest wyważony.

Nie przeważa górą w dół, co jest plagą wielu współczesnych konstrukcji. Przy wadze 187 gramów i grubości niespełna 8 mm czuć, iż trzyma się solidny sprzęt, ale jednocześnie nie ciążący w kieszeni marynarki czy spodni.

Warto w tym miejscu oddać sprawiedliwość konkurencji. Samsung ze swoim Galaxy S25 (ekran 6,2 cala) od dawna udowadniał, iż da się zrobić kompletnego flagowca w rozmiarze S. Cieszę się jednak, iż w 2026 r. nie jestem już skazany na jedną markę, jeżeli chcę małego Androida. Do gry dołączyło Oppo, swoje robią mniejsze Pixele od Google. Wreszcie mam luksus wyboru, a duże telefony przestały być jedyną opcją dla wymagających użytkowników.
Źródło: własne / CanvaBateria to ostateczny argument
Zawsze irytowało mnie tłumaczenie działów marketingu, iż mały telefon musi krótko działać, bo musi mieć mniejszą baterię. Oppo Reno15 Pro weryfikuje to, pakując ogniwo 6200 mAh do zgrabnej obudowy.

Postęp w technologii materiałowej sprawił, iż dylemat ergonomia albo czas pracy przestał istnieć w 2026 r. W moich oczach Oppo gra tu bardzo odważnie. Producent zauważył, iż kompaktowa nisza, którą pielęgnował m.in. Samsung na rynku Androidów, jest w rzeczywistości ogromnym rynkiem zbytu. Zamiast płynąć z prądem więcej, więcej i więcej, postawili na użyteczność, dołączając do grona producentów szanujących mniejsze kieszenie czy ręce.

Nie zapominam jednak o drugim graczu. iPhone 17 Pro radzi sobie w tej kwestii równie wybitnie, choć inną metodą. Tutaj kluczem jest iOS, którego optymalizacja stoi na absolutnie topowym poziomie. Apple od lat udowadniał, iż doskonałe zarządzanie energią przez system potrafi zdziałać cuda, zapewniając świetne czasy pracy choćby bez konieczności bicia rekordów pojemności baterii. To synergia hardware’u i software’u, której świat Androida wciąż się uczy, choć z coraz lepszymi skutkami.
Jakość wygrywa z ilością cali
Zmieniłem swoje podejście do czytania specyfikacji. Pytanie o cyferki w rozdzielczości przestało być kluczowe. Liczy się jakość panelu, a Apple czy taka propozycja Oppo udowadniają, iż na mniejszym ekranie też można cieszyć się wybitnym obrazem. Nie potrzebuję 6,9 cala, by docenić HDR czy 120 Hz. Dla mnie liczy się zagęszczenie pikseli i komfort konsumpcji treści, a nie powierzchnia, która tylko utrudnia obsługę.

Przez lata czułem się zakładnikiem technologii, nosząc nieporęczne urządzenia w obawie o baterię czy aparat. Nowe modele to powrót do układu, w którym technologia służy użytkownikowi. Małe telefony nigdy nie przestały być potrzebne, po prostu w wyścigu zbrojeń pomylono postęp z gigantomanią.

Należę do grupy, która latami zaciskała zęby, używając przerośniętych telefonów z braku alternatywy. Chwilę temu myślałem nawet, by wrócić do iPhone’a mini tylko przez wymiary. Trenuję sporo, biegam, a paletka w tylnej kieszeni tylko mnie irytowała. Obecne premiery to sygnał, iż nasz głos wreszcie przebił się do działów projektowych.
Wierzę, iż rok 2026 będzie dobrym rokiem dla tej inteligentnej miniaturyzacji. Skoro da się zrobić wydajnego malucha z potężną baterią, nie zaakceptuję już cegły jako standardu. Fakt, iż Samsung, Apple, a teraz choćby Google oraz mocno Oppo idą tą drogą, napawa mnie optymizmem. To koniec ery, w której flagowiec musiał być synonimem wielkiego kloca.









