
Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi ma nowy pomysł, który jest tak głupi, iż wygląda jak żart primaaprillisowy. Będziesz musiał podpisać specjalne oświadczenie, iż lubisz wiejskie życie, inaczej nie osiedlisz się poza granicami miasta.
Ministerstwo Głupich Kroków Rolnictwa i Rozwoju Wsi postanowiło zająć się największym problemem polskiej wsi. Nie jest to spadająca cena zbóż, niskie ceny za tuczniki, ani choćby kwestia zagrożeń dla rolnictwa, które niesie ze sobą importowanie produktów rolnych z innych państw. To pierdoły, moi drodzy. Najważniejszą kwestią są mieszczuchy, które wyprowadzają się na wieś, a później ze zdumieniem odkrywają, iż to nie jest idylla pachnąca bzem, agrestem i świeżo skoszonym siankiem. Czują zapach gnojówki, słyszą hałas maszyn rolniczych, a do tego sąsiad nie rozumie, iż w weekend to się odpoczywa i grilluje, a nie robi w polu. Jak to bywa w polskim ministerstwie, plan jest wyjątkowo sprytny.
Podpisz oświadczenie, iż rozumiesz, czym jest życie na wsi. Inaczej spadaj do miasta
Według pomysłu ministerstwa nabywca nieruchomości położonej na wsi będzie musiał dołączyć do aktu notarialnego oświadczenie, iż jest świadomy możliwych zakłóceń spowodowanych działalnością rolniczą. Prowadzenie takiej działalności ma zostać wpisane do kodeksu cywilnego jako jeden ze sposobów mieszczących się w granicach normalnego korzystania z nieruchomości, które co do zasady nie oddziałuje na sąsiadów.
Celem projektu jest zabezpieczenie realizacji funkcji produkcyjnych wsi oraz ograniczenie konfliktów społecznych na tym tle. Zakłada się przygotowanie przepisów uwzględniających specyfikę życia na obszarach wiejskich, chroniących prawa wszystkich mieszkańców, przy jednoczesnym podkreśleniu ważnej pozycji rolników ze względu na dostarczanie żywności i innych dóbr publicznych. Działania mają prowadzić do uporządkowania zasad współistnienia oraz zmniejszenia liczby sytuacji konfliktowych. Wprowadzane rozwiązania mają być czytelne, przewidywalne i sprzyjać zachowaniu równowagi interesów całej społeczności wiejskiej – tak czytamy w projekcie przepisów
Zmienia się struktura polskiej wsi, zwłaszcza tej położonej blisko miast. Już ponad 20 proc. mieszkańców stanowią przybysze z ośrodków miejskich, którzy nigdy wcześniej nie mieszkali na wsi. Z tego tytułu powstają konflikty. Policja jest regularnie zasypywana skargami na głośno pracujące maszyny rolnicze, na smród z budynków gospodarczych czy na prace polowe po zmierzchu lub w weekendy.
Zazwyczaj jest to ignorowane przez służby, bo przecież wieś rządzi się pewnymi prawami, ale konflikty przybierają na sile. Poniedziałkowa Rzeczpospolita donosiła o sprawie rolnika, który ma hodowlę trzystu świń. Nowi sąsiedzi byli oburzeni smrodem wydobywającym się z obory i chcieli jej likwidacji. I co najlepsze – wygrali i rolnik musi wypłacić im 100 tys. zł odszkodowania i ograniczyć swoją działalność.
Obserwowana jest m.in. wzrastająca presja na ograniczenie skali hałasu w dni wolne od pracy oraz w porze wieczornej i nocnej, a także zapachów pochodzących z produkcji rolniczej, w szczególności zwierzęcej. Pojawiają się także konflikty przestrzenne, m.in. w sytuacji, gdy grunty przeznaczone na cele inne niż rolne (najczęściej pod budownictwo mieszkaniowe) stykają się z terenami przeznaczonymi na cele produkcji rolniczej – tako rzecze ministerstwo
Sam znam taki przypadek. Jest sobie gospodarstwo rolne, bardzo, ale to bardzo blisko miasta. Sąsiednią działkę zakupił deweloper, który postawił 10 bliźniaków – okna po jednej stronie wychodzą na budynek chlewni. Pech chciał, iż gospodarstwo hoduje świnie, śmierdzi tam niemiłosiernie, ale deweloper opowiada nabywcom domów, iż to nie problem, iż gospodarstwo zaraz przestanie funkcjonować, a zawsze mogą wnieść oskarżenie przeciw rolnikowi, iż prowadzi działalność uciążliwą. Powiecie, kto o zdrowych zmysłach kupi taki dom? Odpowiem: cena czyni cuda.
Ministerstwo chce jeszcze jednej zmiany. Proponuje wyłączenie karalności za zakłócanie spokoju lub spoczynku nocnego w wyniku prowadzenia działalności rolniczej, np. przez hałas generowany przez maszyny rolnicze czy zwierzęta.
PRZEPROWADZILI SIĘ Z MIASTA I POZWALI ROLNIKA ZA ODÓR Z JEGO CHLEWNI. MA ZAPŁACIĆ PONAD 100 TYSIĘCY ZŁOTYCH.
Szymon Kluka z Grodziska ma zapłacić ponad 100 tys. złotych odszkodowania za odór pochodzący z jego chlewni. Został pozwany przez sąsiadów, którzy na wieś sprowadzili… pic.twitter.com/kZ1uyq481t
Jest tylko jeden problem – nie ma u nas nieograniczonej wolności
Wbrew pozorom to oświadczenie jest brzemienne w skutkach. To praktycznie zrzeczenie się wszelkich roszczeń wobec sąsiednich działek. Tylko kto zagwarantuje mieszczuchowi stałość w działalności rolniczej?
Łatwo mi wyobrazić sobie sytuację, w której kupuję dom obok rolnika, który prowadzi działalność polegającą na uprawie zboża, bez hodowli. Tymczasem po kilku latach ten rolnik dojdzie do wniosku, iż hodowla świń zawsze była jego marzeniem, postawi niewielką chlewnię, a ja jestem ugotowany, bo przecież zrzekłem się roszczeń. Powiecie, ale jest miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, są przepisy o oddziaływaniu na działkę sąsiednią. Są, ale niewielka hodowla na własne potrzeby jak najbardziej byłaby możliwa do zrealizowania. Zmiana proponowana przez ministerstwo to ingerencja w prawo własności.
Idąc tym tropem należy żądać od mieszkańców bloków podpisania oświadczenia, iż są świadomi, iż ich sąsiedzi mogą pić, palić, urządzać imprezy, hałasować i parować się jak króliki przy otwartych oknach. Od mieszkańców kupujących domy w pobliżu zakładów przemysłowych można też żądać oświadczeń, iż są świadomi ryzyka. W ogóle od każdego można pobrać jakieś oświadczenie, w końcu cóż stoi na przeszkodzie.
Mieszkałem na wsi przez połowę mojego życia, widziałem to i owo, miałem do czynienia z hodowlą zwierząt, a choćby jeździłem kombajnami zbożowymi (polecam, wspaniała sprawa). Stąd wiem, iż nie zawsze jest tak, iż tylko mieszczuchy robią problemy. Wielokrotnie byłem świadkiem konfliktów właśnie o hałas, smród czy inne oddziaływania.
Owszem, część była bezpodstawna, ale w przypadku niektórych wystarczyła odrobina dobrej woli. Przecież nie zawsze trzeba kosić do pierwszej w nocy, nie ma potrzeby orania pola o czwartej nad ranem, a i godziny stosowania oprysków są wyznaczone. Tak naprawdę w tym sporze nowych mieszkańców wsi i rolników pokazuje się inny problem.
Tracimy umiejętność wyjścia z własnej bańki, spojrzenia na świat oczami drugiej strony konfliktu. Liczy się tylko ja. Nie umiemy rozmawiać z drugim człowiekiem, każdy najmniejszy konflikt staje się dramatem, który kończy się agresją, krzykami, policją.
Wiem, iż to boomerskie gadanie, ale czasem mam wrażenie, iż ta piosenka wygenerowana w AI, o tym, iż kiedyś ludzie mieli mniej, ale byli bliżej siebie, ma jakieś oparcie w rzeczywistości. Połowę potencjalnych punktów zapalnych w życiu nowych mieszkańców wsi można rozwiązać w sobotni wieczór przy bimberku. Wystarczy wyjść, zobaczyć w sąsiedzie drugiego człowieka i pogadać. Tak jak to się robiło za dawnych czasów.
Zamknęliśmy się w domach, otoczyliśmy technologiami, rozmawiamy ze sobą przy pomocy internetu. I to odbija się później na życiu w społeczeństwie. A na końcu wychodzi ministerstwo i mówi, iż jak podpiszecie papierek, to wszystko będzie dobrze. Nie będzie. Tu nie trzeba oświadczeń u notariusza, tu trzeba grilla z sąsiadem. Urzędnicza papierologia nie zmieni polskiej wsi, tylko pogłębi podziały.














