
Przyznam, iż mam słabość do małych urządzeń, które potrafią zaskoczyć możliwościami. Od lat uważam, iż iPad mini jest jednym z najbardziej niedocenianych produktów Apple. Niby pełnoprawny iPad, ale w rozmiarze, który pozwala zabrać go praktycznie wszędzie.
Tegoroczna premiera jest jednak szczególna, bo Apple postanowiło niemal całkowicie przebudować swojego najmniejszego iPada. Mamy OLED, nową konstrukcję, zaskakujący system nagłośnienia, odporność na wodę i potężny procesor. Brzmi idealnie? Prawie. Bo Apple nie byłoby sobą, gdyby nie zostawiło kilku rzeczy, które trudno zrozumieć.

Z Los Angeles prosto na moje biurko
Z najnowszym iPadem mini miałem okazję zapoznać się już podczas mojej ostatniej wizyty w Los Angeles, gdzie na zaproszenie Apple uczestniczyłem w prezentacji październikowych nowości. Po konferencji odbyły się sesje hands-on, podczas których mogliśmy obejrzeć nowy sprzęt. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, szczególnie kiedy wziąłem mini do ręki i zobaczyłem jego ekran. Jednak umówmy się, takie spotkania nie są idealnymi warunkami do testowania. Mnóstwo ludzi, ograniczony czas i cała masa innych nowości, które również chciałoby się obejrzeć.
Na szczęście teraz iPad mini przyjechał do naszej redakcji na dłużej. Mogłem spokojnie go rozpakować, skonfigurować i przez kilka dni sprawdzać w normalnych warunkach. Od razu zaznaczę, iż nie jest to pełna recenzja. Dokładnymi testami zajmie się Wojtek, który przejmuje ode mnie urządzenie. Ja chciałem przede wszystkim sprawdzić, czy nowy mini rzeczywiście jest tak dużym krokiem naprzód, jak sugerowała jego prezentacja.

Unboxing z małym „one more thing”
Rozpakowywanie produktów Apple od lat wygląda podobnie. Eleganckie pudełko, wszystko idealnie spasowane i coraz mniej rzeczy w środku. Tutaj również nie ma wielkiego szaleństwa. Wyciągamy iPada, znajdujemy przewód USB-C i dokumentację. Standard. Ale tym razem jest małe „one more thing”!
W zestawie z testowaną wersją Nano-Texture znalazłem oryginalną ściereczkę Apple do czyszczenia ekranu. Niby drobiazg, ale bardzo sympatyczny, szczególnie iż kiedyś to akcesorium było bohaterem niezliczonych żartów ze względu na swoją cenę.
Najzabawniejsze odkrycie przyszło jednak chwilę później. Okazało się, iż ściereczka jest niemal idealnie dopasowana kształtem i rozmiarem do rozłożonego iPhone’a Duo! Przypadek? Zapewne, ale wygląda to naprawdę zabawnie. Można powiedzieć, iż Apple dorzuciło mi przy okazji akcesorium do mojego nowego składanego iPhone’a.
Mini, ale nie taki znowu mini
Nowy iPad mini jest niesamowicie poręczny. Ma zaledwie 5,4 mm grubości i waży około 255 gramów. To naprawdę kilka jak na pełnoprawny tablet. W dłoni czuć, iż konstrukcja została odchudzona, a mimo to całość sprawia wrażenie solidnej i świetnie wykonanej.

Co ciekawe, odkąd korzystam z iPhone’a Duo, moje postrzeganie mobilnych ekranów mocno się zmieniło. Rozłożony Duo oferuje przecież 7,6 cala, tymczasem iPad mini ma 8,5 cala i mimo pozornie niewielkiej różnicy przekątnych oferuje zauważalnie większą przestrzeń roboczą. Oczywiście swoje robią również inne proporcje ekranu. Duo jest fantastycznym kompromisem między telefonem a tabletem, ale mini przez cały czas pozostaje prawdziwym iPadem, ze wszystkimi zaletami większego ekranu i iPadOS.

OLED i Nano-Texture. Genialne połączenie!
Największą zmianą jest oczywiście ekran. Apple wreszcie pożegnało się z LCD i zastosowało panel OLED Super Retina XDR. I powiem krótko: jest znakomicie. Czerń jest rzeczywiście czarna, kontrast fantastyczny, kolory nasycone, ale naturalne, a wszystko wygląda zdecydowanie lepiej niż w poprzedniej generacji. Sam ekran urósł z 8,3 do 8,5 cala, choć zewnętrzne wymiary urządzenia praktycznie się nie zmieniły. Udało się to dzięki zmniejszeniu ramek o około 24%.
Parametry również robią wrażenie. Kontrast wynosi 2 000 000:1, jasność w typowych warunkach sięga 600 nitów, a szczytowo podczas wyświetlania HDR choćby 1200 nitów. Co ciekawe, ekran potrafi też zejść z jasnością do zaledwie 1 nita, co jest świetną wiadomością dla osób lubiących czytać wieczorami.

Testowany egzemplarz wyposażono w opcjonalne szkło nanostrukturalne Nano-Texture. Kto czyta moje wcześniejsze teksty, ten wie, iż jestem wielkim fanem tego rozwiązania. W iPadzie mini sprawdza się wręcz rewelacyjnie. Zamiast oglądać własne odbicie czy lampy sufitowe, widzimy przede wszystkim treść. Matowa powierzchnia nadaje obrazowi nieco bardziej papierowy charakter, dzięki czemu czytanie książek czy artykułów jest wyjątkowo przyjemne. Oczywiście klasyczne szkło w idealnych warunkach może dawać odrobinę ostrzejszy obraz i głębszą czerń, ale dla mnie korzyści z Nano-Texture zdecydowanie przeważają. Szkoda tylko, iż jest to opcja dodatkowo płatna i dostępna wyłącznie w wyższych konfiguracjach pamięci.

60 Hz w 2026 roku? Apple, naprawdę?
No i dochodzimy do pierwszej rzeczy, która zwyczajnie mnie irytuje. Nowy iPad mini, wyposażony w świetny OLED i potężny procesor, przez cały czas ma ekran odświeżany z częstotliwością 60 Hz. Sześćdziesiąt! W 2026 roku! Przyznam, iż trudno mi znaleźć sensowne uzasadnienie tej decyzji. Szczególnie kiedy na co dzień korzystam z urządzeń wyposażonych w ProMotion, gdzie 120 Hz zapewnia zauważalnie większą płynność przewijania, animacji i interakcji z systemem.
Żeby jednak być sprawiedliwym, muszę przyznać, iż nowy OLED zachowuje się nieco inaczej niż wcześniejszy LCD. Piksele reagują znacznie szybciej, dzięki czemu obraz w ruchu jest mniej rozmyty, a interfejs sprawia wrażenie bardziej responsywnego. Momentami można choćby odnieść wrażenie, iż ekran działa szybciej, niż sugerowałaby jego specyfikacja. Ale nie oszukujmy się, to przez cały czas 60 Hz. Szybszy czas reakcji pikseli nie zastąpi ProMotion. Przy tej klasie urządzenia i jego cenie Apple powinno wreszcie przestać traktować 120 Hz jak luksus zarezerwowany dla wybranych modeli.

Gdzie są głośniki? A jednak gra!
Kolejne zaskoczenie czeka nas podczas oglądania obudowy. Gdzie podziały się głośniki? Nie ma charakterystycznych otworów, które od lat kojarzymy z tabletami Apple. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś o nich zapomniał. Ale oczywiście niczego nie zapomniano. Apple zastosowało zupełnie nowy system Acoustic Display, w którym sam ekran odpowiada za generowanie części dźwięku.
Specjalne przetworniki umieszczone za wyświetlaczem wprawiają go w mikrowibracje, generując przede wszystkim niskie i średnie częstotliwości. Za wysokie tony odpowiadają niewielkie głośniki ukryte pomiędzy szkłem a aluminiową ramką. Efekt? Zaskakująco dobry! Dźwięk jest czysty, wyraźny, głośny i naprawdę trudno się do niego przyczepić. Spodziewałem się kompromisów, a tymczasem całość brzmi zdecydowanie lepiej, niż sugerowałaby tak cienka konstrukcja. Co więcej, trzymając tablet poziomo, nie zasłaniamy przypadkowo głośników dłońmi.
Nowa konstrukcja pozwoliła również uszczelnić obudowę, dzięki czemu iPad mini otrzymał certyfikat IP67. To pierwszy oficjalnie odporny na wodę i pył iPad. Oczywiście nie oznacza to, iż powinniśmy zabierać go do basenu, ale przypadkowy deszcz czy rozlana szklanka wody nie muszą już oznaczać katastrofy. Świetna i bardzo praktyczna zmiana.

Potężny procesor, ale gdzie jest Face ID?
W środku pracuje A20 Pro wykonany w technologii 2 nm. Apple deklaruje ogromny wzrost wydajności, szczególnie graficznej, w porównaniu z poprzednią generacją. Podczas mojego krótkiego kontaktu trudno było znaleźć zadanie, które stanowiłoby dla mini jakiekolwiek wyzwanie. Wszystko działa błyskawicznie, aplikacje uruchamiają się bez problemu, a codzienna praca jest po prostu przyjemna. Szczegółowe testy wydajności, temperatur i baterii pozostawię jednak Wojtkowi.
Drugim elementem, którego naprawdę mi brakuje, jest Face ID. Apple ponownie zdecydowało się na Touch ID zintegrowane z przyciskiem zasilania. Rozwiązanie działa, ale po latach korzystania z odblokowywania twarzą trudno mi się do niego przyzwyczaić. Szczególnie w tablecie, który często leży na biurku albo stoi na podstawce. Face ID byłoby po prostu wygodniejsze. Na szczęście poprawiono też kilka innych elementów, między innymi przeniesiono przednią kamerę na dłuższą krawędź, dodano obsługę Apple Pencil Pro oraz Wi-Fi 7.

Świetny sprzęt, ale cena już mniej mini
Nowy iPad mini zaczyna się w Polsce od 3499 zł za wersję Wi-Fi ze 128 GB pamięci. jeżeli zdecydujemy się na większą pamięć, ekran Nano-Texture czy łączność komórkową, cena gwałtownie rośnie. Robi się całkiem poważna kwota, szczególnie jak na urządzenie, które dla wielu osób będzie drugim lub trzecim ekranem w codziennym zestawie.
Z drugiej strony trudno odmówić nowemu mini technologicznego zaawansowania. OLED, znakomita konstrukcja, bardzo niska waga, odporność IP67, świetny system audio i ogromna wydajność sprawiają, iż nie jest to budżetowy tablet. Apple wyraźnie przesuwa mini w stronę urządzenia premium. Problem polega na tym, iż przy takiej cenie kompromisy w postaci 60 Hz i braku Face ID stają się coraz trudniejsze do zaakceptowania.

Pierwsze wrażenia? Bardzo, bardzo dobre!
Po kilku dniach mogę powiedzieć, iż nowy iPad mini zrobił na mnie naprawdę świetne wrażenie. Najbardziej podoba mi się to, iż Apple nie ograniczyło się do wymiany procesora i kosmetycznego odświeżenia konstrukcji. Zmiany są realne i dotyczą elementów, które mają znaczenie w codziennym użytkowaniu. Ekran OLED z Nano-Texture jest fantastyczny, nowy system dźwiękowy pozytywnie mnie zaskoczył, a cienka, lekka i odporna na wodę obudowa sprawia, iż to urządzenie aż chce się zabierać ze sobą.

Czy kupiłbym go dla siebie? To interesujące pytanie, szczególnie teraz, kiedy korzystam na co dzień z iPhone’a Duo i iPada Pro 11 cali. Mini plasuje się gdzieś pomiędzy nimi. Czy znalazłbym dla niego miejsce? Bez problemu. Czy rzeczywiście go potrzebuję? Tutaj odpowiedź jest już mniej oczywista. Podejrzewam jednak, iż dla wielu osób będzie to znakomity kompan do czytania, podróżowania, robienia notatek i codziennej rozrywki.

Na razie oddaję iPada mini Wojtkowi, który zajmie się poważniejszymi testami. Zapraszam więc już niebawem do jego pełnej recenzji na iMagazine.pl. Ja pozostaję z przekonaniem, iż Apple przygotowało jednego z najciekawszych iPadów ostatnich lat. Nie jest idealny, nie jest tani i ma kilka irytujących ograniczeń, ale ma też w sobie coś, czego nie da się zamknąć w tabelce ze specyfikacją. Po prostu bardzo przyjemnie się z niego korzysta. A przecież o to w tym wszystkim chodzi.
Jeśli artykuł iPad mini OLED – mały, ale wariat! Unboxing i pierwsze wrażenia nie wygląda prawidłowo w Twoim czytniku RSS, to zobacz go na iMagazine.

1 godzina temu






