Część III. Przygotowania na wypadek W, Rozdz. II. Działa-nie działa. Jak żyć bez prądu, ciepła, bieżącej wody i gazu? cz. II. / Wypracow

publixo.com 2 dni temu

No dobrze. Z problemem wody jakoś się uporaliśmy. Pora na prąd. Wspomniałem, iż bez prądu nie ma i wody. Ale prawdę mówiąc, bez prądu nie ma niczego. Brak prądu to prawdziwa katastrofa dla człowieka przyzwyczajonego do współczesnej cywilizacji.

Nie będę tu przed tobą roztaczał apokaliptycznych wizji świata pozbawionego elektryczności. W końcu masz wyobraźnię i ja wierzę, iż podsunie ci ona dostatecznie straszliwe obrazy. Ja skupię się na bardzo ważnych praktycznych szczegółach tej sytuacji i sposobach radzenia sobie w świecie blackoutu (wbrew pozorom, takie zdarzenia mogą mieć miejsce i bez wojny).

Malutka uwaga na marginesie. Brak prądu to zwykle również i brak ogrzewania. Żeby kaloryfery mogły być ciepłe, czy to w domu jednorodzinnym czy mieszkalnym bloku, coś musi utrzymywać czynnik grzewczy w ciągłym ruchu. W dawnych czasach można było spotkać instalacje grzewcze oparte na rozwiązaniach grawitacyjnych i zjawisku podnoszenia się ciepłej wody i opadania zimnej. Dla takich instalacji potrzebne były jednak rury grube jak męskie przedramię. A grube rury są przecież brzydkie. W nowych domach z powodzeniem wystarczą rurki półcalowe, ładnie schowane pod podłogą. Ale dla tej estetyki potrzebne są pompki (bądź pompy), które będą wymuszać obieg ciepłej wody w instalacji grzewczej. A pompy są na prąd.

Jeśli mieszkasz w domu wolnostojącym, jest możliwe, iż twoja instalacja cieplna ma system podtrzymania cyrkulacji składający się z akumulatora i inwertera, które w przypadku braku prądu przejmują na siebie zadanie zasilania pomp centralnego ogrzewania prądem 230 V. Warto znać takie niuanse. Warto też wiedzieć, jak ten system działa, czy można nim sterować manualnie (można, wystarczy odłączyć klemę od akumulatora i robimy mu przerwę) oraz na ile czasu wystarcza takie podtrzymanie? Latem to nie ma adekwatnie znaczenia. Ale zimą może być bardzo ważne.

Powróćmy do sytuacji życia bez prądu. Hmm... Zyskujesz w ten sposób, ty i twoja rodzina, mnóstwo czasu w zapomniane aktywności – książki, gry planszowe czy po prostu rozmawianie ze sobą. Bo w telefonach nie posiedzicie zbyt długo. Co więcej, może się okazać, iż wraz z zanikiem prądu w sieci zanika i Internet w modemie. To oczywiste, jeżeli modem nie ma zasilania. Ale może być i tak, iż podasz modemowi świeżutkie 230 V z czystym sinusem ze swojego awaryjnego zestawu zasilania, a Internetu dalej nie ma.

Musisz zawczasu dowiedzieć się, czy twój dostawca Internetu gwarantuje dostęp do sieci w przypadku przerwy w dostawie prądu. zwykle Internet światłowodowy ma tę cudowną zaletę, iż pozostaje w kablu jeszcze przez kilka, kilkanaście godzin po przerwie zasilania. Wystarczy nakarmić modem własnym prądem i masz hulający na maksymalnej szybkości Interet. Znów pojawia się kolejne zadanie domowe na czas pokoju. Powinnaś zabezpieczyć sobie dostawę Internetu z gwarantowanym czasem działania liczonym w godzinach po zaniku zasilania w sieci. Inaczej wraz z brakiem prądu w gniazdku zamyka się twoje okno na świat. Co w razie wojny może być bardzo brzemienne w skutkach. Zwróć uwagę, iż przy przedłużającym się braku prądu Internet mobilny też przestaje działać (i to zdecydowanie gwałtownie – czasem to kwestia kwadransa, czasem godziny czy dwóch). Wieże przekazujące sygnał GSM też są na prąd nie każda z nich musi mieć zasilanie awaryjne!

Ojej! Cóż zatem czynić? Ani chybi należy się wyposażyć w tranzystorowe radyjko na bateryjki-paluszki, by móc słuchać programu pierwszego Polskiego Radia bądź porad Ojca Dyrektora tam, gdzie program pierwszy nie dociera... Nie wiem, być może jest to jakieś rozwiązanie. Osobiście ani przez minutę nie korzystałem w najgorszych blackoutach czy pod okupacją z radia. Miałem lepsze rozwiązania. A radio w takich momentach będzie ani chybi wzywać do zachowania spokoju oraz siać oficjalną propagandę. jeżeli nie będzie zagłuszane. I jedno, i drugie, jest ci potrzebne w razie W jak rybie rower.

Natomiast w polskich warunkach bardzo dobre usługi może oddać poczciwe CB radio. Czy to w wariancie samochodowym (ha! – zasilane z gniazda zapalniczki, więc póki jest w baku paliwo i prąd w akumulatorze – będzie działać!) czy w formie walkie-talkie (mniejszy zasięg niż zestaw samochodowy z zewnętrzną anteną, ale zasada działania ta sama). I popatrz, kolejna praca domowa do odrobienia: co to jest CB radio, jak to działa, co można dzięki niemu osiągnąć? Tego tłumaczyć nie będę. Tu nie ma miejsca na takie drobiazgi. Tu jest esencja. I to dodatkowo taka, jakiej nie znajdziesz po wrzuceniu jednego hasła na You Tube.

Super. Ogarniamy Internet, mamy łączność z najbliższą okolicą, pora na kwadrat, czyli twoje przytulne mieszkanko. Który ze sprzętów domowych najbardziej cierpi przy braku prądu?... Lodówka. Nad tym tematem nie można przejść do porządku dziennego w dwóch zdaniach. Bo lodówka, korzystanie z niej, zasilanie jej przy braku prądu w sieci mają kolosalne znaczenie dla twojego komfortu, a czasem i przetrwania w sytuacji wojny czy choćby przyrodniczego kataklizmu skutkującego przerwą w dostawie energii elektrycznej.

Podobno w czasach przedlodówkowych mieszkańcy naszego kraju potrafili radzić sobie z problemem przetrzymywania żywności w warunkach chłodniczych w ten sposób, iż zimą gromadzili w piwnicach bloki lodu wycinane z zamarzniętych rzek i jezior. Przy dobrze zaizolowanej i głębokiej piwnicy taki lód był ponoć w stanie utrzymać się do czerwca a choćby lipca, gwarantując w piwnicy kilka stopni Celsjusza, co czyniło całe pomieszczenie lodówką. Wątpię jednak, iż dysponujesz tego typu rozwiązaniem. Masz za to w kuchni szafę z gumową uszczelką dookoła drzwi o pojemności 80, 100 czy 120 litrów, która w środku trzyma te swoje 3-7 stopni Celsjusza (a w zamrażalniku -18 stopni) i kiedy jest prąd w gniazdkach, nie zaprzątasz sobie głowy myśleniem, jak to wszystko działa.

Kiedy prąd z gniazdek znika, sprawy zdecydowanie się komplikują. Pozostawiona bez prądu lodówka, jeżeli jej nie otwierać, wytrzyma od 3 do 7 godzin w zależności od temperatury w pomieszczeniu i jakości oraz wieku samej lodówki. Latem krócej, zimą dłużej. Ba! Zimą można zorganizować lodówkę na otwartym balkonie bądź zewnętrznych parapetach okiennych. Należy jednak pamiętać, iż krukowate (ptaki) czujnie obserwują tego typu działania. Gołębie też nie są tak głupie, jak to przyjęło się uważać.

Ale jaki pożytek z lodówki, której nie można otwierać? Ano średni. Niemniej, zapamiętaj to sobie lepiej niż pacierz: w sytuacji braku prądu otwieranie lodówki to święto. Wachlowanie drzwiami lodówki co 10 minut, bo jogurt, bo serek, bo kabanosik, to strzał w kolano, który sprawi, iż twoje urządzenie przestanie być chłodną przestrzenią już po 2 godzinach, podczas kiedy zamknięte mogłoby się utrzymać godzin 4 czy choćby 6. Kiedy nie ma prądu, lodówkę otwierasz tylko ty i tylko z przygotowanym uprzednio spisem rzeczy, które musisz wyjąć. I robisz to tak jak Bruce Lee w „Wejściu Smoka` w scenie z nunczakiem: szybko. Bardzo szybko. Niewyobrażalnie bardzo szybko. Stopień tego mistrzowstwa można osiągnąć tylko przez wieloletni trening wykonywany w sytuacji, kiedy prąd jest.

Niezależnie od tego, jaki stopień mistrzostwa i którego dana w sztuce Loł-Doo-Wka osiągniesz, bez zasilania swojej lodówki długo nie pociągniesz. Co zatem czynić? Ano – przygotować się.

Prawdziwy preppers ma w domu zestaw akumulator i inwerter. Inwerter to urządzenie, które z dwunastowoltowego (bądź dwudziestoczterowoltowego) prądu stałego (DC) zgromadzonego w akumulatorze robi zmienny prąd (AC) o napięciu 230 woltów, taki jak w sieci. Inne nazwy inwertera to: przetwornica czy falownik. Nie polecam tanich rozwiązań z pewnego państwa, jakie leży na środku. Przetwornica, jeżeli ma być dobra, musi te parę stów kosztować. I są w Polsce przynajmniej dwie firmy, które je produkują.

Akumulator ma być żelowy, bądź AGM albo jeszcze lepszy. Nie może być to natomiast akumulator samochodowy. Bo samochodowy akumulator jest zaprojektowany do pracy w systemie ciągłego ładowania i jego głębokie rozładowanie po prostu go niszczy. Mówiąc krótko: rozładujesz kilka razy samochodowy akumulator i wykończysz go. Akumulatory żelowe i AGM czy litowo-jonowe, są projektowane do wykorzystania w systemach fotowoltaicznych i z natury rzeczy stworzone są do cyklicznego ich ładowania oraz głębokiego rozładowywania. Po szczegóły odsyłam do Internetu. A tobie pokażę zdjęcie.


Fot. 23. Domowy zestaw zasilania awaryjnego. Inwerter, prostownik, cztery akumulatory 100 Ah [fot. własne].

Na zdjęciu [fot. 23] jest mój domowy zestaw przetrwania periodów bez prądu. Ładne kolory akumulatorów, nieprawdaż? Takie pastelowe. Na zestaw składają się: inwerter, prostownik, wspomniane już cztery akumulatory 100 Ah, światłowodowy internet i router Wi-Fi. Ktoś biegły w elektryce się żachnie: na co ci prostownik, skoro inwerter, jaki posiadasz, ma funkcję ładowania akumulatorów? Tak, ma, ale ta funkcja lubi się w tych modelach psuć. Mam już dwa takie z zepsutym ładowaniem (zwróć uwagę: mam dwa – wciąż przypominam o dublowaniu newralgicznych urządzeń), więc prostownik do ładowania akumulatorów jest tu jak najbardziej na miejscu. Prostowniki są znacznie mniej awaryjne niż inwertery, bo są prostsze od strony elektronicznej. Wadą prostownika jest to, iż nie stanowi on tzw. BMS (battery management system) i w ciągu dość krótkiego czasu (dwa-trzy lata) uśmierci akumulatory. Rozwiązaniem tego dylematu może być dedykowana ładowarka do akumulatorów AGM, która w sobie wbudowany system BMS. I najlepiej mieć to wszystko razem na wszelki wypadek.

Przedstawiony zestaw składający się z czterech baterii 100 Ah (po prawdzie to jedna ma choćby 123 Ah) pozwala na cztery, może choćby pięć dni zasilania lodówki w oszczędnym reżimie jej wykorzystywania i zasilania po ok. 12 godzin na dobę w cyklach: cztery godziny prądu z akumulatorów, cztery godziny przerwy (dla maksymalnego odciągnięcia w czasie momentu, w którym jednak się paskuda rozmrozi).

Jeśli używać tego zestawu „na bogato`, czyli prócz lodówki podłączymy jakąś lampkę na wieczór, a do tego filmik na Netflixie w naszym 40-calowym telewizorze, żeby nie umrzeć z nudów, to po jednym-dwóch dniach takich luksusów jesteśmy bez prądu. A, i jeżeli mówimy już o bogatym wykorzystaniu prądu z akumulatorów, to tu masz listę prądożernych urządzeń AGD, które gwałtownie rozłożą twój domowy bank energii na łopatki:

1. Czajnik elektryczny – to tyranozaur pożerający prąd. Zwykle pobiera 2 kW mocy i pierwszy lepszy inwerter go nie zasili, a akumulator 100 Ah wystarczy na kilka przygotowań wrzątku.
2. Kino domowe – choćby kiedy głośniki milczą, żrą prąd jak szalone. Aku 100 Ah wystarczy na 1,5-2 godziny.
3. Gejmerski komputer z dużym monitorem – po 2-3 godzinach zabawy aku 100 Ah będzie pusty.

O takich fanaberiach jak pralka, suszarka do włosów, żelazko choćby nie wspominam. Nie ma prądu, to i wody nie ma. Zatem jakie pranie, suszenie czy prasowanie?

Natomiast zasilanie routerów czy ładowanie telefonów z tego zestawu można wykonywać tygodniami. Co więcej, uczciwie należy uprzedzić, iż akumulatory nie mogą stać bezczynnie. Trzeba je periodycznie rozładowywać i ładować dla utrzymania ich w dobrym zdrowiu. Osobiście rozwiązuję to w ten sposób, iż w czasie, kiedy mam prąd, jeden z akumulatorów służy mi za duuuży powerbank do ładowania gadżetów przez miesiąc. Po upływie miesiąca ładuję ten akumulator i podpinam kolejny. W ten sposób po czterech miesiącach każdy z akumulatorów przechodzi cykl rozładowania i ładowania. Działają w ten sposób już trzeci rok, zachowując ok. 90% swojej początkowej pojemności i żywotności.

I z gadżetów „must have` – zaopatrz się w tester akumulatorów. To parę dyszek do stówy, a będziesz mogła w dowolnej chwili zbadać stan każdego swojego ogniwa i podjąć decyzję o tym, czy trzeba je podładować. Taki tester przyda się również w zwykłym, codziennym życiu do monitorowania stanu baterii w twoich samochodach i nie będziesz już nigdy zaskoczona tym, iż w chłodniejszy poranek wychodzisz do swojego stalowego rumaka, a on odmawia rozruchu, bo nieoczekiwanie (to zawsze dzieje się nieoczekiwanie!) aku wyzionął przez noc ducha.

A jeżeli znów rozmawiamy sobie o gadżetach, to oczywiście powerbanki. Nie jakieś popierdółki, ale porządne powerbanki renomowanych producentów i pojemności minimum 20 tys. mAh (miliamperogodzin) każdy. To daje możliwość czterokrotnego załadowania niemal każdego telefonu od zera do 100%. Co do ilości powerbanków przelicznik jest prosty – jeden na każdą duszę w rodzinie. I każda z tych dusz ma dbać o swój powerbank, żeby zawsze był naładowany, kiedy prąd jest dostępny. To uczy odpowiedzialności.

Idź do oryginalnego materiału