
Michael O’Leary ostrzega, iż jeżeli kryzys paliwa lotniczego potrwa, linie mogą ciąć latem loty. W tym scenariuszu najważniejsze będą lotniska, na których zabraknie możliwości tankowania.
Michael O’Leary nie straszy już tylko droższymi biletami. Szef Ryanaira mówi wprost, iż jeżeli kryzys paliwa lotniczego przeciągnie się na lato, linie będą musiały rozważać kasowanie części rejsów. Najważniejsze w jego ostrzeżeniu jest jednak to, iż nie chodzi przede wszystkim o samą cenę ropy, tylko o fizyczną dostępność paliwa na konkretnych lotniskach. To właśnie tam może zacząć się prawdziwy problem dla pasażerów.
Zagrożone są loty, których nie da się zatankować
Najbardziej konkretna wypowiedź padła w rozmowie z Reutersem. O’Leary stwierdził, iż jeżeli w czerwcu, lipcu albo sierpniu pojawi się realne ryzyko zakłóceń w dostawach paliwa lotniczego, Ryanair i inne linie będą musiały zacząć rozważać odwoływanie części połączeń. Linie będą ciąć tam, gdzie nie da się bezpiecznie i przewidywalnie zatankować samolotu. Nie chodzi więc tu o automatyczne wycinanie najsłabszych tras, tylko o lotniska, na których lokalny łańcuch dostaw paliwa zacznie się rwać.
Będziemy musieli kasować rejsy z lotnisk, na których nie ma możliwości tankowania. zwykle o takich ograniczeniach dowiadujemy się nie wcześniej, niż na 5-7 dni przed planowanym lotem – cytuje Michaela O’Leary’ego Rzeczpospolita.
Nawet jeżeli ropa na światowych rynkach chwilowo tanieje po politycznych deklaracjach o rozejmie na Bliskim Wschodzie, to linie przez cały czas mogą mieć kłopot z paliwem lotniczym, bo ten rynek reaguje wolniej i mocniej na zaburzenia w rafinacji, logistyce i transporcie morskim. Willie Walsh z IATA powiedział Reutersowi, iż choćby jeżeli cieśnina Ormuz pozostanie otwarta, odbudowa podaży paliwa lotniczego może potrwać miesiące, właśnie z powodu uszkodzeń i zakłóceń w mocy rafineryjnej.
Paliwo jest dla linii lotniczych drugim największym kosztem po pracy i zwykle odpowiada za około 27 proc. kosztów operacyjnych. W ostatnich tygodniach jego ceny wzrosły dużo mocniej niż sama ropa, a przewoźnicy na całym świecie zaczęli reagować nie tylko podwyżkami cen, ale także dokładaniem międzylądowań tankujących, zabieraniem większych zapasów paliwa z lotnisk bazowych i cięciem części połączeń.
Pierwszy europejski alarm już był. Na 4 lotniskach we Włoszech zabronili tankowania
Lotniska Mediolan-Linate, Wenecja, Treviso i Bolonia ostrzegły linie o ograniczonej dostępności paliwa między 2 a 9 kwietnia. Problem miał dotyczyć dostaw od Air BP, ale ostatecznie lokalni alternatywni dostawcy wypełnili lukę i same porty lotnicze potwierdziły, iż nie trzeba było odwoływać lotów.
To jednak nie zmienia faktu, iż był to pierwszy bardzo mocny sygnał, jak taki kryzys może wyglądać w praktyce. Na tych lotniskach priorytet miały otrzymać loty medyczne, państwowe i rejsy dłuższe niż 3 godziny, a dla pozostałych krótszych operacji pojawił się limit 2000 litrów paliwa na samolot. Dla takich maszyn, jak Boeing 737 czy Airbus A320 to ilość niewystarczająca do pełnej swobody operacyjnej na wielu trasach.
Ryanair jest zabezpieczony cenowo, ale to nie załatwia wszystkiego
O’Leary od początku podkreśla, iż Ryanair jest w dużej mierze zabezpieczony przed samym wzrostem cen. Na początku roku linia miała zakontraktowane około 80 proc. zapotrzebowania na paliwo lotnicze na nadchodzący rok przy cenie odpowiadającej ropie po około 67 dol. za baryłkę. To daje pewien bufor na skok cenowy.
Pamiętajmy jednak, iż hedging działa tylko na cenę, a nie na fizyczny brak dostawy. jeżeli na konkretnym lotnisku nie będzie czym zatankować samolotu, sama umowa zabezpieczająca koszt nie rozwiązuje problemu. Właśnie dlatego O’Leary przesuwa dyskusję z tego, ile kosztuje paliwo na to, czy ono w ogóle będzie dostępne tam, skąd mamy wylecieć.
*Źródło grafiki wprowadzającej: amilpetran / Shutterstock; Canva Pro














