
Pierwsze od 50 lat zdjęcia Ziemi z głębokiego kosmosu robią większe wrażenie niż premiera nowego iPhone’a. I to dowolnej generacji.
Zdarzają się takie momenty, kiedy cały ten nasz świat elektroniki użytkowej, wyścigu na herce i nity w matrycach OLED nagle robi się bardzo mały. Wystarczy jedno zdjęcie. A dokładniej: kilka kadrów z aparatu, który patrzy na Ziemię z odległości ponad 150 tys. km z pokładu statku, który właśnie leci w stronę Księżyca.
Załoga misji Artemis II przesłała pierwsze fotografie naszej planety wykonane z głębokiego kosmosu. To pierwsze takie ujęcia od czasów Apollo. Widać w nich nie tylko technologiczny postęp od złotych czasów wyścigu kosmicznego ale też coś, czego nie da się zmierzyć w megapikselach: świadomość, iż cała nasza cywilizacja mieści się w jednym świecącym dysku na czarnym tle.
Misja testowa, zdjęcia historyczne
Reid Wiseman wykonał to zdjęcie Ziemi z okna statku kosmicznego Orion po zakończeniu spalania w przestrzeni międzyksiężycowej w czwartekArtemis II to jeszcze nie ten lot, w którym człowiek znów stanie na Księżycu. To „tylko” test -dziesięciodniowa pętla wokół Srebrnego Globu, bez lądowania, z czterema astronautami na pokładzie: Reidem Wisemanem (dowódca), Victorem Gloverem, Christiną Koch i Kanadyjczykiem Jeremym Hansenem. Statek Orion został wyniesiony przez rakietę SLS 1 kwietnia z Kennedy Space Center na Florydzie.
Widok Ziemi uchwycony przez Reida Wisemana, z jednego z czterech głównych okien statku kosmicznego OrionPo starcie kapsuła weszła najpierw na orbitę okołoziemską, a następnie wykonała najważniejszy manewr – translunar injection, czyli odpalenie silnika, które wyrzuca statek z orbity Ziemi na trajektorię ku Księżycowi. To właśnie tu, tuż po tym manewrze, Wiseman sięgnął po aparat i zrobił zdjęcia, które NASA zaczęła publikować w sieci.
Widok Ziemi wykonany przez Reida Wisemana z jednego z czterech okien statku kosmicznego OrionW momencie gdy część z tych kadrów powstawała to Orion znajdował się już ponad 160 tys. km od Ziemi. Docelowo załoga ma oddalić się choćby na ponad dwukrotnie większą odległość, bijąc rekord odległości ustanowiony w czasach Apollo.
Widok Ziemi podświetlonej od tyłu. Zdjęcie Reida WisemanaJeżeli pamiętasz słynne „Blue Marble” z Apollo 17 – tę fotografię, która trafiła na plakaty, okładki książek i do podręczników – to nowe zdjęcia z Artemis II są jego duchowymi następcami. Tyle iż zrobionymi sprzętem o kilka generacji nowszym.
NASA oficjalnie potwierdza, iż podstawowym aparatem załogi Artemis II jest Nikon D5 – pełnoklatkowa lustrzanka, którą wielu fotografów kojarzy z reportażu, sportu i pracy w trudnych warunkach. Tu „trudne warunki” oznaczają nie tylko niskie oświetlenie, ale też promieniowanie kosmiczne, wibracje startu, wahania temperatury i brak możliwości podskoczenia do serwisu, gdy coś zacznie stukać w migawce.
Nikon D5D5 jest chwalony przez astronautów za świetne zachowanie w słabym świetle i optyczne obserwacje powierzchni Księżyca. To nie jest najnowszy model w portfolio Nikona, ale w kosmosie liczy się przede wszystkim przewidywalność i odporność – a to body ma już sprawdzoną historię.
Na pokładzie znalazł się jednak również Nikon Z9, czyli sztandarowy bezlusterkowiec firmy. Nie pozostało „głównym” aparatem misji, ale NASA otwarcie mówi, iż Z9 ma być kręgosłupem przyszłego systemu HULC (Handheld Universal Lunar Camera), który będzie używany podczas kolejnych misji, w tym tej, w której człowiek znów stanie na Księżycu.
Jak się robi zdjęcia z głębokiego kosmosu
Po pierwsze, ekspozycja. Ziemia jest bardzo jasna na tle czarnej przestrzeni, a jednocześnie w kadrze pojawiają się elementy kapsuły, które są w cieniu. Dynamiczny zakres sceny jest ogromny. D5 i Z9 mają matryce, które potrafią to ogarnąć, ale i tak trzeba dobrać parametry tak, by nie przepalić chmur i jednocześnie nie zgubić szczegółów w ciemnych fragmentach.
Po drugie, transmisja. Zdjęcia są zgrywane z aparatów, trafiają do systemów pokładowych Oriona, a stamtąd – przez łącza radiowe – do sieci anten Deep Space Network na Ziemi. Mówimy o odległościach rzędu setek tysięcy kilometrów, więc przepustowość jest niezestawialnie niższa od domowego światłowodu. Dane muszą być kompresowane, priorytetyzowane, a NASA decyduje które pliki lecą jako pierwsze.
Po trzecie, obróbka. To, co widzimy w komunikatach NASA to już przetworzone pliki – z korekcją kolorów, kontrastu, czasem złożone z kilku ekspozycji. Nie ma tu jednak mowy o „upiększaniu” w stylu filtrów z aplikacji społecznościowych. Celem jest jak najwierniejsze oddanie tego, co widzi ludzkie oko, a nie „podkręcenie” planety pod lajki.
W tle pozostało jeden aspekt: bezpieczeństwo. Aparaty i obiektywy muszą być tak skonstruowane, by nie stanowiły zagrożenia dla załogi i sprzętu – żadnych luźnych elementów, które mogłyby odlecieć w stanie nieważkości, żadnych materiałów, które mogłyby wydzielać szkodliwe opary. To nie jest środowisko, w którym testuje się prototypy z Kickstartera.








