
Od września w polskich szkołach podstawowych nie będzie telefonów. 73 procent Polaków popiera ten zakaz. Barbara Nowacka jest za. Donald Tusk jest za. Szymon Hołownia jest za. Opozycja jest za. Rodzice są za. Nauczyciele są za.
Kiedy w Polsce coś popiera 73 procent społeczeństwa, zwykle jest to albo coś banalnie oczywistego, albo coś, przy czym wszyscy czujemy się dobrze, bo nie musimy nic zmieniać w swoim życiu.
Ten zakaz jest z drugiej kategorii. Diagnoza jest słuszna. Lekarstwo totalnie chybione
Nie ma co udawać, iż problem nie istnieje. Dane są druzgocące. Średni wiek otrzymania pierwszego telefonu w Polsce to 8 lat i 5 miesięcy. Dwóch na trzech uczniów klas I–III ma już własny telefon, a połowa aktywnie korzysta z mediów społecznościowych — mimo iż minimalny wiek wymagany przez platformy to 13 lat.
Polskie nastolatki spędzają w sieci średnio 5 godzin i 36 minut w dni powszednie, a w weekendy ponad 6 godzin. Ale co najważniejsze dla niniejszego wywodu — dane pokazują, iż liczba dzieci korzystających ze telefonów wyraźnie spada w czasie pobytu w szkole, by drastycznie wzrosnąć po powrocie do domu.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym zdaniu. Ono bowiem wyraźnie pokazuje, iż problem jest w domu. W sypialni, w łóżku o 23:00 z TikTokiem. W samochodzie, kiedy rodzic jedzie i odpala dziecku bajkę na telefonie, żeby miał spokój. W jadalni, kiedy rodzic odpala 3-latkowi iPada, by zjadł kotlecika z brukselką. Szkoła w tym równaniu jest jedną z niewielu przestrzeni, gdzie telefon już dziś bywa kontrolowany — ponad 50 procent szkół już wcześniej we własnym zakresie ograniczało używanie telefonów.
Zakazujemy więc czegoś, co i tak w dużej mierze funkcjonowało. I nazywamy to rozwiązaniem problemu.
Rodzic daje dziecku telefon w wieku 8 lat. I idzie podpisać petycję o zakaz telefonów w szkole. Co za absurd.
To jest właśnie sedno tej hipokryzji, o której głośno się nie mówi
Kupujemy dziecku smartfon na pierwszą komunię, na urodziny, na koniec podstawówki — bo tak wypada, bo wszyscy mają, bo chcemy mieć z nim kontakt. Dajemy mu go jako nagrodę lub by uspokoić, gdy płacze. Instalujemy TikToka, bo przecież i tak znajdzie sposób. Nie rozmawiamy z nim o tym, co tam robi, bo sami jesteśmy przyklejeni do własnego ekranu. A potem podpisujemy się pod zakazem w szkole i czujemy, iż zrobiliśmy coś dobrego. Co za absurd.
Zakaz dotyczy dzieci. Nauczyciele mogą korzystać bez ograniczeń
Zakaz obejmuje uczniów. Nie obejmuje nauczycieli i innych pracowników szkół. Nauczyciel może stać na korytarzu i scrollować Facebooka. Uczeń nie może sprawdzić wiadomości od mamy. To prawo, które tworzymy dorosłym, żeby regulować zachowanie dzieci — bez żadnej refleksji nad własnym zachowaniem.
Jechałem ostatnio pociągiem do Warszawy. Siedem osób w przedziale. Sześcioro wpatrzone w telefony. Siódma to dziecko, które patrzyło przez okno. Gdy wychodziłem, pomyślałem: kto tu do cholery ma problem z uzależnieniem?
Francja wprowadziła zakaz. I nic się nie stało
Zwolennicy zakazu chętnie powołują się na Francję jako dowód, iż to działa. Tyle iż Francja zakaz telefonów w szkołach wprowadziła już w 2018 r. i przez lata badania pokazywały, iż jego wpływ na wyniki w nauce był… marginalny. Agresja rówieśnicza nie spadła. Koncentracja na lekcjach poprawiła się nieznacznie. Problem przeniósł się za bramę szkoły.
Bo problem nigdy nie był w szkole. Był — i jest — w całym środowisku, w którym żyje dziecko. W algorytmach TikToka zaprojektowanych tak, żeby nie dało się oderwać. W powiadomieniach, które biją co 30 sekund. W tym, iż bycie offline oznacza dla nastolatka wykluczenie z grupy rówieśniczej.
Tego nie rozwiąże ustawa. Co zamiast tego?
Egzekwowanie limitów wiekowych na platformach społecznościowych — czego w Polsce nikt poważnie nie próbuje, bo nikt realnie nie chce się postawić bossom wielkich platform medialnych (no, może poza panem Brzoską). Realna edukacja medialna — nie jako przedmiot na papierze, ale jako część codziennego funkcjonowania szkoły (pani Nowacka, do pani mówię). Rozmowa z rodzicami o tym, iż danie 8-latkowi telefona bez żadnych zasad to nie jest dobry pomysł, choćby jeżeli „wszyscy tak robią”. I wreszcie — jakaś refleksja dorosłych nad własnym używaniem telefonu, bo dziecko uczy się przez obserwację, a nie przez zakazy.
Zakaz telefonów w szkołach to zły pomysł. Albo inaczej – to za mały pomysł na duży problem. Daje poczucie, iż coś zrobiliśmy, ale zwalnia nas z myślenia o tym, co powinniśmy zrobić naprawdę.
73 procent Polaków jest za. I właśnie dlatego warto zadać pytanie: czy na pewno rozwiązujemy adekwatny problem?
Czytaj również:
– Rząd przemówił. Będzie zakaz używania telefonów w szkołach podstawowych
– Polacy krzyczą: zróbcie coś z tymi telefonami. To może nie wystarczyć
– Uciekają przed telefonami do pokoju ciszy. Wszyscy się nie pomieścimy













