
Rakiety lecą na Bliski Wschód, a Europa zostaje w kolejce. Szef MON ostrzega, iż to duże ryzyko dla Polski i Ukrainy.
Gdy amerykańskie pociski przeciwlotnicze lecą dziś głównie w stronę Iranu, w Warszawie robi się nieswojo. Szef Ministerstwo Obrony Narodowej Władysław Władysław Kosiniak-Kamysz coraz głośniej mówi to, co wojskowi szepczą od miesięcy: amerykański magazyn uzbrojenia nie jest nieskończony, a Europa, na czele z Ukrainą, nie jest na szczycie listy priorytetów. jeżeli konflikt wokół Iranu przeciągnie się ponad obiecywane przez Donalda Trumpa 3-4 tygodnie, skutki odczujemy szybciej, niż zdążą dopłynąć kolejne transporty.
Rakiety lecą na Bliski Wschód, a my stoimy w tym samym magazynie
Kosiniak-Kamysz podczas wizyty w Bratysławie przyznał wprost, iż przeciągający się konflikt z udziałem Iranu może uderzyć w łańcuch dostaw amerykańskiego uzbrojenia do Europy – w pierwszej kolejności do Ukrainy, ale po chwili także do Polski i naszych innych sąsiadów.
Jeżeli ten konflikt będzie się przedłużał, o ile będzie trwał powyżej tych trzech, czterech tygodni, o których w poniedziałek mówił prezydent USA Donald Trump, to pojawiają się określone ryzyka dla dostaw sprzętu do nas, do Europy. Na pewno dla Ukrainy w pierwszej kolejności – ocenił Władysław Kosiniak-Kamysz.
Każda rakieta Patriot, która dziś przechwytuje irańskie pociski nad Zatoką i izraelskimi miastami, pochodzi z tego samego łańcucha produkcji, z którego finansuje się obronę ukraińskiego nieba przed rosyjskimi Shahedami i Kinżałami. USA od dwóch lat równolegle zbroją Ukrainę, wzmacniają Izrael, teraz angażują się bezpośrednio w konflikt z Iranem, a jednocześnie muszą utrzymywać odstraszanie wobec Chin na Pacyfiku. Żadna fabryka na świecie nie jest w stanie obsłużyć czterech frontów jednocześnie bez opóźnień.
Mówimy o łańcuchu dostaw, o dostawach sprzętu amerykańskiego. o ile będą się zużywać w takim tempie rakiety do obrony powietrznej, to istnieje ryzyko dotyczące dostaw sprzętu amerykańskiego na Ukrainę – stwierdza Władysław Kosiniak-Kamysz.
To nie jest zwykłe, polityczne straszenie. Już wojna Rosji z Ukrainą pokazała, iż zachodnie zapasy amunicji artyleryjskiej i rakiet przeciwlotniczych topnieją szybciej, niż przemysł zbrojeniowy potrafi je odtworzyć. UE obiecywała Ukrainie 1 mln sztuk amunicji artyleryjskiej w rok. Celu nie udało się dotrzymać, bo fabryki zwyczajnie nie nadążały.
Teraz do tego samego wąskiego gardła dopchnięto kolejnego, bardzo głodnego klienta: front na Bliskim Wschodzie. Nic więc dziwnego, iż minister obrony mówi wprost o ryzyku, jeżeli konflikt potrwa dłużej niż kilka tygodni. Z perspektywy USA priorytetem będzie ochrona własnych baz, sojuszników w regionie i swoboda żeglugi przez cieśniny, przez które płyną tankowce. Europa – przy całym znaczeniu Ukrainy – jest o krok dalej na tej liście.
USA nie mają nieskończonego magazynu. Europa w końcu to widzi
Przez lata lubiliśmy wierzyć, iż amerykańska baza logistyczna jest jak czarna dziura albo studnia bez dna – cokolwiek z niej wyjdzie, w środku i tak zostanie nieskończoność. Wojna na Ukrainie, atak Iranu na Izrael i odpowiedź Zachodu brutalnie ten mit obalają. Pentagon coraz częściej mówi wprost o wyczerpywaniu zapasów, a think tanki w Waszyngtonie od miesięcy ostrzegają, iż amerykański przemysł zbrojeniowy pracuje w trybie doganiania zamiast wyprzedzania wydarzeń.
W tym obrazie polski katalog zamówień wygląda imponująco, ale jednocześnie bardzo krucho. Patriot, Homar-K, Abrams, F-35, uzbrojenie dla F-16, pociski do obrony powietrznej, rakiety manewrujące – lista kontraktów z USA jest bardzo długa, ale każde z tych zamówień stoi w kolejce do tych samych linii produkcyjnych, które właśnie próbują nakarmić jednocześnie Kijów, Tel Awiw, amerykańskie bazy w regionie i rezerwę na ewentualny kryzys na Pacyfiku.
Gdy Kosiniak-Kamysz mówi o ryzyku dla dostaw po 3-4 tygodniach wojny wokół Iranu, tak naprawdę przekłada na prosty język to, co od dawna słychać na zamkniętych spotkaniach w NATO: system jest po prostu przeciążony. Każdy kolejny kryzys oznacza, iż komuś trzeba przesunąć termin odbioru sprzętu, komuś wstrzymać modernizację, a komuś innemu – najczęściej Ukrainie – dostarczyć mniej, niż obiecywano.
Nie chodzi tylko o efekt polityczny, ale o zwykłą, prostą matematykę. Produkcja rakiet Patriot i amunicji do nowoczesnych systemów obrony powietrznej trwa miesiącami. Każdy intensywny tydzień działań nad Iranem to tysiące przechwyceń i setki zużytych pocisków, które trzeba uzupełnić. jeżeli priorytetem USA jest ochrona własnych żołnierzy i baz, to ktoś inny – choćby sojusznik – zejdzie o jeden stopień niżej na liście.
Obudziliśmy się zdecydowanie za późno
Paradoks polega na tym, iż ostrzeżenia ze strony Kosiniaka-Kamysza padają w momencie, w którym Europa wreszcie zaczęła poważnie podchodzić do własnego przemysłu zbrojeniowego. Bruksela przyjęła nową strategię obronną i programy mające pompować miliardy euro w produkcję amunicji, rakiet i systemów obrony powietrznej, a państwa UE zachęca się do wspólnych zakupów, by zejść z amerykańskiej kroplówki.
Problem w tym, iż to maraton, a nie sprint. Rozbudowa linii produkcyjnych, szkolenie kadr, podpisanie długoterminowych kontraktów – to wszystko trwa lata, podczas gdy wojna na Ukrainie toczy się codziennie, a konflikt z Iranem może w każdej chwili wymknąć się z deklarowanych kilku tygodni. Europa próbuje budować swoje zdolności, jednocześnie stojąc w kolejce po sprzęt w USA i w Korei Południowej, która stała się awaryjnym dostawcą czołgów, haubic i amunicji dla państw frontowych.
Z jednej strony Polska sama wywiera presję na zwiększanie zamówień w europejskich fabrykach – od armatohaubic po zestawy przeciwlotnicze – z drugiej wciąż opiera najważniejsze elementy modernizacji na kontraktach z USA. To rozsądna strategia, jeżeli zapatrujemy się na kolejne dekady. Ale gdy w tym samym czasie przez irańskie niebo przelatują setki pocisków, a Ukraina błaga o każdy dodatkowy zestaw obrony powietrznej, ryzyko przestawienia wajchy w Waszyngtonie staje się bardzo konkretne.
*Źródło grafiki wprowadzającej: MON, flickr; Canva Pro















