Bardzo dawno nie było tutaj miejsca na wpis „taki o życiu”, prawda? To tym razem będzie. Z cyklu „nie samym CAD’em żyje człowiek”…
Ci, którzy mnie trochę znają, wiedzą, iż lubię się dzielić. Wspomnieniami, przemyśleniami, kawą (bo w końcu „lepiej pić kawę, niż nie”), czym się da. Także… miejscami i wrażeniami związanymi z pobytem w nich. Z ostatniego urlopu też przywiozłem wspomnienie z takiego miejsca. Położone w Zachodnich Tatrach, jest w stanie dostarczyć wspaniałych wrażeń i przeżyć prawie każdemu.
Prawie, bo niestety mimo najszczerszych chęci nie każdy będzie mógł samodzielnie zmierzyć się z górskim szlakiem. Sam mam w pamięci słowa lekarza, który mówił mi, iż mogę zapomnieć o nartach, chodzeniu po górach, a może i o jeździe na rowerze (to ostatnie chyba zabolałoby najmniej). Perspektywa ciągnięcia za sobą sztywnej nogi (w najlepszym razie) była bardzo realna. Na szczęście młody chirurg dokonał cudu, a rehabilitant okazał się bardziej zdeterminowany, niż mój lekarz prowadzący. Dogadaliśmy się. Przesunęliśmy granicę bólu i dlatego chodzę i jeżdżę. I prowadzę z Panem Bogiem czasem bardzo trudne rozmowy o tym, dlaczego inni nie mogą: chodzić, widzieć, żyć, zostać rodzicami, doczekać wnuków, czy… pamiętać. Czy kiedyś nauczę się godzić z tym, czego nie mogę zmienić? Szczerze wątpię. Będę się dalej mocował ze światem i sobą samym.

To tyle wpisu o życiu, teraz konkret. Na który może czekacie? Wspomnienie z urlopu…
Wielka Polana w Dolinie Małej Łąki
Miałem okazję widzieć wiele pięknych miejsc, ale w tej chwili to jest mój numer jeden. Gdybym miał jutro umrzeć, to zabrałbym ze sobą karimatę (może lepiej białe prześcieradło, albo czarny worek?) i ruszył bez wahania właśnie tam. Nazywa się to Wielka Polana Małołącka. Jak wspomniałem, do owej Polany dotrzeć można stosunkowo łatwo i szybko: w tym celu należy udać się busikiem z spod dworca PKP w Zakopanem (nawet nie trzeba mieć samochodu) przez Krzeptówki do parkingu pod „Małą Łąką”. Od razu trafiamy na oznaczoną na czarno „Drogę pod Reglami”. Oznakowanie jest trochę mylące, należy udać się „Drogą…” w prawo, a następnie w lewo pomarańczowym szlakiem wiodącym do m.in. Wielkiej Polany (a docelowo na Przełęcz Kondracką, 1725 m.n.p.m.). Po ok. 20-30 minutach łagodnego podejścia dojdziemy do skrzyżowania szlaków, możemy stąd udać się niebieskim szlakiem na Miętusi Przysłop (i z niego zejść do Polany), ale odpuśćmy go sobie TYM RAZEM i ruszamy dalej pomarańczowym. Kolejne 20-30 minut i osiągamy Rówieńki, wychodzimy z lasu i nagle naszym oczom ukazuje się WIDOK. Stoimy u wejścia do doliny, przed nami rozciąga się naprawdę Wielka Polana zamknięta z trzech stron stromymi, skalnymi szczytami. No jakbyśmy nie byli w Tatrach Zachodnich, tylko na myśl przychodzą Alpy? Takie w mniejszej skali, ale nie wiem, czy jednak nie piękniejsze. Przez Polanę/Dolinę wiedzie polna droga, która niknie w oddali i obiecuje odkryć przed nami więcej tajemnic, jeżeli zdecydujemy się nią podążyć. Nie musimy. W tak pięknym miejscu można zostać, bo „dobrze nam tu być”. Namioty? Nie tak prędko, jesteśmy na terenie TPN.






Jeśli zdrowie i siły pozwalają, ruszamy ową polną drogą ze świadomością, iż za ok. 2 godziny, pokonując już większe stromizny i Głazisty Żleb, staniemy na Przełęczy Kondrackiej, po lewej mając mały i wielki Giewont (Krzyż na Giewoncie widać było już wcześniej), a po prawej… szlak wiodący na Kopę Kondracką. Ukształtowanie grzbietów sprawia, iż Kopa z tego miejsca jest niewidoczna. To w sumie dobrze, bo gdyby była, chyba nie podjęlibyśmy trudu dalszej wspinaczki (na Kondracką vel Kondratovą Kopę mamy stąd ok. 50 minut). A tak po osiągnięciu po drodze jednego z pośrednich wierzchołków, motywowani widokiem śnieżnych połaci tuż przy szlaku (a mamy koniec maja!), ruszamy dalej – niczym górskie kozice, które zresztą za chwilę spotkamy.









I to w zasadzie tyle. 2005 metrów to wyżej, niż Kasprowy, czy Giewont (a nie ryzykujemy stania się częścią piorunochronu), widoki zapierają dech w piersiach (ustawiłem sobie jeden z nich jako tapetę w komputerze i karmię swoje tęsknoty, żegnaj Lake Isabella), a czerwonym i zielonym szlakiem możemy zejść do schroniska na Hali Kondratowej (piękny obiekt, odbudowany po pożarze – chyba, iż coś pomyliłem; z pożarem, bo samo schronisko naprawdę cieszy oczy). A stąd? My udamy się na dół, do Kuźnic, bo hala zasnuta chmurami, a od Giewontu słychać grzmoty i… A dalej dokąd, to już pozostawiam Wam.



To tyle. Nie wiem, jak długo jeszcze będę mógł zdobywać polanki i może szczyty. Oby jak najdłużej. A na koniec zostawiłem pytanie:
– Co byłoby warte to miejsce, gdyby nie można się było nim podzielić z innymi?…
Zabrałbym Was tam ze sobą. Dobrego dnia i spokojnej nocy.
(ms)
Większa galeria dostępna publicznie na FB, link tutaj…
Obejrzyjcie także poniższy filmik













