
Księgarnia wprost powiedziała, co myśli o niewłaściwym korzystaniu z telefonów. I taki symbol możemy oglądać nie tylko na ważnych obiektach, których nie powinno się fotografować.
Być może kartka z przekreślonym telefonem (i aparatem) w księgarni wisiała już od dawna, ale wcześniej po prostu jej nie zauważyłem, skupiając się na książkach. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę stanowczą treść komunikatu, powinien być widoczny i czytelny, żeby przekaz dotarł do odbiorców. Czy możliwe, iż byłem aż tak nieuważny? Czy właściciele księgarni popełnili błąd i zawiesili symbol nie tam, gdzie trzeba? Wszystkie wątpliwości przemawiają za tym, iż to jednak świeża sprawa i w ostatnim czasie zdecydowano się wyrazić jasne stanowisko ws. obecności telefonów. A choćby jeżeli nie, to odbiór grafiki ma dzisiaj dodatkowy, symboliczny wymiar.
Jak rozumiem, właścicielom księgarni nie chodzi wcale o to, aby nie korzystać z telefonów. Problemem nie są, jak choćby w krakowskiej czy łódzkiej komunikacji miejskiej, głośne rozmowy czy puszczanie muzyki z bezprzewodowych głośników na cały regulator.
Tutaj kwestia dotyczy czegoś innego. Już wcześniej spotkałem się z głosami osób prowadzących takie biznesy, którzy opisywali zaskakujące zachowanie klientów. A raczej mowa tu o niedoszłych klientach.
Tacy potencjalni i bardzo ulotni kupcy książek wchodzą do małej, specjalistycznej, rodzinnej księgarni, przeglądają nowości, szukają interesujących tytułów, a kiedy już coś wpadnie im w oko, nie biorą lektury pod pachę i nie udają się z nią do kasy. Za to wyciągają telefon i robią zdjęcie. W domu spisują autora i zamawiają tam, gdzie jest taniej.
Małe księgarnie są na samym końcu łańcucha pokarmowego i nie pomagają im choćby równie nieduże wydawnictwa, które raczej powinny wspierać tego typu punkty w walce z dużym, nieczułym biznesem. Tymczasem i takie firmy sprzedają na swoich stronach książki już na premierę dużo taniej niż wynosi cena na okładce. Jak ma więc utrzymać się taka księgarenka, która w oczach konsumentów wypada jako okrutny wyzyskiwacz? Wszyscy kuszą promocjami, a oni choćby jeżeli jakieś zniżki mają, to liche.
Problem dotyczy zresztą nie tylko księgarni – inne specjalistyczne sklepy też się z tym zmagają.
Właśnie dlatego znak wywieszony w księgarni jest tak symboliczny
Owszem, chodzi o poinformowanie klientów, iż fotografowanie książek, które kupi się gdzie indziej, jest nie na miejscu. Jest to też jednak wyraz prowadzenia pewnego starcia. Telefon reprezentuje niesprawiedliwy świat, w którym duży może więcej, a z małym nikt się nie liczy. Telefon w tym scenariuszu jest wrogiem, dzięki którego szukasz okazji, a przy okazji zabijasz biznesy prowadzone przez pasjonatów, którzy selekcjonują sprzedawane treści, mogą coś doradzić, wykazać się wiedzą i znajomością. Wybieraj, po której stronie wolisz być.
To samo obserwujemy przecież w kawiarniach. Najpierw odsunięcie się od telefonów – ale i laptopów czy tabletów – podyktowane było raczej praktycznymi względami. Pracownicy działający zdalnie czy też studenci przychodzili ze sprzętem, zajmowali miejsce i zamawiali co najwyżej jedną kawę, pitą przez kilka godzin. W tym czasie grupa znajomych chcących poplotkować całowała klamkę – miejsc dla nich nie było. Właściciele kawiarni tracili potencjalny zarobek. Zamiast sprzedać cztery kawy, musieli zadowolić się zyskiem z jednej, męczonej przez kilka godzin przez zapracowanego gościa.
Z czasem ta walka zaczęła nabierać bardziej ideologicznego znaczenia
Zauważono, iż ludzie są zmęczeni ciągłym byciem online, tym przyklejeniem do ekranu. Trudno znaleźć przestrzeń, w której można się uwolnić od przymusu, więc kawiarnie mogą być świetnym ratunkiem. Już są punkty, w których odłożenie telefonu obniża rachunek. Słyszy się o bardziej radykalnych krokach: przy wejściu po prostu zostawia się telefon w koszyku i odbiera po wyjściu. Dokładnie jak na koncertach.
Z jednej strony chodzi o bycie tu i teraz, promowanie właśnie takiej filozofii. Skup się na smaku, rozmowie, a nie kolejnym nieznaczącym powiadomieniu. Z drugiej to też walka o przeżycie. W końcu największą kawiarnią w Polsce jest sieć, która kawiarnią de facto nie jest – sprzedaje wszystko, od pieczywa po gorącą pizzę. Nie w stylu mydło i powidło, co dusza zapragnie. Tu chodzi o czysty, dobrze funkcjonujący biznes.
Skoro więc tamci bazują na kuponach w aplikacji, to ci mniejsi muszą się wyróżnić. Pójść w inną stronę, tak by móc pociągnąć za sobą tych, którzy również szukają alternatywy. Na ile to będzie skuteczne? Czy na takie ruchy nie jest za późno? choćby jeśli, to sama próba podjęcia rękawicy godna jest pochwały i zastanowienia się, co z tego może wyniknąć.
Trochę jak z innego świata brzmią wiadomości o tym, iż linia lotnicza wreszcie udostępni pasażerom WiFi. Albo iż w pociągach Pendolino sieć będzie działać lepiej. Niby to dobrze, ale trochę rodzi się pytanie: czy nie spóźniliście się na tę imprezę? Czy tego właśnie chcą dziś ludzie? Tryb samolotowy staje się wybawianiem, bo przez te kilka godzin lotu można uwolnić się od powiadomień. Niektórzy korzystają z tej okazji i jest dla nich istotnym elementem urlopu.
W pociągach PKP Intercity w 2025 r. podróż w Strefie Ciszy wybrało 1,7 mln osób, czyli o 12 proc. więcej niż w 2024 r. Rzecz jasna to nie tak, iż w tych wagonach z telefonów korzystać nie można, ale trzeba uważać, aby innym nie przeszkadzać.
„Niepożądane są tutaj rozmowy przez telefon komórkowy, dzwonki, słuchanie głośnej muzyki i inne czynności związane z generowaniem hałasu, które mogą powodować dyskomfort u innych podróżnych przebywających w tej strefie” – opisuje przewoźnik.
Słowem: to ucieczka od tego, co otacza nas niemal cały dzień, cały czas
Pewnie nie wszyscy wybierają strefę ciszy z powodu tej szansy, ale na pewno dla wielu jest to argument. Lepszy zasięg internetu, czy udostępnienie go po latach, w tym kontekście można uznać nie jako krok do przodu, a właśnie cofanie się.
A może to właśnie linie lotnicze czują, co się święci. Lepsze WiFi w samolocie jest usługą, za którą trzeba dopłacić. W czasach wielkiego odwrotu dostęp do sieci stanie się czymś w rodzaju opcji premium, trochę jak za dawnych czasów. Nie możesz wytrzymać tych kilku godzin, aż tak bardzo jesteś zależny? Płać. I kto wie: może strefa ciszy rozszerzy się o większą liczę wagonów, autobusów czy tramwajów, a tymczasem strefa rozrywki lub strefa biznesu będzie zarezerwowana dla osób, które muszą być online? Jak wtedy będą postrzegani? Jako wywyższający się czy może właśnie ci gorsi, bo prawdziwa wolność to gapienie się w szybę i delektowanie się chwilą?
Bardzo łatwo uznać, iż to całe odcięcie się od telefonów, rosnąca moda na bardziej analogowe rozwiązania, to po prostu jeszcze jeden efekt nudy
Zwykła fanaberia rozkapryszonej, rozpieszczonej bogatszej części społeczeństwa, która ma wszystko i jej to nie ekscytuje. Musi wymyślić nową fascynację, więc po rejestrowaniu i udostępnianiu każdego kroku, atrakcją staje się bycie za zasłoną.
Nie podzielam tego zdystansowanego stanowiska. Mam wrażenie, iż to coś więcej niż tylko kolejny głupi trend. Zaczynam odbierać zbyt wiele sygnałów świadczących o tym, iż dzieje się to spontanicznie, w różnych miejscach, niepowiązanych ze sobą.
Czytam, iż łódzka osiedlowa biblioteka organizuje… spotkania dyskusyjne dla kibiców piłkarskich. Organizatorzy zapragnęli stworzyć przestrzeń, w której każdy chętny może się wypowiedzieć, ale w inny sposób, niż robione jest to w sieci. Nie tylko na forum czy w komentarzach, ale też przez ekspertów, którzy głoszą kontrowersyjne hasła w programach telewizyjnych i youtube’owych. Jest z tym naprawdę duży problem, bo atmosfera jest stale podgrzewana. Trener po dwóch porażkach przedstawiany jest jako największy nieudacznik, a kibiców zachęca się, aby kupowali chusteczki, dzięki których wyrażą swoje niezadowolenie i konieczność pożegnania się ze szkoleniowcem. Kiedy jednak wygra, natychmiast okrzyknięty jest taktycznym bogiem, prawdziwym objawieniem. Królem będzie tylko do momentu aż się nie potknie.
Sam zrobiłem sobie detoks od programów piłkarskich właśnie z tego powodu – męczyło mnie ciągle dolewanie oliwy do ognia, wydawanie mocnych opinii po jednym nieudanym podaniu. Doskonale wiemy, iż nie jest to tylko domena dyskusji o futbolu.
Krzysztof Grabowski z zespołu Dezerter w rozmowie z „Wyborczą” stwierdził, iż „media społecznościowe odbierają nam człowieczeństwo”.
Nie ma kontaktu wzrokowego, nie widać mimiki twarzy, nie wiesz w jakim stanie emocjonalnym ludzie piszą swoje komentarze. Czasem są to wypowiedzi nieprecyzyjne, pisane na gwałtownie w telefonie, gdzieś w tramwaju czy autobusie. Czytając to próbujesz im nadać własny sens, z czego wynika mnóstwo konfliktów. Czasem naprawdę błahe dyskusje prowadzą do kłótni. Gdyby ci ludzie porozmawiali przez telefon, dogadaliby się w dwie minuty, a tutaj piszą sto komentarzy i nie mogą się porozumieć. Każdy myśli, iż ten drugi ma na myśli coś zupełnie innego – wyjaśnił.
To trafna, choć oczywista diagnoza – warto jednak ją powtarzać i przytaczać. Dotychczas jedyną odpowiedzią na takie przedstawianie sprawy było pytanie, na które nie było odpowiedzi. Kiedy je stawiano – „no dobrze, ale co teraz? Gdzie mamy pójść?” – zapadała głucha cisza. I nie wydawało się, by w najbliższym czasie mogło ją cokolwiek przerwać.
Tymczasem tworzą się różne alternatywy
Mogą być niedoskonałe i wręcz wydające się aż za bardzo rozpaczliwe („żadnych telefonów w zasięgu wzroku!”), ale warto dać im szansę. Wiele osób zgadza się co do tego, iż dalsze takie funkcjonowanie nie jest możliwe. Nie zastanawiają się jednak, „co zamiast?”, tylko biorą sprawy w swoje ręce. Powstają kluby dyskusyjne. Kluby książki. Odsłuchy płyt przed premierą. Żeby się spotkać, zobaczyć, przeżyć coś razem, a nie osobno.
Można się załamywać, iż jedynym rozwiązaniem jest krok wstecz. Ale mnie bardziej cieszy fakt, iż takie procesy zachodzą. I kto wie: być może na takim klubie dyskusyjnym wylany zostanie fundament pod nowe media, które społecznościowe będą nie tylko z nazwy. choćby o ile będą to nieduże wysepki, to przynajmniej będzie można do nich dotrzeć.







