
Wojna z Iranem pożera zapasy Patriotów. Waszyngton szuka baterii w Korei Południowej, ryzykując osłabienie tarczy przed Koreą Północną. Robi się naprawdę gorąco.
Amerykańskie Patrioty znów stają się walutą polityki globalnej. Tym razem nie chodzi jednak o dostawy do Ukrainy czy Europy, ale o przerzucenie części systemów z Półwyspu Koreańskiego na Bliski Wschód, gdzie wojna z Iranem błyskawicznie zużywa zapasy rakiet. Seul potwierdza, iż toczą się rozmowy o przesunięciu sprzętu, a za kulisami widać jedno: USA zaczynają szukać wolnych baterii tam, gdzie do tej pory miały tylko odstraszać, a nie walczyć.
Patriotów nie wystarcza na wszystkie wojny naraz
Szef dyplomacji Korei Południowej Cho Hyun przyznał, iż wojskowi z Seulu i Waszyngtonu rozmawiają o przesunięciu części amerykańskiego uzbrojenia stacjonującego w kraju. Wśród wymienianych systemów znajdują się zarówno zestawy Patriot, jak i elementy tarczy przeciwrakietowej wykorzystującej wyrzutnie dalekiego zasięgu. Szczegóły mają pozostać niejawne, ale sam fakt, iż temat trafił na forum publiczne, pokazuje skalę presji, jaką generuje konflikt z Iranem.
Od miesięcy amerykańskie i sojusznicze systemy obrony powietrznej na Bliskim Wschodzie odpierają serie ataków rakietowych i dronowych wymierzonych w bazy USA, infrastrukturę energetyczną i miasta sprzymierzonych państw. Każde przechwycenie to jedna rakieta mniej w magazynie, a Patriot nie jest tanim narzędziem – pojedynczy pocisk to wydatek rzędu kilku mln dol., podczas gdy przeciwnik często atakuje tanimi, masowo produkowanymi bezzałogowcami i pociskami krótkiego zasięgu.
Do tego dochodzi jeszcze dług Patriotowy z ostatnich lat. USA wydzielają kolejne baterie i zapasy pocisków, by wzmacniać obronę Ukrainy przed rosyjskimi atakami, a także osłaniać Europę Środkowo-Wschodnią oraz Izrael. Część rakiet wracała do Stanów z magazynów sojuszników, by następnie trafić dalej na front. To pokazuje, jak bardzo napięta jest globalna linia zaopatrzenia w tę konkretną klasę uzbrojenia.
Pomysł, by sięgnąć po systemy rozmieszczone w Korei Południowej nie jest więc przypadkowym zagraniem, ale elementem szerszej układanki Trumpa. Gdy na jednej scenie działań wojennych rakiety zużywają się szybciej, niż przemysł jest w stanie je produkować, jedynym szybkim sposobem podreperowania tarczy jest przesuwanie istniejących baterii po mapie globu.
Seul między Północą a Bliskim Wschodem
Z perspektywy Seulu każda dyskusja o wyjeździe amerykańskiego sprzętu to dosłownie polityczny ładunek wybuchowy. Na Półwyspie Koreańskim wciąż stacjonuje około 27 tys. żołnierzy USA, a tarcza złożona z systemów Patriot, lokalnych zestawów i radarów dalekiego zasięgu ma jeden główny cel: odstraszać Koreę Północną, która regularnie testuje pociski balistyczne i pracuje nad coraz bardziej zaawansowanymi środkami przenoszenia broni nuklearnej.
Koreańskie media informują, iż Waszyngton rozważa przede wszystkim relokację części amerykańskich baterii, a nie osłabienie krajowych systemów Seulu. Oznaczałoby to np. wysłanie części jednostek z rotacyjnych komponentów USA lub czasowe odchudzenie niektórych baz na rzecz wzmocnienia tarcz nad Zatoką Perską.
Wojska USA w Korei Południowej, jak zwykle przy tego typu ruchach, podkreślają, iż ogólny poziom bezpieczeństwa sojusznika nie zostanie naruszony, ale opinia publiczna pamięta już tylko jedno – każdy brak w obronie powietrznej natychmiast testuje Pjongjang.
Seul jest więc w wyjątkowo niewygodnej pozycji. Z jednej strony Korea Południowa należy do najbliższych partnerów USA w regionie Indo-Pacyfiku i sama liczy na amerykańską pomoc w sytuacji kryzysu. Z drugiej jednak musi tłumaczyć wyborcom, iż godzi się na czasowe osłabienie tarczy, aby wzmocnić front odległej wojny z Iranem, która formalnie nie jest jej konfliktem. Stąd ostrożność w wypowiedziach ministrów i ciągłe podkreślanie, iż żadne decyzje nie zapadną bez zgody władz w Seulu.
Krótki parasol amerykańskiej obrony powietrznej
Historia Patriotów z Korei to doskonała ilustracja szerszej ewolucji światowego systemu bezpieczeństwa, w którym USA od lat pełnią funkcję głównego dostawcy twardej obrony powietrznej – od Europy przez Bliski Wschód po Indo-Pacyfik.
Każdy nowy kryzys – rosyjska agresja na Ukrainę, teraz wojna z Iranem – natychmiast ujawnia, jak lichy jest parasol bezpieczeństwa oferowany przez Trumpa. Gdy Ameryka dorzuca kolejne baterie na Bliski Wschód, państwa flanki wschodniej NATO pytają, czy ich parasol pozostanie tak samo gęsty. Gdy część sprzętu rozważana jest do ściągnięcia z Korei, bacznie przyglądają się temu Tokio i inne stolice regionu, w którym własne ambicje wzmacnia także Chiny.
Paradoksalnie relokacja Patriotów może więc okazać się szansą zarówno dla europejskiego, jak i koreańskiego przemysłu zbrojeniowego. Seul od lat inwestuje w rozwój własnych systemów obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, które mogą w części przejąć zadania amerykańskich baterii. Z kolei w Europie już dziś mówi się o przyspieszeniu inwestycji w lokalne systemy i rozbudowę linii produkcyjnych, tak by amerykańskie zestawy były ważnym elementem układanki, ale nie jedynym.

















