
Nawet najlepszy dron nie ma znaczenia, jeżeli nie da się go gwałtownie zastąpić po stracie. Amerykański Agami od KIHOMAC ma odpowiadać właśnie na ten problem. Firma twierdzi, iż pojedynczy płatowiec można wyprodukować w mniej niż godzinę.
Przez lata zachodnie wojska myślały o dronach jak o wyspecjalizowanych systemach. Miały być dopracowane, certyfikowane, drogie i kupowane w liczbie, którą da się spokojnie wpisać w wieloletni program modernizacyjny. w tej chwili jednak dron stał się po prostu narzędziem codziennego zużycia: leci, rozpoznaje, atakuje, ginie, zostaje zastąpiony kolejnym.
To właśnie w tym miejscu pojawia się Agami, dron stałopłatowy KIHOMAC rozwijany w ramach Project Liberty. Nie jest prezentowany jako najbardziej zaawansowany bezzałogowiec świata. Ma być wojskowy, modułowy i produkowany w tempie odpowiadającym realiom masowego konfliktu. Płatowiec z włókna węglowego może powstawać w mniej niż godzinę dzięki technologii druku 3D.
Agami nie próbuje być wszystkim. Ma być nośnikiem pod misję
Agami to niewielki stałopłat o masie startowej ok. 9 kg i udźwigu ponad 2,2 kg. W tej klasie nie mówimy o dużym systemie rozpoznawczym ani o ciężkiej amunicji krążącej. To platforma dla małych pododdziałów, która może przenosić różne ładunki: sensor, moduł łączności, wyposażenie specjalistyczne albo inny pakiet dobrany pod konkretne zadanie.
Projekt opiera się na koncepcji Bring Your Own Payload (BYOP). Pod tym branżowym hasłem kryje się bardzo zdroworozsądkowe podejście: koniec z kupowaniem wojskowego sprzętu w sztywnych, zamkniętych pakietach. Do tej pory armia często dostawała drona niemal na stałe zespawanego z konkretną kamerą czy radiostacją od jednego producenta. Teraz dron ma być wyłącznie uniwersalną platformą roboczą – latającym podwoziem, do którego żołnierze mogą podczepić dokładnie to, czego wymaga dana misja.
Według deklarowanych parametrów Agami może latać ok. godzinę na pojedynczym pakiecie baterii i pokonać prawie 100 km. Przy 2 pakietach baterii firma miała uzyskać prawie 90 minut lotu i ok. 145 km. Start z katapulty pozwala działać bez pasa startowego, co dla małych oddziałów ma ogromne znaczenie. Dron nie musi czekać na lotnisko, drogę ani rozwiniętą infrastrukturę.
Katapulta zamiast lotniska, czyli dron dla oddziału w terenie
Brak pasa startowego to na froncie norma. Kiedy oddział operuje w górach albo w zniszczonym mieście, klasyczny start z ziemi bywa po prostu fizycznie niemożliwy. Wyrzutnia sprawia, iż wojsko w ogóle nie musi się przejmować tym, co ma pod nogami. Rozstawienie trwa chwilę, a dron od razu nabiera wysokości.
Stałopłat ma z kolei przewagę nad małym multikopterem w zasięgu i czasie lotu. Multikoptery są świetne do krótkich misji, zawisu i obserwacji z bliska. Stałopłat lepiej nadaje się do przelotu na większy dystans, patrolowania trasy, obserwacji zaplecza i przenoszenia ładunku dalej od miejsca startu. Agami nie zastępuje oczywiście małych quadrocopterów, ale daje małemu pododdziałowi dłuższą rękę.
Dawniej drony były sprzętem zarezerwowanym głównie dla sztabów, dywizji i sił specjalnych. Dziś lądują bezpośrednio w plecakach zwykłych żołnierzy. Taka zmiana wymusza zupełnie inne podejście do samego projektowania. Skoro maszynę ma obsługiwać piechur pod ostrzałem, a nie wyspecjalizowany operator w bezpiecznym namiocie, system musi być tani, maksymalnie intuicyjny i gotowy do startu w kilka sekund.
Ameryka chce przestać zależeć od cudzych łańcuchów dostaw
Skąd adekwatnie pochodzą podzespoły do produkcji większości dronów? Przez lata rynek cywilny całkowicie uzależnił się od taniej, azjatyckiej elektroniki. Dopóki maszyny te służyły hobbystom do filmowania czy firmom do inspekcji infrastruktury, nikomu to nie przeszkadzało – liczyło się tylko to, by części były tanie i łatwo dostępne. Jednak to, co świetnie sprawdza się w biznesie i rozrywce, dla amerykańskiej armii jest na dłuższą metę nie do przyjęcia. Wojsko uświadomiło sobie, iż opieranie własnego sprzętu na podzespołach kupowanych od największego globalnego rywala to po prostu zbyt duże ryzyko.
Jeżeli państwo ma budować zdolności dronowe na wypadek konfliktu z poważnym przeciwnikiem, nie może opierać się na dostawach, które ten przeciwnik może zakłócić, kontrolować albo wykorzystać wywiadowczo. Właśnie dlatego amerykański przemysł coraz mocniej podkreśla produkcję krajową, bezpieczne komponenty, własne linie montażowe i zdolność skalowania.








