
Wyobraziłem sobie najczarniejszy scenariusz: łódzki tunel jednak nie powstanie.
Łódź, rok 20-już-nie-wiadomo-nawet-który. Pod ziemią czas płynie po prostu inaczej. Kiedyś jeszcze zwracano uwagę na daty, wspominano dawne wydarzenia. Kluczową rocznicą była ta upamiętniająca dzień i rok, w którym zapadła decyzja, iż tunel średnicowy jednak nie powstanie. Od tego wszystko się zaczęło, mówili organizatorzy obchodów, to taki nasz mały dzień niepodległości i moment, który zadecydował o tym, iż zeszliśmy pod ziemię. Data budziła emocje, nie wszyscy się z nią zgadzali. W końcu tak naprawdę była to tylko kropka nad i, prawdopodobnie sprawę przyklepano wcześniej, a tego dnia po prostu przekazano szokującą wiadomość. Symbolika symboliką, ale trzeba być precyzyjnym. Może lepiej celebrować moment, w którym tarcza stanęła po raz ostatni. Albo zawalenie się kamienicy, przez co prace wstrzymano. Byli też tacy, którzy namawiali do szerszego spojrzenia – domino zaczęło się przecież w momencie, gdy w ogóle podjęto decyzję o budowie tunelu.
Inni po prostu świętowali rocznicę pierwszego wejścia do tunelu. Dziura w ziemi przez długi czas była pozostawiona sama sobie. Władze nie chciały jej zakopywać, choć nie brakowało entuzjastów takiego pomysłu. Liczono, iż może ktoś kiedyś wróci do pracy. Nie teraz, ale po następnych wyborach – spróbujemy! Trzeba wierzyć. Tak mówiono, bo nie chciano pogodzić się z porażką. A potem były inne problemy i o tunelu zapomniano. Dziura w ziemi została.
Ktoś w końcu tam zszedł. Zorganizował pokaz filmowy. Po latach debatowano, czy rzeczywiście celem premierowej eskapady był seans czy jednak koncert. Istniała teoria, iż chodziło o malowanie obrazów, inni, iż odbyła się zwykła impreza. Podziemni historycy spierali się o szczegóły, a najgłośniej było po premierze książki spisanej przez rzekomego uczestnika pionierskiej wyprawy. Podważano jego wersję historii o tym, iż płot chroniący dziurę w ziemi trzeba było zniszczyć – co też uczynił. Podobno został rozebrany dużo wcześniej, dawną inwestycją nikt się nie przejmował ani tym bardziej nie chronił. Na teren byłej budowy można było wejść bez przeszkód, więc to zwykłe bajkopisarstwo. Autor dzienników grzmiał w podziemnej prasie i uważał, iż jak tacy historycy mają zajmować się przeszłością to lepiej by było, gdyby zostali na powierzchni.
Do tunelu schodzono coraz częściej i chętniej. Ludzi przybywało, więc otworzono pierwszą kawiarnię, a potem restaurację. Nie chciano wracać, więc zaczęto drążyć coś na kształt hotelu. Mieszkańcy Łodzi schodzili, bo na górze nie było zbyt wiele do roboty. Jedyną rozrywką były przeprowadzki. Zgodnie z przewidywaniami Łódź wyludniała się – ponoć choćby szybciej, niż ktokolwiek szacował. Mieszkania były śmiesznie tanie, ale i to nie ściągnęło nowych ludzi do miasta. Znudzeni Łodzianie dla zabawy kupowali więc posiadłości. „- Co robisz w weekend? – A, wyprowadzam się z Bałut na Chojny. – Znowu?!” – dało się słyszeć na Piotrowskiej. Taskanie dobytku zajmowało trochę czasu. Tyle iż na Chojnach było to samo co na Bałutach, a na Widzewie to samo co na Retkini – nic. Kiedy gospodarze przywykli do pozornie nowych widoków, gwałtownie ogarniała ich dobrze znana nuda. Podziemne miasto spadło im z nieba.
Wszyscy więc kopali: nowe tunele, podziemne ulice. gwałtownie powstał najsłynniejszy klub, Żółta Łódź Podwodna. Śmiano się z tej banalnej i oczywistej nazwy, ale przecież była całkiem trafna. Gromadził tłumy, które wracały z szychty. Masa wchodziła, masa wychodziła. Jedni wracali z kopania, drudzy szli kopać, by podziemna Łódź rosła, żeby miała tunele wspaniałe, jaskinie piękne, żeby był wielki ruch. Ci bardziej obrotni kopali dla siebie, żeby otworzyć swój sklep, księgarnię, muzeum, galerię. Co dusza zapragnie. Powstawały miejsca, które nie miały prawa istnieć na powierzchni. Ktoś wykopał sobie jamę, w której dzielił się swoimi ideami. Zawsze znalazł się słuchacz, choćby jeżeli wpadł tylko po to, żeby odpocząć, bo obok drążył swoją grotę, gdzie miał prezentować rękodzieło.
Wieść o podziemnym mieście zaczęła się rozchodzić. W Warszawie i Krakowie niektórzy choćby kręcili nosem na swoje metro. Jest takie nudne, nic się nie dzieje, tylko jeżdżą te wagony i jeżdżą. Słyszałeś, mówiono w przejściach podziemnych, iż w Łodzi na jedynym koncercie będzie ta słynna zagraniczna kapela? Powiedziano im, iż mogą zagrać w Żółtej Łodzi Podwodnej, ale pod warunkiem, iż nigdzie indziej w kraju nie wystąpią. Zgodzili się natychmiast. Turyści lgnęli do Łodzi, chcieli zobaczyć słynne podziemne miasto, ale mało kto mógł wejść. Mieszkańcy tuneli byli obrażeni na całą Polskę. Pamiętali, iż nikt im nie pomógł. W sumie na dobre wyszło, bo dzięki temu udało się stworzyć podziemną metropolię – po latach tunele zaczęto kopać w Pabianicach i Zgierzu, żeby połączyć się z Łodzią – ale zadra została. Opłata turystyczna kosztowała krocie, a i tak zwiedzać można było tylko przez jeden dzień. Na powierzchni popularnością cieszyły się hotele. Niektóre oferowały widok z okna na słynne pierwsze wejście do tunelu.
W tunelu poruszenie wywołała książka. Autor przedstawił alternatywne losy Łodzi. Fabuła była prosta: tunel jednak udało się dokończyć. Mini-metro powstało, trudności przezwyciężono. Groźby ministra i inwestora zostały wysłuchane. Rzeczywiście pod ziemią jeździły pociągi, otwarcie hucznie celebrowano. Ale w książce Łódź była miastem nudnym, wyludniającym się, bez perspektyw. Nic się nie działo, a jedyną atrakcją miała być szklana kopuła z egzotyczną dżunglą w środku, która zresztą i tak była krytykowana przez żyjących na powierzchni. Ludziom żyło się dobrze, ale jednocześnie marzyli o czymś więcej. Nikt nie krytykował rozlazłej historii, bo taki był sprytny zabieg autora, który chciał pokazać marazm nierozwijającego się miasta. Kiedy komentowano książkę w tunelach, jaskiniach i jamach, dochodzono do przerażającego wniosku: tak mogliśmy skończyć. Wszystko, co mamy tu, pod ziemią, mogło nas ominąć. Po wydaniu książki tłumy szły w stronę najważniejszego miejsca – tam, gdzie tarcza stanęła i już nigdy nie wróciła do pracy. Dziękowano losowi, iż wszystko tak się potoczyło.
Łódź zostanie z tunelem, jak z marzeniami o metrze z PRL-u?
Wyobraziłem sobie ten paradoksalnie pozytywny scenariusz, żeby dodać sobie otuchy. Wieści są więcej niż niepokojące. Tunel stoi od miesięcy i choć wydawało się, iż strony mogą się dogadać, a prace w końcu ruszą, to dni mijają i nic się nie dzieje.
– Na budowie nie widać postępów. Problem nie dotyczy wyłącznie tarczy, ale także wyposażenia tunelu oraz przystanków. Inwestor zaproponował kolejne rozwiązania mające na celu zawarcie ugody i kontynuację prac – powiedział cytowany przez łódzką Wyborczą Dariusz Klimczak, minister infrastruktury.
Niby prace miały zostać wznowione 16 stycznia, ale wszyscy wiedzą, iż nic z tego nie będzie. Pracuje kilka osób, a powinno kilkaset – zauważa Marcin Mochocki, członek zarządu PKP PLK.
Nasza cierpliwość jako inwestora dawno się wyczerpała. jeżeli prace nie zostaną wznowione, będziemy zmuszeni przestrzegać zapisów umowy, które przewidują możliwość odstąpienia od niej w przypadku niewywiązywania się którejkolwiek ze stron. To jedyna nasza inwestycja, na której prace całkowicie ustały – dodaje.
Trudno uwierzyć, by tak ważna nie tylko dla miasta, ale i całego kraju inwestycja – wszak tunel miałby usprawnić przejazdy pociągami przez Łódź – została porzucona, ale niełatwo jest się pocieszać. Tym bardziej iż sam inwestor zwraca uwagę, iż „po ośmiu latach robót wykonano zaledwie około 30 procent tego najtrudniejszego, kluczowego odcinka tunelu”. A końca dalej nie widać. Światełko w tunelu, choć na chwilę się pojawiło, też przestaje być dostrzegalne, bo bliżej jest kolejne opóźnienie.
Jak pisze łódzka Wyborcza, kontynuacją prac mogłaby zająć się firma PORR, realizująca inwestycję tunelu kolei dużych prędkości w Łodzi.






