Tu trafiają fani Apple po śmierci. Odwiedziłem Apple Store w USA i jestem zły

konto.spidersweb.pl 4 godzin temu

Podczas wizyty w San Francisco odwiedziłem Apple Store. No bo gdzie, jak nie tutaj – niedaleko Krzemowej Doliny, w sercu liberalnych Stanów Zjednoczonych. Kompletnie inny świat w porównaniu do polskich salonów. Ale też kompletny brak szacunku.

Będąc w San Francisco, nie mogłem sobie odmówić wizyty w Apple Store. Chciałem zaspokoić próżną ciekawość, wszakże w Polsce nie ma oficjalnych sklepów Tima Cooka. Polegamy wyłącznie na autoryzowanych pośrednikach, jak iMad czy iSpot. Wystarczających w celu zrobienia zakupów, ale słyszałem, iż oryginalne Apple Store co coś więcej niż sklep. Postanowiłem to sprawdzić.

Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie przed wejściem. Apple Store w ogóle nie wygląda jak sklep.

Do salonu przy Union Square szedłem od strony Chinatown. Nie przywitały mnie jednak żadne przesuwane drzwi ani wielkie logo. Zamiast tego – fontanna. Do tego nie byle jaka. To zabytkowe dzieło amerykańskiej modernistki Ruth Aiko Asawa. Jej rzeźby, obrazy oraz konstrukty są sprzedawane za kilkanaście milionów złotych od sztuki.

Fontanna pani Ruth to rzeźba z brązu, stojąca w tym samym miejscu przez pół wieku. Apple, nabywając grunt, zobowiązał się do przeprowadzenia renowacji zabytku, a także stworzenia atrakcyjnej wizualnie przestrzeni. To tak w kontekście silnych koneksji prywatnych podmiotów z miejskim ratuszem.

Jeszcze ciekawiej robi się mijając fontannę. Stoliki. Krzesełka. Drzewa. To sklep czy park?

Integralną część kalifornijskiego Apple Store stanowi przestrzeń wyglądająca jak parkowa strefa wypoczynkowa. Taka na bogato, z dużą liczbą zieleni oraz stolików z krzesłami. Zadbanym drzewkom towarzyszą nienagannie przycięte żywopłoty, a ściana sklepu zapewnia kojący cień. Nic tylko usiąść z książką albo laptopem.

Tak też wszyscy robią. Ktoś pije kawę. Ktoś inny rozmawia przez telefon. Panuje spory ruch, ale tylko część ludzi wchodzi do budynku. Większość na pewno nie zostawi dolarów przy kasie. Przynajmniej nie dzisiaj. ale nie o to tutaj chodzi. Apple pokazuje, iż potrafi stworzyć przestrzeń miejską na równi z publicznymi instytucjami. O ile nie lepiej. Turbo kapitalizm na pełnej, aż się przypomina berliński Uber Platz.

Pytam się pracownika obsługi mającego oko na przestrzeń pod chmurką, czy każdy może sobie tutaj usiąść. Jak najbardziej. Chociaż formalnie jest to grunt Apple, nikt nie patrzy spod byka na osoby chcące popracować tu na laptopie, choćby długie kilka godzin.

Wchodząc do środka, uwagę zwraca poczucie przestrzeni oraz swobody. Na pierwszy rzut oka mało tu samego Apple.

Obite skórą szerokie ławy. Miękkie fotele. Podłokietniki na ręce, książki i telefony. Miejsce bardziej przypomina lożę biznesową na lotnisku niż sklep. Nie ma w tym przypadku. Po chwili obserwacji widać jak na dłoni, iż przestrzeń zaaranżowano w ten sposób, aby odwiedzający testowali Apple Vision Pro. Mają wygodnie siedzieć, machać rękoma i czuć się jak u siebie.

Przy Vision Pro nie ma jednak zbyt wielu osób. Najbardziej oblegane są stoły z iPhone’ami oraz ścianka z AirPodsami Max. Następne w kolejności są Apple Watche oraz MacBooki. Wymowny obraz katastrofy AR/VR, za którą osobistą odpowiedzialność bierze Tim Cook.

Najciekawszym elementem parteru jest jednak główne wejście. W zasadzie jego brak. Zamiast klasycznych drzwi mamy rozsuwaną ścianę, która za dnia znika kompletnie. Dzięki temu osoby wchodzą do Apple Store tak, jakby wchodziły do wielkiej altany, dającej schronienie przed kalifornijskim słońcem.

Ochrona? Gdzie jest ochrona?

Rzecz, która mocno odróżnia ten konkretny Apple Store od oficjalnych sklepów Apple w Paryżu czy Berlinie, to podejście do ochrony. W europejskich stolicach poważni panowie w kamizelkach są widoczni z daleka. Część stoi już przed drzwiami, reszta znajduje się w środku. To duża różnica względem znacznie bardziej otwartego modelu z San Francisco.

Nie myślcie jednak, iż ochrony tutaj nie ma. Jest, do tego całkiem sporo. Po prostu stara się nie rzucać w oczy. Nie ma jej przy drzwiach, nie stoi przy schodach, nie lawiruje między produktami. Zamiast tego poważni panowie czają się w cieniu, pod ścianą, mając widok na cały parter i wszystkich klientów.

Czas na deser: Genius Bar to świetne miejsce. Chociaż nie działa tak, jak pierwotnie zakładało Apple.

Teoretycznie Genius Bar to sekcja sklepu, w której przeszkoleni pracownicy rozwiązują drobne problemy ze sprzętami Apple. Od ręki, w ramach bezpłatnych konsultacji. Konfiguracja nowego urządzenia, zakładanie konta, odzyskiwanie usuniętych zdjęć, tłumaczenie funkcjonalności – tego typu czynności, możliwe do załatwienia tu i teraz, bez zostawiania urządzenia w serwisie.

Praktyka okazała się zupełnie inna. Kiedy zapytałem, jaka jest rola tej przestrzeni, pracownik Apple Store wyznał: ludzie przychodzą tutaj podładować telefon, spojrzeć na Union Square, przeczekać ulewę. Rewelacyjny widok zlokalizowany na piętrze, połączony z miejscami siedzącymi oraz gniazdami i przewodami zasilającymi faktycznie sprawia, iż człowiek ma ochotę zostać na dłużej.

Przyjemny klimat potęguje kilka drzew wniesionych na piętro oraz zielona instalacja ścienna. To wciąż otoczka korpo z Krzemowej Doliny, ale w tym mniej bezdusznym, bardziej przytulnym wydaniu. No więc usiadłem, spojrzałem przez wielką szybę i cholera, faktycznie przepiękny widok. Dobrze się tu mają. Natura Wschodniego Wybrzeża naprawdę jest cudowna, pogoda tak samo.

Wizyta w Apple Store uzmysławia niesprawiedliwą, sztuczną przepaść między USA i Polską

Czy to polski autoryzowany sprzedawca, czy oryginalny Apple Store – oba typy sklepów pełnią tę samą funkcję. Przychodzi się tutaj oglądać, kupować, testować i naprawiać sprzęty Apple. Jednak w Polsce salony z jabłuszkiem to najczęściej małe klitki z podestami produktowymi, przy których ludzie tłoczą się jak gołębie na rozrzut starego chleba. Apple Store w San Francisco zupełnie inaczej gra przestrzenią, obsługą, choćby czasem klientów.

Już dawno wyzbyłem się kompleksów na tle Zachodu. Polska pod wieloma względami to najnowocześniejsze państwo Europy. Jesteśmy światowym liderem jeżeli chodzi o adaptację nowych technologii, od płatności, przez bankowość, po zakupy. Uważam też, iż Polska to jedno z najlepszych, o ile nie najlepsze miejsce do życia. Dlatego po prostu szkoda mi tej przepaści. Tego podziału, jaki Apple świadomie wprowadza wśród konsumentów.

Store w San Francisco stanowi doskonały symbol stanocentrycznego podejście Apple. Czyli takiego, w którym wszyscy klienci spoza USA są drugiej kategorii. Nie mają części funkcji, nie mają części produktów, nie mają części usług. Dlatego tylko umacniam się w przekonaniu: nie jesteśmy traktowani poważnie. Sytuacja zmienia się na lepsze, ale za wolno.

Moje pozostałe wycieczki technologiczne:

BuyboxFast
Idź do oryginalnego materiału