
Pewnie można dywagować, czy pomysł okazał się sukcesem, ale choćby jeżeli nie, to wcale nie oznacza, iż nie warto go odświeżyć po latach.
Chciałbym wierzyć, iż od razu doceniłem wydany w kwietniu 1999 r. album Kayah i Gorana Bregovicia. Miałem jednak wtedy tylko siedem lat i potrzebnych było jeszcze kilkanaście, by zachwycić się i zrozumieć smutek, melancholię, niedolę postaci w wykreowanych przez Kayah tekstach. Z drugiej strony album grał w domu często, więc mógł mi się podobać choćby bez odkrycia lirycznej potęgi.
Wiem na pewno, iż nie zdawałem sobie sprawy, w jaki sposób promowano album
Dowiedziałem się o tym niedawno i przez przypadek, natrafiając na wpis profilu „Skany ze starej Machiny”. W recenzji albumu z 1999 wspomniano o tym, jak wydawca postanowił radzić sobie z piractwem:
W celu utrudnienia złodziejskiego procederu piratom do każdego oryginalnego egzemplarza płyty dołączony jest kupon, który da możliwość spotkania z artystami we wrześniu – zaznaczył autor Wojtek Radomski.
Niewykluczone, iż moja niewiedza nt. kuponu tłumaczy, w jaki sposób płyta dotarła do naszego domu. Nabycie pirackiego egzemplarza mogło odbyć się jednak zupełnym przypadkiem. Nie zapomnę mojej radości, gdy w pabianickim sklepie z płytami usłyszałem, iż wymarzona płyta Eminema kosztuje tylko 25 zł. Nastawiłem się, iż album zagranicznego rapera będzie kosztował grubo ponad 50 zł, na co byłem przygotowany. Kiedy więc sprzedawca wydał mi resztę, nie wierzyłem we własne szczęście. Dopiero później zdałem sobie sprawę, iż w sklepie z płytami opchnięto mi ordynarnego pirata. Takie czasy.
W sieci nie mogę znaleźć żadnych relacji z tego spotkania, a szkoda. Nie wiem więc, czy do niego doszło, a jeżeli tak, to czy ograniczono się wyłącznie do Warszawy, czy ruszono w Polsce – choćby tam, gdzie koncertów nie grany. Sam pomysł wydaje się mi się jednak świetny i mam wrażenie, iż sprawdziłby się i dzisiaj.
Trudno porównywać naszą rzeczywistość z okropnymi pod względem piractwa latami 90. Choć i dziś piractwo podnosi swój łeb. Tyle iż teraz proceder broniony jest nie tym, iż trudno dostać oryginalne wydania. Problemem jest nie niedobór, a przesyt. Wszystkiego jest za dużo i gdyby chciało się oglądać treści na każdej platformie, zapłacilibyśmy majątek. Moim zdaniem to niekoniecznie usprawiedliwienie, ale tak niektórzy sądzą.
Czasy są inne, ale problemy poniekąd podobne. Dziś też nam wręcza się pewien substytut oryginalnego produktu. choćby kupując wydania cyfrowe nie posiadamy ich na własność, użycza nam się jedynie prawa do ich odtwarzania. Nie jest to prawo wieczne, zgodę producent może wycofać w każdym momencie, np. wyłączając serwery.
Ale choćby jeżeli ktoś hołduje zasadzie „łatwo przyszło, łatwo poszło” to przeniesienie się na streamingi czy cyfrowe treści ma inną wadę. Wbrew pozorom na platformach nie ma wszystkiego, a jeżeli jest, to często w wybrakowanej wersji. Sam mam w swojej kolekcji zaskakująco wiele płyt, których w sieci odsłuchać się nie da – chyba iż ktoś wrzuci album na YouTube, nierzadko w kiepskawej jakości. Posiadam stare wydania, podczas gdy na streamingach są jedynie nowe, bez piosenek, z których w nowej wersji zrezygnował wydawca czy artysta.
Do tego dochodzi poważny zarzut jakim jest to, w jaki sposób wynagradzani są sami artyści
Ci najwięksi nie mają prawa narzekać, ale maluczcy dostają tyle, co nic. Pójście na koncert czy kupno płyty na nośniku zwiększa szanse na ich dalszą artystyczną działalność.
Oczywiście fizyczna dystrybucja też ma swoje wady. Giganci zdążyli położyć swoje łapy na tym biznesie, więc byliśmy świadkami historii o tym, iż mali nie mogą wytłoczyć swoich płyt na winylu, bo wszystkie tłocznie zajęte są masową produkcją nowych albumów wielkich gwiazd.
Może być jeszcze gorzej, skoro Suno chce umożliwić przeniesienie muzyki wygenerowanej przez AI na winyle. Nośnik kojarzony z duszą zostanie jej pozbawiony.
Tym większy sens ma to, aby kupując płytę żywego artysty dostać coś w zamian – możliwość spotkania się, zobaczenia, dostania autografu, cyknięcia fotki
Przeżywania wspólnie, nie tylko z autorem dzieła, ale również tymi, którzy są jego odbiorcami.
I teoretycznie to się dzieje, bo mamy przecież koncerty, zdarzają się również jeszcze spotkania autorskie. Tutaj jednak dołączałoby się do specjalnego grona, nie dałoby się wejść z ulicy. Snobistyczna elitarność? Niekoniecznie.
Ale gdzie te spotkania organizować? I tu duży problem, bo zostają w zasadzie tylko duże sieci handlowe. Brakuje muzycznych klubów, o czym niedawno pisał na łamach „Dwutygodnika” Jan Błaszczak:
Małe i średnie kluby muzyczne stanowią fundament koncertowego obiegu. Przynajmniej powinno tak być w zdrowym, zrównoważonym środowisku, które myśli o swoim rozwoju w wieloletniej perspektywie. Oczywiście, koncertowy krajobraz dynamicznie się zmienia. Klubowa mapa każdego większego miasta wymaga częstego odświeżania. Czasami stoi za tym proza życia – właściciele klubów mają już dość pracowania po nocach, przegrywają z konkurencją, angażują się w inny biznes. Częściej jednak pokonują ich rosnące czynsze, zmieniające się plany zagospodarowania przestrzennego, polityka miejska.
Problem jest więc poważny, a moja propozycja naiwna. Znowu wyjść do ludzi, gromadzić się, przeżywać razem. Niemożliwe? Mimo wszystko chciałbym dostać szansę, aby się o tym przekonać. I zgarnąć kupon na spotkanie z artystą, kiedy nabędę nowy, wyczekiwany album.











![[NA ŻYWO] Ściganie w Lublinie na najwyższym poziomie!](https://speedwaynews.pl/relacja-na-zywo/og_default.jpg)


