Strade Bianche z bliska – dlaczego ten wyścig w Sienie wygląda zupełnie inaczej niż w telewizji

magazynbike.pl 3 dni temu

To paradoks. Strade Bianche za sprawą sukcesu Tadej Pogačar mogłyby się wydawać nudne. Śmialiśmy się choćby w gronie “międzynarodowych mediów”, iż tegoroczna edycja była równie interesująca jak rozgrywki w krykieta. Dla osoby nieznającej zasad może się wydawać, iż w tej dyscyplinie przez trzy godziny nic się nie dzieje.

A Pogačar, jak to Pogačar – na podjeździe osiemdziesiąt kilometrów przed metą odjechał całej stawce i tyle go widzieli. Samotnie dojechał do kreski. Pozornie nic się nie działo, nuda. Jak zwykle gdy startuje Pogi.

Ale przez to, iż byliśmy na Strade Bianche, na białych drogach Toskanii przez trzy dni, ten sukces widzieliśmy z różnych stron. Także z kawiarnianego ogródka na Piazza del Campo w sercu Siena, położonego tuż obok mety wyścigu, gdzie mogliśmy na żywo patrzeć, jak Pogačar wjeżdża z podniesionymi rękami.

Piazza del Campo – naturalny amfiteatr kolarstwa

To, co widać w telewizji – jak to zwykle z obrazem z kamer bywa – jest spłaszczone. Rzeczywistość wygląda inaczej. Jeszcze lepiej widać to właśnie na Piazza del Campo, który w rzeczywistości przypomina wielki, otoczony kamienicami amfiteatr.

Bo jeżeli ktoś tego nie wie – sam plac jest wklęsły. Jego powierzchnia opada ku środkowi i rzeczywiście z każdej strony doskonale widać to, co dzieje się niżej. Dokładnie tak jak w amfiteatrze.

A w dodatku, w przeciwieństwie do wielu innych wyścigów kolarskich ze światowego topu, tu wszystko skupia się niczym w soczewce i – za sprawą być może tego placu i jego wyjątkowego ukształtowania, a być może charakteru wyścigu – jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Kolarstwo na wyciągnięcie ręki

Zwykle my, kibice, jesteśmy odgrodzeni szkiełkiem ekranu albo zasiekami z barierek. Do zawodników podejść się nie da. Tutaj jest inaczej.

Gdy zmęczeni trasą pełną podjazdów – i nie, nie jest to przesada – docierają w końcu do mety, odpoczywają tuż za nią, na tych samych płytach Piazza del Campo. I widać ich zmęczenie dosłownie jak na dłoni.

Być może dlatego tak dużą popularnością cieszy się także Gran Fondo Strade Bianche, które kończy się tą samą metą na tym samym placu kolejnego dnia po tym, jak przyjadą zawodowcy. Oczywiście trasa jest krótsza, ale przeżycia równie cenne.

Byliśmy na placu dzień po dniu i mogliśmy to zobaczyć.

W niedzielę, dzień po sobotnim wyścigu, gdy Pogačar wygrał, a Katarzyna Niewiadoma była druga, na trasę ruszyli amatorzy. I mieli jeszcze trudniej.

Choć dystanse były krótsze, pogoda była gorsza. Opady deszczu sprawiły, iż tę biel szutrów – strade bianche – widać było na ich łydkach, twarzach i rowerach.

Jedno zawahanie i zwycięstwo ucieka

A jak wyglądał wyścig Katarzyny Niewiadomej z perspektywy bezpośredniego świadka?

Odwiedzaliśmy teamowy autobus tuż przed startem. Patrzyliśmy na czysty jeszcze rower, potem przemknęła nam w drodze na start. Ponownie widzieliśmy ją na mecie, gdzie znów była aż albo tylko druga.

Błyskawicznie uciekła z podium. Miejsce świetne, ale było widać, iż liczyła na więcej.

A zabrakło naprawdę kilka – dosłownie jednego zakrętu. Chwila zawahania i inna zawodniczka po prostu ją minęła. Zabrakło może stu czy dwustu metrów, żeby w końcu wygrać Strade Bianche.

A przecież widać było, iż nasza zawodniczka była bardzo mocna, być może najmocniejsza tego dnia.

Ale to też są Strade Bianche.

Inne konkurentki do podium, takie jak Demi Vollering czy Pauline Ferrand-Prévot, w dziwny sposób zabłądziły na trasie. Jeszcze inni pogubili się gdzieś nie wiadomo kiedy.

Wyścig nieprzewidywalny

Podczas wyścigu panów staliśmy na pierwszym sektorze szutrowym. Byliśmy świadkami na żywo tego, jak nieprzewidywalny jest ten wyścig.

Trasa na tym fragmencie najpierw spadała ostro w dół, by z asfaltu przejść na szutr zakrętem o kącie ponad 90 stopni. I właśnie tam zawodnik, który w tym momencie znajdował się na drugim miejscu, zgubił łańcuch.

Na wybojach zjazdu spadł tak nieszczęśliwie, iż zaklinował się w okolicach środka suportu. Zawodnik z drugiego miejsca spadł na sam koniec stawki i musiał czekać na samochód teamowy oraz zapasowy rower.

Sami także w ramach prezentacji i testowania nowych modeli Bianchi Infinito mieliśmy możliwość jeżdżenia po fragmentach trasy Strade Bianche. Niestety tym razem w samym Gran Fondo nie udało nam się wystartować i tego doświadczenia na pewno nam brakuje.

Pokonując fragmenty szutrów – które wcale nie są gładkie – jeżdżąc trasą i kibicując na niej, tym bardziej doceniamy wysiłek i wolę walki zarówno zawodowców, jak i amatorów.

Prawda ekranu i prawda wyścigu

I znów wracamy do prawdy ekranu i tego, jak ma się ona do rzeczywistości. Ekran spłaszcza i nie oddaje tego, jak wymagające jest Strade Bianche.

Jego finał w sercu Sieny bardzo do samego wyścigu pasuje. Jest gigantyczny kontrast między wymuskanymi, czystymi rowerami przed startem a tym, co widać na mecie.

I to nie jest przenośnia, tylko rzeczywistość.

Bo Piazza del Campo widział już niejedno i pewnie niejedno jeszcze zobaczy. I jak w soczewce potrafi skupić piękno kolarstwa.

Co nie zawsze oznacza, iż jest ono takie ładne. To także ból. Kurz, pot i łzy – czasami szczęścia, a czasami rozczarowania, jak w przypadku Katarzyny Niewiadomej.

Tekst: Grzegorz Radziwonowski

Zdjęcia: Justyna Jarczok,

Idź do oryginalnego materiału