Sprawdził, które miasta w Polsce są naprawdę najbardziej zielone. Możesz się zdziwić

konto.spidersweb.pl 2 godzin temu

Analiza pokazała, iż pozory rzeczywiście często mylą.

W moim parku mieszka sarna. Nazywam go moim, bo choć wcale nie mam do niego najbliżej, to odwiedzam go najczęściej. Mieszka tam dłużej niż ja w tej okolicy, ale i tak zawsze mnie to dziwi. Jestem zaskoczony faktem za każdym razem, kiedy sobie o tym przypomnę, albo zobaczę wylegującą się w trawie lub stołującą się przy jednym z ogromnych drzew. Jest atrakcją turystyczną i każdy robi jej zdjęcie. Podobno na początku zgłaszano obecność zwierzęcia odpowiednim służbom, ale te stwierdziły, iż skoro jest zdrowa i najwyraźniej jakoś sobie radzi, to nie ma sensu niepotrzebnie jej stresować i przenosić.

W tym moim parku ma chyba naprawdę niezłe życie. To centrum miasta, ale jest spokojnie. Trawy potąd, choćby o ile zbyt często ją koszą. Jest co pić i gdzie się schować. Gdyby zrobiło się zbyt tłoczno, może przemknąć za podmokłymi terenami przy stawie – inne bagienka chronią od drugiej strony, przy wierzbach – dalej przez niejedną dziurę w płocie i już jest bezpieczna na ziemi niczyjej, dawnym pofabrycznym terenie. Jeszcze jest tam sporo ruin, które obserwuję przez płot – urbex mnie ciekawi, ale tylko jako teoria, brak mi odwagi. Szkoda tej przerwy, bo mogłaby prowadzić z jednego parku do drugiego. Ale dzięki temu sarna ma wygodniejszą drogę i raczej jest niepokojona. Ten układ wydaje się więc uczciwy i całkiem niezły.

Drugi park jest większy, rozleglejszy, choćby staw ma okazalszy, ale i tak wolę ten pierwszy, mniejszy, bardziej dziki, choć przecież i tak w miarę uporządkowany. Niby nieduży, ale tak bardzo różnorodny. Można robić kółka, raz pójść główną alejką, innym razem okrążyć górkę, by wyjść przy stawie albo wzdłuż płotu, czując się przez moment jak w lesie.

Nie mam problemu z wybraniem ulubionego łódzkiego parku, ale z miejscem drugim, trzecim czy zamykającym pierwszą piątkę miałbym już niemałą zagwozdkę. Jest ich tak dużo i są tak różne, dopasowujące się do humoru i aktualnych potrzeb. Marzy mi się namiastka rzeki – jest park nad Jasieniem. Spacer niemal jak po lesie bez opuszczania centrum? Park 3 maja, a za nim przepiękna, cicha i spokojna dzielnica willowa, zresztą też pełna zieleni.

Skromny, elegancki, trochę brytyjski, trochę angielski – ale przy tym przez cały czas tajemniczy, z uliczkami prawie jak w labiryncie? Park im. Jana Matejki. I mógłbym tak wyliczać, wymieniać, jednego dnia doceniać bardziej ogrom parku im. księcia Józefa Poniatowskiego, by kolejnego stawiać wyżej park Klepacza. A ilu jeszcze nie znam, ile chciałbym odwiedzać częściej, ale jakoś nie po drodze – jak park im. Tadeusza Rejtana z bluszczem porastającym drzewa. Latem, w jasny dzień, jest tam ciemno, mroczno i klimatycznie, jak z powieści gotyckiej.

Parki się Łodzi udały

Jest ich pełno w centrum, jak i na osiedlach. Większą trudność sprawiałoby celowe omijanie parków, tak aby w nie nie wdepnąć po drodze, niż ich szukanie. Mam szczęście, iż wychodząc z domu i idąc na spacer prędzej czy później o jakiś zahaczę. Mogę w nich przebierać, w zależności od tego, na co mam bardziej ochotę.

Doceniam to tym bardziej, bo nie wszędzie jest to standard – i nie w takiej formie. Bardzo interesujące statystyki przedstawił Szymon Pifczyk, autor bloga Kartografia Ekstremalna. Postanowił sprawdzić, które miasta w Polsce są naprawdę najbardziej zielone.

Teoretycznie jest pod tym względem coraz lepiej, bo polskie miasta zwiększają chociażby powierzchnię lasów. Największy przyrost powierzchni lasów odnotował Wrocław, gdzie ich powierzchnia wzrosła o 807 ha, czyli aż o 54 proc. – z ok. 1,5 tys. ha w 2020 roku do blisko 2,3 tys. ha w 2025 roku.

Sama powierzchnia nie mówi jednak wszystkiego. Co z tego, iż lasu jest dużo, jak zdecydowana większość będzie miała do niego za daleko? Albo żeby się dostać, trzeba przebijać się przez betonową pustynię?

Zamiast obliczać procent powierzchni miasta zajmowany przez tereny zielone, zbadałem jaki procent mieszkańców miasta mieszka blisko zieleni, i to zieleni faktycznie dostępnej (czyli parków, skwerów czy lasów, w których są alejki spacerowe), a nie powierzchni zielonej ogółem, do której wliczałoby się też ogródki działkowe czy nieprzeniknione bory – wyjaśnia autor opracowania.

Z analizy – o szczegółach badania Szymon Pifczyk pisze więcej na swoim blogu – wynika, iż np. w Krakowie aż 78 proc. mieszkańców ma „co najwyżej 5 min” do parku pieszo. Kolejne 15 proc. maksymalnie 10 min.

W takich miastach jak Zielona Góra, Gorzów, Toruń i Olsztyn średnio 86 proc. mieszkańców mieszka w odległości 400 m do parku, a aż 96 proc. – do 800 m. W przypadku Krakowa, Gdańska i Katowic jest to odpowiednio 78 proc. mieszkańców i 95 proc. Wciąż nie aż tak źle.

Według analizy autora bloga Kartografia Ekstremalna najgorzej pod tym względem jest w Opolu, gdzie mniej niż połowa mieszkańców tego miasta ma park w zasięgu krótkiego spaceru.

Niewiele lepiej jest w Kielcach i Rzeszowie, nieco lepiej, choć ciągle kiepsko we Wrocławiu, choć tam uczciwie muszę dodać, iż niektóre parki małe nie zostały przez Copernicusa zidentyfikowane (konkretnie chodzi tu o Park Leonarda da Vinci oraz Park por. Norberta Malczewskiego) – czytamy.

Ale, jak zauważa Pifczyk, parki to przecież nie jest jedyna zieleń w mieście. Drzewa rosną też na ulicach. Okazuje się, iż pod tym względem „najbliżej do drzew mają mieszkańcy Łodzi, potem Katowic, Warszawy i Krakowa”. Z kolei dłuższy spacer trzeba robić w Kielcach, Bydgoszczy i znów Opolu.

https://www.facebook.com/kartografiaekstremalna/posts/pfbid02ku5d228CXYdr1Ayvow1NteKdP2MNhoSupaLdPL4BkXkzJSfMGiMTqxvnL58DFimtl

Jako mieszkaniec Łodzi mogę tę obserwację potwierdzić

Wiele ulic, szczególnie na Starym Polesiu, pełne są drzew, które tworzą imponujące szpalery. Jasne, upalne dni pokazały, iż to i tak kropla w morzu potrzeb. Na dodatek osoby zajmujące się ochroną miejskiej przyrody niejednokrotnie zwracały uwagę, iż drzewa wymagają lepszej opieki.

– Porównujemy drzewo do życia ludzkiego. A przecież ono rośnie znacznie dłużej, niż żyje człowiek. Podam prosty przykład. Podczas przebudowy ulicy Strzelców Kaniowskich, przy której rozmawiamy, podkopano kasztanowcom korzenie. I to w sposób barbarzyński. Drzewa tej wiosny wypuszczą liście – wola i chęć życia w drzewie jest olbrzymia. Podejrzewam jednak, iż większość tych drzew zdecydowanie wcześniej zrzuci liście. W przyszłym roku prawdopodobnie jedno po prostu uschnie, bo nie ma już korzeni, które by zapewniły odpowiednią ilość wody. W kolejnym – jeszcze jedno. I tak będą stopniowo, rok po roku, odchodzić z tej ulicy. Być może ktoś z mieszkańców zada sobie pytanie, co stało się z drzewami, które jeszcze niedawno tu stały. I dojdzie do wniosku, iż tak miało być – drzewo uschło ze starości. Nikt nie będzie pamiętał o remoncie i uszkodzeniach, do których doszło. Drzewo reaguje na zmiany długo, nie od razu są one widoczne, często dopiero po kilku latach. Związek przyczynowo-skutkowy jest oczywisty, ale czas rozmywa odpowiedzialność i świadomość człowieka – mówił Spider’s Web Szymon Iwanowski, pomysłodawca inicjatywy Mapa Drzew Łodzi.

Nie da się jednak ukryć, iż mogło być gorzej. Tymczasem uliczki na Dąbrowie, na Widzewie – wchodzisz między bloki, a tam mnóstwo zieleni. Przerwa w postaci drzew, mini-skwerów, wręcz parków kieszonkowych dla PRL-owskich architektów była czymś naturalnym. I dlatego tak boli, iż później od tego się odeszło. Współczesny deweloper w lukę, gdzie dawniej sadzono drzewa i krzaki, wsadziłby trzy kolejne apartamentowce. Kiedyś ludzie mieli na wyciągnięcie ręki niemałe drzewa, dzisiaj z bliska mogą obserwować zamiokulkasy stojące na parapecie u sąsiada.

Z zestawienia autora bloga Kartografia Ekstremalna wynika, iż najbardziej zielonym miastem są Katowice – mają „jeden z najlepszych w kraju dostępów do parków”, a przy tym w rośnie tam dużo drzew. Wysoko plasują się także Zielona Góra, Łódź, Olsztyn i Kraków, natomiast najgorzej pod tym względem jest w Opolu, Kielcach i Rzeszowie.

Takich ulic sobie życzę

Trzeba pamiętać, iż nasza dzisiejsza bliskość zieleni to zasługa działań sprzed lat

To dzięki osobom, które chciały sadzić drzewa i zakładać parki, wytrzymanie w coraz cieplejsze dni jest nieco łatwiejsze. W ostatnich latach kierunek był odwrotny: zieleń w mieście była wrogiem, drzewa przeszkadzały, a wysoka trawa kojarzyła się z zaniedbaniem i nieporządkiem.

W wielu miejscach zresztą przez cały czas tak jest, ale na szczęście nastąpił zwrot. Zrozumiano, iż przyroda w mieście to nie wróg ani nie gość – musi być istotną częścią współczesnego miejskiego otoczenia.

Idź do oryginalnego materiału