Rzymianie leczyli ludzi czymś obrzydliwym. Archeolodzy mają twarde dowody

konto.spidersweb.pl 3 godzin temu

Historycy wiedzieli od bardzo dawna, iż lekarze świata rzymskiego potrafili sięgać po środki, które dziś budzą odruch wymiotny. Teraz po raz pierwszy dostali coś więcej, niż tylko cytat ze starych zapisków. W szklanej fiolce sprzed około 1900 lat znaleziono chemiczne ślady ludzkich odchodów i aromatycznej domieszki z tymianku.

Znalezisko pochodzi z okolic dawnego Pergamonu w zachodniej Anatolii, jednego z najważniejszych ośrodków medycznych świata rzymskiego. Samo naczynie to unguentarium, czyli smukła fiolka używana w starożytności do przechowywania pachnideł, olejków, eliksirów i maści. Badacze z Bergama Museum analizowali zawartość setek podobnych naczyń, gdy jedno z nich przyniosło wynik znacznie bardziej niezwykły, niż ktokolwiek się spodziewał.

Fiolka została przejęta od rabusiów, więc nie da się ze stuprocentową pewnością odtworzyć dokładnego miejsca jej wydobycia. Mimo to jej forma wskazuje na związek z Pergamonem, a samo miasto było w czasach rzymskich wielkim centrum leczenia.

Jak naukowcy rozpoznali ludzkie ekskrementy po 1900 latach?

Jak naukowcom udało się ustalić, iż to rzeczywiście kupa? Zespół zastosował analizę GC–MS/FID, czyli połączenie chromatografii gazowej i spektrometrii mas, pozwalające rozłożyć mieszaninę na składniki i rozpoznać ich chemiczne podpisy. W osadzie z fiolki znaleziono m.in. koprostanol oraz 24-etylo-koprostanol. To związki uznawane za biomarkery materii kałowej. Co więcej, ich wzajemny stosunek wskazywał, iż źródłem były odchody ludzkie, a nie zwierzęce.

Badacze mówią o pierwszym bezpośrednim chemicznym dowodzie, a nie tylko o luźnym skojarzeniu. Wcześniej wiadomo było z pism medycznych, iż odchody pojawiały się w recepturach, ale brakowało materialnego śladu potwierdzającego, iż takie mieszanki rzeczywiście przygotowywano i przechowywano w naczyniach użytkowych. Teraz ten ślad wreszcie się pojawił.

Pergamon nie jest tu przypadkowym miejscem

Pergamon był czymś więcej, niż zwykłym miastem prowincjonalnym. Działało tam słynne Asklepiejon, czyli sanktuarium i zarazem centrum leczenia związane z kultem Asklepiosa. Takie ośrodki pełniły funkcję świątyń, proto-szpitali i miejsc nauki medycyny. W świecie greckim i rzymskim istniała cała sieć takich miejsc, ale Pergamon należał do tych najbardziej renomowanych.

Z Pergamonem związany był także Galen, lekarz, którego pisma zdominowały myślenie medyczne na stulecia. To właśnie w tekstach Galena pojawiają się wzmianki o terapeutycznym użyciu różnych rodzajów odchodów, w tym w leczeniu stanów zapalnych czy zakażeń. Odkrycie z fiolki nie oznacza więc, iż archeolodzy nagle odkryli kompletnie nieznaną praktykę. Ono raczej potwierdza to, co wcześniej udało się znaleźć w zapiskach.

Co mogli leczyć kupą?

Choć sama fiolka nie pozwala z całkowitą pewnością wskazać jednego konkretnego zastosowania tej maści, kontekst historyczny dość wyraźnie zawęża możliwe tropy. Autorzy badania przypominają, iż w medycynie grecko-rzymskiej preparaty z dodatkiem odchodów pojawiały się przede wszystkim przy leczeniu zmian skórnych, stanów zapalnych i zakażeń, a w części źródeł także przy innych dolegliwościach wymagających miejscowego stosowania.

Najostrożniej można więc powiedzieć, iż odkryty preparat najpewniej wiązał się z terapią problemów skórnych lub zapalnych, ale bez możliwości przypisania go do jednej, ściśle określonej choroby.

Po co w tym wszystkim tymianek?

No dobra, ale po co tymianek? Najprostsze wyjaśnienie jest takie, iż miał on po prostu maskować nieprzyjemny zapach preparatu. Zgodnie z dawnymi opisami medycznymi takie mieszanki mogły budzić odrazę, więc łączono je z czymś pachnącym i łatwiejszym do zaakceptowania przez pacjenta.

To jednak nie musi być tylko kwestia perfumowania. Tymianek był w starożytności ceniony także jako roślina o adekwatnościach leczniczych. Mogło więc chodzić o mieszankę, która jednocześnie poprawiała zapach i wzmacniała działanie całej receptury. To dobrze pokazuje, jak bardzo antyczna farmakologia łączyła intuicję, obserwację i to, co dziś nazwalibyśmy medycyną empiryczną, choćby jeżeli same składniki wydają się nam odpychające.

Rzymska medycyna była dziwniejsza, ale nie zawsze całkiem nieracjonalna

Łatwo wyśmiać ten preparat za przykład kompletnego szaleństwa dawnych lekarzy. Tyle iż starożytna medycyna bardzo często operowała metodą prób, obserwacji i tradycji. W recepturach świata grecko-rzymskiego pojawiały się składniki roślinne, mineralne i zwierzęce, które dziś uznalibyśmy za obrzydliwe, ale niektóre z nich naprawdę mogły mieć określone działanie biologiczne albo przynajmniej były tak postrzegane na podstawie doświadczenia.

To odkrycie nie rehabilituje oczywiście leczenia ludzkimi odchodami w sensie współczesnej medycyny. Pokazuje jednak, iż między tekstem a praktyką pojawił się namacalny pomost. Zamiast opierać się wyłącznie na tym, co starożytni pisali, archeologia i chemia pokazały, co rzeczywiście trafiało do naczynia, a prawdopodobnie potem na skórę lub do zabiegu leczniczego.

BuyboxFast
Idź do oryginalnego materiału