
Czy era pilotów i czołgistów dobiega końca? Decyzja o powołaniu dedykowanego dowództwa dla wojen autonomicznych to znak, iż przyszłość po prostu należy do algorytmów.
U.S. Southern Command utworzyło Southcom Autonomous Warfare Command, czyli nowe dowództwo odpowiedzialne za wdrażanie autonomicznych, półautonomicznych i bezzałogowych platform w regionie Karaibów, Ameryki Środkowej i Południowej. Oficjalnie chodzi o walkę z kartelami, przemytem morskim oraz reagowanie na kryzysy i katastrofy. Nie ma tu jeszcze mowy o pełnym zastępowaniu ludzi przez maszyny. Jest za to bardzo wyraźny sygnał, iż amerykańskie wojsko zaczyna traktować autonomię nie jako dodatek do misji, ale jako jeden z jej głównych filarów.
To nie jest nowy gadżet, tylko nowe dowództwo
Nowy element dowodzenia ma być poświęcony właśnie użyciu systemów autonomicznych, półautonomicznych i bezzałogowych. SAWC ma działać na rzecz celów zapisanych w amerykańskiej strategii bezpieczeństwa i wspierać przewagę operacyjną. Nie chodzi już tylko o obserwację czy rozpoznanie, ale o pełne wpięcie autonomii w wojskowy sposób prowadzenia działań.
Jeszcze ważniejsze jest to, jak szeroko Southcom opisuje zakres nowego dowództwa. SAWC ma używać systemów działających od dna morza po cyberprzestrzeń i przestrzeń kosmiczną, a w praktyce rozwijać i wdrażać drony powietrzne, nawodne i podwodne. To oznacza, iż mówimy nie o jednym typie uzbrojenia, ale o próbie zszycia całego pakietu autonomicznych narzędzi w jedną architekturę dowodzenia.
Southcom chce nimi polować nie na czołgi, ale na sieci przestępcze i kryzysy
Southcom nie jest dowództwem, które szykuje się do klasycznego starcia z armią równorzędnego przeciwnika. Region odpowiedzialności Southcom obejmuje Karaiby, Amerykę Środkową i Południową, a nowe dowództwo ma służyć przede wszystkim do działań przeciwko morskiemu przemytowi narkotyków, kartelom i sieciom określanym przez Amerykanów jako narco-terrorists. W zapowiedzi pojawia się też drugi filar: reagowanie na kryzysy humanitarne i katastrofy naturalne.
Wojsko USA nie buduje autonomii wyłącznie pod klasyczny, intensywny konflikt. Ono próbuje uczynić z niej narzędzie codziennego działania w trudnym regionie: do patrolu morskiego, przechwytywania jednostek, nadzoru nad przestrzenią, uderzeń, ale też misji ratunkowych i współpracy z partnerami. Nowe platformy mają wspierać m.in. zatrzymywanie i przechwytywanie celów.
Czy to oznacza, iż USA chcą zastąpić żołnierzy rojami maszyn?
Z wypowiedzi Southcom wynika raczej, iż chodzi o zwiększenie siły rażenia, świadomości sytuacyjnej i zasięgu działania istniejących sił, a nie o świat bez ludzi w mundurach. Rzecznik Southcom mówił redakcji DefenseScoop, iż nowe dowództwo ma zostać wdrożone etapowo, z zachowaniem integracji z już istniejącymi siłami i zgodnie z obowiązującą polityką. To brzmi bardziej jak rozbudowa ekosystemu walki niż jak wypychanie człowieka z pola decyzji.
Można więc powiedzieć tak: nie chodzi o to, by żołnierzy było mniej, tylko o więcej platform na jednego żołnierza i o to, by ten żołnierz widział dalej, reagował szybciej i mógł działać jednocześnie w kilku domenach. Tu autonomia ma być przede wszystkim mnożnikiem skuteczności.















