
Zostać czy wyjść, wrócić czy nie – RegioJet wyraźnie nie może się zdecydować ws. swojej obecności na polskim rynku. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie nowy dzień.
Taka niestałość w emocjach i zmienność uczuć byłaby ciekawą cechą romantycznego bohatera powieści, którym ciągle targają skrajne przekonania. Co rusz bierze do ręki kwiat, aby wyrywać liście, szukając odpowiedzi na niełatwe pytania: „kocha czy nie kocha, zostawić czy porzucić”. Głuchy na podpowiedzi rozumu, kierowałby się sercem, biorąc za pewnik sygnały rzekomo wysyłane przez los. Naiwny, ale uroczy, trzymalibyśmy za niego kciuki, chociaż jego zachowania mogłyby irytować i dziwić.
Kiedy jednak podobne zachowanie obserwuje się w przypadku przewoźnika, trudno o zrozumienie i sympatię.
RegioJet wjechał na polskie tory we wrześniu 2025 r. Plany były ambitne, ale gwałtownie pojawiły się problemy. Chociaż jeszcze tej wiosny nie brakowało szumnych deklaracji, to przed majówką dowiedzieliśmy się, iż Czesi rezygnują z krajowych połączeń po Polsce.
Czy to była dobra decyzja? Czy nie postąpiliśmy zbyt gwałtownie? A może trzeba było się jeszcze wstrzymać, dać sobie trochę czasu? Nie wiadomo, czy właśnie takie pytania zadawali sobie Czesi, ale łatwo wyobrazić sobie podobne sceny, skoro przed kilkoma dniami gruchnęła wiadomość, iż RegioJet… tak, jednak chce wrócić.
Potwierdzamy, iż w ramach prac nad opracowaniem rocznego rozkładu jazdy 2026/27 RegioJet złożył wnioski o przyznanie tras w relacjach krajowych – poinformowały PAP Polskie Linie Kolejowe.
RegioJet: wiecie co, w sumie to jednak nie chcemy
Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Być może dano sobie chwilę do namysłu i tym razem obrywanie kwiatów wskazało, iż powrót to nie jest rozsądna decyzja.
– Po dokładnej analizie sytuacji podjęliśmy decyzję o wycofaniu wniosków o przyznanie tras w krajowym transporcie kolejowym w Polsce w rozkładzie jazdy na lata 2026/2027. w tej chwili nie widzimy warunków do powrotu na polski rynek transportu krajowego – napisał w oświadczeniu przesłanym PAP rzecznik RegioJet Lukasz Kubat.
Nasze doświadczenia pokazały, iż warunki uczciwej konkurencji nie są tak skonstruowane, aby umożliwić nowym przewoźnikom prowadzenie działalności na równych zasadach. Oprócz komplikacji operacyjnych borykaliśmy się również z ograniczeniami w zakresie zaplecza, sprzedaży czy marketingu. Kwestie te przekazaliśmy odpowiednim instytucjom, a ich ocena przez cały czas trwa – wyjaśniono.
Brzmi to trochę… niepoważnie?
Nawet gdybyśmy założyli, iż RegioJet ma w swoich zarzutach rację, to przecież chyba nikt nie sądził, iż problemy, które Czesi zgłaszali, udałoby się wyeliminować w tak krótkim czasie. Na logikę: foch powinien trwać dłużej, jeżeli sprawa faktycznie jest poważna. Chęć powrotu zasugerowała, iż poszło o drobnostki, nie ma o co się dłużej gniewać, życie jest za krótkie na dąsy. A teraz znowu okazuje się, iż był to konflikt zbyt wielki, aby odpuścić, duma nie pozwala.
Pewnie od złożenia wniosków do otrzymania odpowiedzi i propozycji mija trochę czasu, więc wiele może się w tym czasie zmienić, ale rzecz w tym, iż kapryśność RegioJet nie powinna być już zaskoczeniem. Przypomnijmy: jeszcze w marcu przedstawiciele przewoźnika mówili o tym, iż chcą być pierwszym wyborem Polaków na trasie pomiędzy Warszawą a Poznaniem. Nie bali się pojedynku z Pendolino. I chwilę – dosłownie! – po tych odważnych deklaracjach na początku kwietnia Czesi ogłosili koniec krajowych tras po Polsce. Tak, RegioJet ma twarz pokerzysty, i to takiego konkretnego, bo kolejny ruch nigdy nie jest znany. Myślisz, iż powie „sprawdzam”, a tu nagle rzuca kartami i odchodzi od stołu.
Być może po prostu RegioJet nie był usatysfakcjonowany warunkami, ale i tak prezentuje się to co najmniej komicznie. Wychodzą, bo w Polsce jest źle, po czym chcą wrócić, ale… nie, jednak nie chcą. A może? Naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby lada moment pojawił się kolejny odcinek tej sagi. Nikt za sobą drzwi nie zatrzaskuje, tym bardziej iż w tym przypadku te są chyba obrotowe – można wejść i za chwilę równie łatwo wyjść.
I tak po ludzku to choćby rozumiem, sam dzielę włos na czworo, nie jestem pewny, rozmyślam się, chcę zrezygnować w ostatnim momencie. Konsekwencją moich decyzji i dziesięciominutowych sporów toczonych w głowie może być jednak co najwyżej to, iż do twarogu będzie jogurt, a nie kefir, zaś moje wahania nastroju meczą głównie mnie.
Od firm wymaga się czegoś innego. Choć i ta polityka ma swoje pozytywne aspekty: można ponarzekać, jak to w Polsce jest ciężko i nic nie da się zrobić, samemu stawiając się w roli tych, którzy by chcieli, ale cóż, świat jest przeciwko nim – nie mogą, bo kłody rzucane są im na tory.
Tyle iż da się, o czym świadczą inni zagraniczni przewoźnicy, którzy po polskich torach mimo wszystko jeżdżą. Może dlatego, iż postawili na konsekwencję, konkretny plan działania, a nie metodę w stylu: „jakoś to będzie, później się zobaczy”?
Zdjęcie główne: lumofoto / Shutterstock.com
















