Brytyjska marka Nothing, dowodzona przez Carla Peia, zdążyła nas już przyzwyczaić do tego, iż potrafi robić wokół swoich produktów niesamowity szum marketingowy, ale też dostarczać sprzęt, który po prostu wyróżnia się z tłumu. Charakterystyczny, przezroczysty design stał się ich wizytówką, którą pokochali tech-entuzjaści na całym świecie. Co jednak zrobić, gdy chcemy poczuć ten wyjątkowy klimat, ale nasz portfel mówi stanowcze „nie” flagowym modelom? Tutaj na scenę wchodzą najnowsze słuchawki Nothing Ear (3a), które miałam już okazję dla Was przetestować. Zapraszam zatem do ich recenzji.
Specyfikacja i cena
Nothing Ear (3a) trafiły do sprzedaży w Polsce w cenie 449 złotych, w czterech wersjach kolorystycznych – białej, czarnej, różowej i żółtej. Za te pieniądze otrzymujemy słuchawki z aktywną redukcją szumów (ANC), dźwiękiem Hi-Res (obsługa kodeku LDAC) oraz obsługą połączeń multipoint, zatem na papierze rysują się całkiem nieźle.
To oczywiście model dokanałowy, który ma pod pokładem 12-milimetrowe dynamiczne przetworniki. Jego pełną specyfikację znajdziecie poniżej.
Nothing Ear (3a) – specyfikacja techniczna:
Budowa i jakość wykonania
Jeśli kiedykolwiek mieliście w rękach produkty marki Nothing, doskonale wiecie, czego się spodziewać. Wizualna tożsamość firmy została tu zachowana w stu procentach i – co najważniejsze – mimo niższej ceny słuchawek, producent nie potraktował designu po macoszemu.
Zacznijmy od etui ładującego, bo to ono przeszło najbardziej widoczną zmianę w stosunku do droższych modeli. Zapomnijcie o dużym, kwadratowym pudełku. Pudełko Ear (3a) jest bardziej kompaktowe, zaoblone i przypomina spłaszczoną kapsułę. Większość wykonano oczywiście z przezroczystego tworzywa sztucznego, przez które dumnie przebija kolorowe wnętrze (w moim przypadku była to energetyczna, żółta wersja, która na żywo wygląda po prostu obłędnie!).
Plastik jest dobrej jakości, choć jako estetka muszę Was lojalnie ostrzec: błyszczące, transparentne tworzywo to prawdziwy magnes na rysy i odciski palców. Noszenie etui w kieszeni z kluczami gwałtownie odciśnie na nim swoje piętno. Sam zawias działa z przyjemnym, satysfakcjonującym kliknięciem, a silne magnesy dbają o to, by słuchawki nie wypadły z gniazd choćby podczas mocniejszego potrząsania. Na obudowie znajdziemy minimalistyczną diodę LED oraz port USB-C do ładowania.
Same pchełki to klasyka w wydaniu Nothing. Mamy tu charakterystyczne, przezroczyste patyczki, przez które możemy podziwiać precyzyjnie ułożone komponenty elektroniczne, mikrofony, a także charakterystyczny nadruk w formie kropek z nazwą modelu. Aby ułatwić nam życie, producent zachował genialne w swojej prostocie oznaczenia kanałów: prawa słuchawka ma czerwoną kropkę, a lewa białą. Dokładnie takie same oznaczenia znajdziemy wewnątrz etui, więc odłożenie ich na miejsce jest intuicyjne.
Konstrukcyjnie są to słuchawki niezwykle lekkie – jedna pchełka waży zaledwie 4,53 grama. W połączeniu z ergonomicznym kształtem i dobrze dobranymi silikonowymi gumkami (w zestawie dostajemy aż cztery rozmiary: XS, S, M i L), Ear (3a) dosłownie znikają w uszach. Nie ma mowy o nieprzyjemnym nacisku czy uczuciu rozpierania, dzięki czemu bez problemu można w nich spędzić kilka godzin bez przerw. Nie są to też najbardziej śliskie słuchawki na rynku, a podczas użytkowania nie zdarzyło mi się, by wypadły z uszu, ale w tym temacie dużo może zależeć od kształtu kanałów słuchowych i małżowiny.
Warto też wspomnieć o certyfikacie szczelności IP54. Oznacza to, iż słuchawki są odporne na pot oraz przypadkowe zachlapania. Deszcz podczas biegania czy intensywny trening na siłowni nie zrobią na nich większego wrażenia, co w tej półce cenowej jest bardzo miłym i potrzebnym standardem.
Parowanie i łączność
Nothing Ear (3a) obsługują Bluetooth 6.0, co póki co w temacie łączności jest rzadkością, zwłaszcza tym segmencie cenowym. Ta technologia ma gwarantować jeszcze lepszą stabilność sygnału, niższe opóźnienia i lepszą efektywność energetyczną. Jak sprawdza się w praktyce?
Proces parowania jest tu bardzo szybki, zwłaszcza jeżeli korzystacie z Androida. Słuchawki wspierają technologie Google Fast Pair dla Androida oraz Microsoft Swift Pair dla Windowsa. Wystarczy więc otworzyć wieczko etui w pobliżu telefonu, a na ekranie natychmiast pojawia się estetyczne okienko z grafiką przedstawiającą nasze Ear (3a) i zaproszeniem do połączenia. Użytkownicy iPhone’ów muszą co prawda przejść tradycyjną ścieżkę przez ustawienia Bluetooth lub dedykowaną aplikację, ale to wciąż kwestia zaledwie kilkunastu sekund.
To, co niesamowicie ułatwia codzienne życie z Ear (3a), to bezbłędnie działające połączenia wielopunktowe. Słuchawki możecie sparować na przykład ze telefonem i komputerem, a potem płynnie przechodzić między odtwarzaniem audio z każdego z nich, bez wchodzenia w jakiekolwiek ustawienia.
A jak wygląda kwestia stabilności sygnału? Na pewno możecie zostawić telefon w jednej części domu i przejść ze słuchawkami na jego drugi koniec bez wpływu na jakość dźwięku – oczywiście chyba iż mieszkacie w gigantycznej willi.
Dla mobilnych graczy i miłośników oglądania seriali na YouTubie czy Netfliksie kluczowa będzie też kwestia synchronizacji obrazu z dźwiękiem. W tej kwestii na pewno nie można narzekać. Słuchawki oferują bowiem tryb niskich opóźnień, ale przyznam, iż choćby bez włączania go nie czułam, by ruch ust aktorów w oglądanym serialu i wypowiadane kwestie rozjeżdżały się.
Aplikacja Nothing X
Centrum dowodzenia słuchawkami jest aplikacja Nothing X (dostępna zarówno na Androida, jak i iOS). I muszę to powiedzieć wprost: to w tej chwili jedna z najlepiej zaprojektowanych, najbardziej przejrzystych i po prostu najładniejszych aplikacji dla sprzętu audio na rynku, zwłaszcza iż na przestrzeni lat mocno ją poprawiono. Wizualnie idealnie koresponduje z filozofią marki – jest minimalistycznie, z charakterystycznymi fontami i grafikami, a przy tym bez zbędnego przeładowania. Z poziomu głównego ekranu mamy szybki podgląd stanu naładowania pchełek oraz etui, a także łatwy dostęp do zarządzania ANC.
Prawdziwa magia kryje się jednak w funkcjach, których próżno szukać u konkurencji – zwłaszcza w tej cenie. Nothing wyposażyło Ear (3a) w 32 MB wbudowanej pamięci flash (po 16 MB na słuchawkę), co pozwoliło na wdrożenie dwóch niesamowicie unikalnych rozwiązań.
Pierwszym z nich jest Audio Snapshot (Migawka Audio). To funkcja, którą producent określa mianem odpowiednika dla zrzutów ekranu. Słuchasz interesującego podcastu, wykładu albo piosenki i chcesz zachować dany moment? Wystarczy jednocześnie uszczypnąć obie słuchawki. Ear (3a) potrafią zapisać do 30 sekund dźwięku, który… odtworzył się choćby zanim wcisnąłeś przycisk, plus czas po wciśnięciu (maksymalnie do minuty nagrania). Haczyk jest jednak taki, iż tę funkcję możemy aktywować tylko wtedy, gdy nie korzystamy z kodeku LDAC. Przyznam też, iż krótka długość takich nagrań ogranicza praktyczność funkcji.
Słuchawki pozwalają też na nagrywanie rozmów (pamiętaj, iż polskie prawo dopuszcza nagrywanie rozmów, w których sam uczestniczysz). dzięki gestu na słuchawkach możesz nagrać trwające połączenie telefoniczne lub spotkanie na platformach takich jak Zoom czy Teams, bez konieczności dotykania telefona. W tym przypadku słuchawki potrafią zarejestrować choćby do dwóch godzin rozmowy, a to plus.
Co ważne, wszystkie te „dźwiękowe notatki” automatycznie synchronizują się z aplikacją Nothing X. Tam możemy je odsłuchać, edytować, przyspieszyć, a dzięki chmurowemu modelowi AI – wygenerować automatyczną transkrypcję tekstu oraz zwięzłe podsumowanie. W przypadku transkrypcji problematyczne bywa jednak rozpoznanie języka – u mnie AI pomyliła język koreański z chińskim, ale na szczęście z polskim i angielskim radziła sobie bardzo dobrze. Poza tym warto podkreślić, iż producent umożliwia korzystanie z funkcji transkrypcji „pro” za darmo tylko przez trzy miesiące.
Warto też zajrzeć do sekcji korektora. W modelach z serii „a” zwykle dostawaliśmy proste suwaki, tym razem jednak Nothing zaszalało i oddało w nasze ręce pełnoprawny, 8-pasmowy equalizer parametryczny. Możemy precyzyjnie dostroić brzmienie pod własne ucho, nazwać swój profil, a choćby udostępnić go znajomym dzięki wygenerowanego kodu QR. Jest też opcja importu kilku presetów stworzonych przez ekspertów.
Nothing Ear (3a) w codziennym użytkowaniu
Papierek i specyfikacja to jedno, ale jak te przezroczyste maluchy radzą sobie, gdy w grę wchodzi praktyka? Spędziłam z nimi wystarczająco dużo czasu, by poznać ich mocne i słabsze strony.
Zacznijmy od kwestii najważniejszej – brzmienia. Krótko: to jest rozrywkowe, dynamiczne i z niezłym kopem. 12-milimetrowe przetworniki robią świetną robotę. Fabryczne strojenie wyraźnie faworyzuje dół pasma. Bas jest mięsisty, głęboki, potrafi nisko zejść i ma świetną dynamikę. Co ważne, niskie tony nie zalewają bezlitośnie reszty pasma. Środkowe tony są czyste, dzięki czemu wokale brzmią naturalnie, a góra nie kłuje w uszy choćby przy wyższych poziomach głośności. Dodatkowo włączenie kodeku LDAC i odpalenie muzyki w wysokiej jakości zauważalnie poszerza scenę i pozwala wyłapać więcej smaczków w tle. jeżeli jednak dla kogoś basu będzie za dużo, z pomocą przychodzi wspomniany wcześniej zaawansowany equalizer.
Przejdźmy do aktywnej redukcji szumów (ANC). Producent deklaruje wyciszenie do 45 dB i to nie są puste obietnice. Ear (3a) bardzo dobrze radzą sobie z monotonnym, niskotonowym hałasem – szumem klimatyzacji, miejskim gwarem czy dudnieniem w pociągu. Odcinają nas od świata zewnętrznego na tyle skutecznie, iż można w pełni skupić się na ulubionej playliście. Oczywiście cudów nie ma, bo głośniejsze, nagłe dźwięki, klikanie klawiatury czy pisk opon wciąż delikatnie się przebiją, ale w kwocie do 450 zł nie można narzekać.
Na koniec warto pochwalić jakość połączeń telefonicznych. Po 3 mikrofony w każdej słuchawce wsparte algorytmami Clear Voice Technology radzą sobie nadzwyczaj dobrze. Moi rozmówcy słyszeli mnie głośno i wyraźnie, choćby gdy rozmawiałam, idąc wzdłuż ruchliwej ulicy. Słuchawki sprawnie odcinały hałas otoczenia, stawiając mój głos na pierwszym planie, bez efektu „mówienia z wnętrza słoika”.
Codzienną obsługę oparto na gestach uszczypnięcia na krawędziach pałąków. To genialne rozwiązanie, które eliminuje problem przypadkowych kliknięć, gdy poprawiamy słuchawkę w uchu (co jest zmorą paneli dotykowych). Reakcja na nacisk jest natychmiastowa i potwierdzana subtelnym, klikającym dźwiękiem w uchu.
Bateria
Czas pracy na jednym ładowaniu to w przypadku słuchawek True Wireless najważniejszy element, który potrafi zamienić świetny sprzęt w irytujący gadżet. Jak na tym polu wypadają Nothing Ear (3a)? Na papierze producent obiecuje do 6 godzin odtwarzania muzyki bez ANC oraz do 4,5 godziny z włączoną redukcją szumów.
Na szczęście w rzeczywistości czas pracy nie odbiega przesadnie od tego deklarowanego. Przy zbalansowanym użytkowaniu – głośności ustawionej na około 60-70%, z włączonym kodekiem AAC oraz stale włączonym trybem ANC – słuchawki rozładowywały się po około 4 godzinach i 15 minutach. Po włączeniu kodeku LDAC czas działania się jednak skrócił, do okolic 3,5 godziny. Nie są to wyniki rekordowe, bo na rynku znajdziemy zawodników, którzy bez ładowarki wytrzymają dłużej, jednak w codziennych realiach, np. podczas dojazdów do pracy czy intensywnego treningu, są to wartości w zupełności wystarczające.
Etui ładujące pozwala wydłużyć czas działania słuchawek łącznie do około 30 godzin bez ANC. Szkoda jednak, iż samego etui nie możemy ładować bezprzewodowo, a tylko za pośrednictwem złącza USB-C.
Podsumowanie
Nothing Ear (3a) to bez wątpienia jedne z najciekawszych i najbardziej bezkompromisowych słuchawek TWS, jakie możemy w tej chwili kupić w segmencie do 500 złotych. Brytyjskiej marce udała się sztuka niezwykle trudna – stworzyła produkt zauważalnie tańszy od swoich flagowców, który wcale nie sprawia wrażenia „uboższego krewnego”. Dostajemy tutaj kultowy, przyciągający wzrok design, rewelacyjną aplikację z potężnym korektorem oraz unikalne funkcje oparte na wbudowanej pamięci flash. Do tego dochodzi bardzo dobre, rozrywkowe brzmienie z obsługą LDAC, świetna stabilność łączności Bluetooth 6.0 oraz skuteczne ANC.
Oczywiście, aby utrzymać cenę na poziomie 449 złotych, producent musiał zdecydować się na pewne ustępstwa. Największym z nich jest brak ładowania bezprzewodowego oraz podatność przezroczystego etui na drobne zarysowania. Choć funkcja Migawki Audio brzmi intrygująco na papierze, to w codziennym rozrachunku okazuje się dość mało praktycznym bajerem przez swoje ograniczenia czasowe i kodekowe. Czas pracy na baterii również nie bije rekordów, choć w codziennym użytkowaniu rzadko kiedy będzie to realny problem. W ostatecznym rozrachunku plusy zdecydowanie przyćmiewają minusy. jeżeli szukacie nietuzinkowych, świetnie grających słuchawek z genialnym stosunkiem ceny do możliwości, Nothing Ear (3a) powinny znaleźć się wysoko na Waszej liście zakupowej.
Mocne strony:
- Nietuzinkowy, przezroczysty design i interesujące kolory do wyboru
- Bardzo dobre brzmienie
- Wsparcie dla kodeku LDAC
- Połączenia wielopunktowe
- Skuteczne ANC
- Funkcja nagrywania rozmów bezpośrednio z poziomu słuchawek
- Wygodna i funkcjonalna aplikacja Nothing X
- Komfortowa obsługa dzięki gestów uszczypnięcia
- Wysoka jakość połączeń telefonicznych
- Klasa szczelności IP54
Słabe strony:
- Brak wsparcia dla ładowania bezprzewodowego etui
- Etui łatwo zbiera rysy i odciski palców
- Mało praktyczna w codziennym użytkowaniu funkcja Migawka Audio (krótkie nagrania i brak działania przy aktywnym LDAC)
- Czas pracy na baterii z włączonym ANC i LDAC jest co najwyżej przeciętny
- Funkcja transkrypcji AI miewa problemy z bezbłędnym rozpoznawaniem niektórych języków, a jej wersja „pro” jest darmowa tylko przez 3 miesiące

7 godzin temu







