Weź historyczne wydarzenia, dodaj coś nietypowego i opraw wszystko w dobre wydanie. Oto przepis na dzieło popkultury, które nie może nie wypalić i tak właśnie postąpili twórcy odpowiedzialni za serię komiksów Wojny i smoki, która właśnie podbiła nasz rynek pierwszym zeszytem za sprawą wydawnictwa Egmont.
Wojny i smoki #04: Pearl Harbor
Czwarty tom w serii uświadomił mi jedno – ktoś tu wpadł na dobry pomysł, ale nie był w stanie opakować go w większą, ciekawą i przede wszystkim niepowtarzalną historię. Do tej pory komiksy z serii Wojny i smoki traktowałem ulgowo, licząc na to, iż właśnie przy czwartym komiksie ktoś zwróci na uwagę, iż wszystkie dotychczasowe historie są w dużej mierze kalką. Jest główny bohater, przydarza mu się coś złego, odkrywa swoją więź z gadem, zalicza kilka wpadek, a na koniec historii pokazuje klasę i “ratuje” tych dobrych.




W Wojny i smoki #04: Pearl Harbor ten ciąg jest ponownie zachowany i już od początku lektury niczym nie zaskakuje. Ot historyjka na jedną godzinę, która jest prosta, ale za to raczy nasze oczy ładnymi grafikami ze smokami w roli głównej. Na moment przyjmuje choćby charakter rodem z Pokemonów, kiedy poznajemy konkretne rodzaje smoków, ale kompletnie nie jest to potrzebne, a stanowi jedynie wypełniacz i tak krótkiej opowieści. Czy więc warto? Tylko i wyłącznie wtedy, kiedy “smoki oślepiają wasz zdrowy rozsądek”. Ma to wprawdzie wartość rozrywkową, ale bardzo, ale to bardzo prostą, a najgorsze jest to, iż wcale nie porusza czytelnika.
Wojny i smoki #03: Kongamato
Chociaż pierwsze dwa tomy serii sugerowały przeplatanie wielkoskalowych działań wojennych ze smokami, to trzeci tom serii Wojny i smoki zabiera czytelnika w zupełnie inną podróż. Ponownie nie mamy tutaj kontynuacji historii, a ot luźno związaną z wykreowanym uniwersum historyjkę, w której głównym motywem wspólnym są naturalnie smoki oraz ich więź z konkretnymi ludźmi. Tym jednak razem wojenne tło przybiera w tej historii zupełnie inną formę, bo taką, w której szeroka indoktrynacja niepełnoletnich i wykorzystywanie ludzi stoją na porządku dziennym.




Wojny i smoki. Kongamato. Tom 3 to ewidentnie nie opowieść z rodzaju tych standardowych, ale z drugiej strony porusza tam, gdzie seria do tej pory nie próbowała swoich sił. Jest na dodatek przyjemna dla oka i tradycyjnie nieco naiwna, jak przystało na typowe komiksy akcji, w których nigdy nie ma miejsca na odpowiednio pogłębioną narrację.
Wojny i smoki #02: Dywizjon Lafayette’a
Nadszedł czas, żeby pogrzebać marzenia fanów pierwszego komiksu tej serii (recenzja poniżej). Wielu prawdopodobnie da się “nabrać” na wspólny tytuł i sięgnie po drugi komiks z nadzieją na kontynuację historii z pierwszego tomu, ale tego nie znajdzie. Dywizjon Lafayette’a przedstawia (zgodnie z oczekiwaniem) zupełnie inną opowieść, choć ciągle ze smokami czającymi się gdzieś w tle. Tym razem mamy możliwość przyjrzenia się historii życia chłopaka, którego tragiczne dzieciństwo posuwa do obrania sobie konkretnego celu – zabicia najpotężniejszego smoka, o którym słyszał świat.



60 stron, świetne grafiki i opowieść zgodna z pierwszą częścią. W skrócie? Osadzenie historyczne w czasach drugiej wojny światowej, budowa narracji wokół potęgi smoków, a do tego obserwacja drogi początkującego pilota, który od samego początku pakuje się w problemy, aby finalnie zostać bohaterem. Sztampa? Jeszcze jak. Tyle tylko, iż to po prostu świetnie się spisuje i daje w nasze ręce zabawę na jakąś godzinę, a czego więcej oczekiwać od komiksu za trzy dyszki?
Wojny i smoki #01: Bitwa o Anglię to świetny wstęp do wielkiej historii
Samoloty wojskowe sprzed dekad, czasy pełne niepewności w każdym zakątku świata i… Hitler, który zmusił Francję do kapitulacji i skierował swoje wojska na Wielką Brytanię. Tak w uproszczeniu można opisać to, w jakim klimacie Nicolas Jarry umieścił swoją już 4-tomową serię komiksów, która do tej pory cieszyła oko głównie francuskich czytelników. Oto jednak trafiła do Polski w pełnym tłumaczeniu i zapowiada się na to, iż dokładnie to samo spotka trzy kolejne tomy, ale nie liczcie akurat na ciągłość fabuły między nimi.
Czytaj też: Wielki koniec przygód Skorpiona… ale czy na pewno? Recenzja komiksu Skorpion Tom 4

To oddzielne historie bawiące się rzeczywistością ubiegłego wieku, które skaczą po wielkich wydarzeniach oraz miejscach na świecie i łączą się tylko tym, iż na świecie istnieją fantastyczne stwory pokroju tytułowych smoków i… nie tylko, bo w morskich i oceanicznych głębinach również kryje się wielkie niebezpieczeństwo.
Czytaj też: Hulk maszyną, a nie zielonym stworem, czyli recenzja komiksu Hulk serii Marvel Fresh

Pierwszy tom tej serii jest krótkim, bo jedynie 64-stronnicowym dziełem w formacie 21,6 × 28,5 cm i twardej okładce, który świetnie wprowadza nas w podstawowe zasady, którymi rządzi się wykreowany świat. Możecie liczyć na świetne grafiki, niespecjalnie skomplikowaną fabułę, większość historii opowiedzianej z perspektywy bohaterki w formie monologu oraz oczywiście smoki. Latające gady, które zaprzęgnął do wojny zarówno Hitler, jak i Brytyjczycy.


Czytaj też: Fanserwis na całego, czyli dlaczego Złowieszcza wojna to wielki powrót do superbohaterskiej przeszłości
Specjalnej głębi w tym dziele wprawdzie nie znajdziecie… ale jak na akcyjniaka, który trzyma przez kilka chwil w napięciu i wykorzystuje ciekawie połączone archetypy, nie jest źle. Możecie liczyć w nim na kilkadziesiąt minut miłej zabawy w cenie poniżej 50 złotych, więc jeżeli samo połączenie was intryguje i chcecie dać szanse nowej serii, to nie macie się co zastanawiać – po prostu warto.















