Polski dron to hit. Amerykanie zaczynają testy

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Polski Tiguar M pojawił się na ćwiczeniach Balikatan 2026. Amerykańskie Zielone Berety sprawdzały go w akcji.

Polski dron pojawił się tam, gdzie przypadkowy sprzęt raczej nie trafia: u amerykańskich Zielonych Beretów, podczas dużych ćwiczeń na Filipinach, w samym środku wojskowej układanki Indo-Pacyfiku. Tiguar M, bezzałogowiec polskiej firmy uAvionics, był sprawdzany pod kątem łączności dalekiego zasięgu, czyli dokładnie tej zdolności, która w przyszłej wojnie może decydować o tym, kto widzi pierwszy i kto pierwszy podejmuje decyzję.

Balikatan to jedno z najważniejszych ćwiczeń USA i Filipin, prowadzone w regionie, który w amerykańskim planowaniu wojskowym ma dziś ogromne znaczenie. Indo-Pacyfik to wyspy, cieśniny, długie linie komunikacyjne, morze i setki kilometrów przestrzeni, której nie da się kontrolować z jednego punktu. jeżeli sprzęt ma tam sens, musi widzieć daleko, działać długo i nie wymagać wygodnego lotniska za plecami.

Zielone Berety nie biorą sprzętu z przypadku

Siły specjalne mają bardzo prosty stosunek do sprzętu: albo pomaga wykonać zadanie, albo odpada. Nie wystarczy efektowna specyfikacja, dobra prezentacja i obietnice producenta. Bezzałogowiec musi dać się przewieźć, gwałtownie złożyć, uruchomić w terenie, utrzymać łączność i wrócić z użytecznymi danymi. jeżeli jest zbyt ciężki, zbyt kapryśny albo wymaga zbyt rozbudowanego zaplecza, nie pasuje do ludzi, którzy działają daleko od wygodnej bazy.

Tiguar M mógł zwrócić uwagę Amerykanów m.in. właśnie dlatego. To większy niż mały dron plecakowy system, ale przez cały czas możliwy do łatwego przewiezienia i przygotowania w warunkach polowych. Producent deklaruje 4,1 m rozpiętości skrzydeł, maksymalną masę startową 25 kg i udźwig do 11 kg. To daje miejsce na głowicę optoelektroniczną, kamerę termowizyjną, łączność albo inny pakiet dobrany pod konkretną misję.

Dron ma latać ponad 20 godzin i osiągać zasięg do 1800 km. choćby jeżeli rzeczywiste wartości zależą od konfiguracji, pogody i profilu lotu, sama klasa tych parametrów mówi dużo. To bezzałogowiec do uporczywej obserwacji, czyli tego, czego armie potrzebują dziś najbardziej.

Te 2 minuty mogą zdecydować, czy dron w ogóle poleci

W przypadku Tiguara M interesująca jest nie tylko długotrwałość lotu, ale też to, jak gwałtownie można przejść od transportu do działania. Maszyna ma być rozkładana na główne moduły: kadłub, skrzydła i belki ogonowe ze statecznikami. Taki układ ułatwia przewóz w samochodzie, łodzi albo niewielkim punkcie wysuniętym, bez budowania wokół drona całego zaplecza.

Dla sił specjalnych ma to bardzo duże znaczenie. Zespół działający w terenie nie zawsze ma czas, miejsce i bezpieczeństwo, żeby przez kilkanaście minut składać sprzęt na otwartej przestrzeni. Im krótsze przygotowanie, tym mniejsze ryzyko wykrycia i tym szybciej można sprawdzić trasę, wybrzeże, drogę podejścia albo podejrzany obiekt.

Tiguar M może startować z wyrzutni, więc nie potrzebuje pasa startowego ani długiego, równego odcinka terenu. To szczególnie ważne na wyspach, w rejonach przybrzeżnych i w miejscach, gdzie infrastruktura jest ograniczona albo zniszczona. Dron, którego da się przewieźć w częściach, gwałtownie złożyć i wypuścić z prowizorycznego stanowiska, ma większą szansę faktycznie trafić na misję, a nie zostać w skrzyni jako sprzęt zbyt kłopotliwy do użycia.

Zobacz także:

Jeden występ na manewrach nie robi oczywiście z Tiguara M z miejsca hitu eksportowego, ale to, iż amerykańskie Zielone Berety testują polskiego drona akurat na Filipinach z całą pewnością coś znaczy. Dla firmy uAvionics może to być otwarcie furtki do naprawdę dużej gry. Tiguar M na papierze ma wszystko, czego trzeba: świetny zasięg, szybkie rozkładanie i zdolność lotu poza zasięgiem wzroku.

BuyboxFast
Idź do oryginalnego materiału