Są miejsca, które trafiają się przypadkiem i gwałtownie wypadają z pamięci. Piombino działa odwrotnie. Zostaje w głowie długo po powrocie, bo trudno znaleźć drugi region, w którym jazda kończy się dosłownie na plaży, a ścieżki mają w sobie tyle naturalności i charakteru, iż nie sposób ich pomylić z czymkolwiek innym.

Od wizji do traili
Historia tego miejsca nie zaczyna się od inwestycji ani planu marketingowego, tylko od wizji jednej osoby. Matteo Dondiero (powyżej) prawie 10 lat temu stanął w lesie nad morzem i zobaczył potencjał tam, gdzie inni widzieli tylko gęstą roślinność i zapomniane ścieżki.

Z czasem z tej wizji powstało Piombino MTB Area – sieć tras, która rozwijała się organicznie, bez odcinania się od terenu, bez nadmiernej ingerencji, za to z ogromnym wyczuciem tego, czym powinno być dobre MTB. Dziś wokół tego miejsca działa pełnoprawne centrum z przewodnikami, shuttle’em i zapleczem serwisowym, ale fundament pozostał ten sam: jazda ma tu smak przygody, a nie produktu.


Nieoficjalnym centrum rowerowym regionu jest jego Tuscany Bike (tuscany-bike.com/en/), na terenie hotelu sportowego Poggio all’Agnello – już stąd można dojechać rowerem do traili, jeżeli np. chcecie wypożyczyć rowery, a nie brać samolotem ich ze sobą.

Półwysep, który jest jak wyspa
Geografia robi tu ogromną część roboty. Promontorio di Piombino to pas wzgórz, który łączy miasto z zatoką i tworzy naturalny playground do jazdy. Wysokości nie są imponujące na papierze, ale w praktyce wystarczają, żeby zbudować intensywne, krótkie rundy z wyraźnym charakterem. Najpierw jedziesz w stronę Populonia, mijając kamienne mury i widoki na zatokę, a potem wjeżdżasz w teren, który zaczyna żyć własnym rytmem. Szutrowe grzbiety przechodzą w wąskie singletracki, las nagle się otwiera i przez moment widzisz morze, by za chwilę znów zniknąć między drzewami. To wszystko dzieje się płynnie, bez sztuczności, jakby te trasy były tu od zawsze.

Jazda: flow, kamień i morze na końcu
Same zjazdy są kwintesencją Piombino. Zaczynają się często niewinnie, od flow i przyjemnego rytmu, ale gwałtownie pokazują drugie oblicze. Pojawiają się kamienie, nierówności, sekcje wymagające skupienia, a momentami także świeżo ukształtowane elementy, które kuszą, żeby puścić hamulce. To jednak teren, który nagradza tych, którzy potrafią czytać linię i nie jadą na ślepo. Finał bywa spektakularny. Drzewa się rozstępują, między nimi przebija turkus, a chwilę później stoisz na małej, niemal dzikiej plaży. Zdejmujesz buty, wchodzisz do wody i przez moment wszystko zwalnia.


Podjazdy i sens e-MTB
Powrót na górę przypomina, iż to jednak nie pocztówka, tylko konkretna jazda. Podjazdy potrafią być techniczne i wymagające, dlatego Piombino naturalnie ciąży w stronę e-MTB. Nie dlatego, iż bez silnika się nie da, tylko dlatego, iż z nim możesz wyciągnąć z tego miejsca znacznie więcej w krótszym czasie. Charakter tras, ich układ i stosunkowo niewielkie, ale intensywne przewyższenia sprawiają, iż elektryk pozwala łączyć kolejne linie i budować pełniejsze doświadczenie. Zresztą typowa runda to około trzystu metrów przewyższenia i kilka długich zjazdów, które potrafią trwać dobre kilka minut .

Baratti – baza z klimatem
Bazą do tego wszystkiego jest zatoka Baratti, która ma w sobie klimat coraz trudniejszy do znalezienia we Włoszech. Zamiast hoteli i tłumów dostajesz małe campingi, zapach morza o poranku i wieczory, które kończą się przy dźwięku fal. Najlepiej odnajdują się tu ci, którzy podróżują vanem albo z namiotem dachowym, bo wtedy można naprawdę poczuć rytm tego miejsca. Świetnym punktem jest Podere Etrusco, gdzie wszystko jest proste, dobrze zorganizowane i blisko tego, co najważniejsze – czyli startu na trasy.

Byliśmy tu poza sezonem i chcieliśmy zsotać w cieniu drzew… rosnących tuż przy wodzie. Do ścieżek jest stąd zaledwie kilkaset metrów, a pętle kończą się w tym samym miejscu!

Kiedy jechać do Piombino?
Trzeba tylko dobrze wybrać moment przyjazdu. Latem Piombino staje się częścią wakacyjnej mapy Włochów i wtedy robi się tłoczno, a temperatury skutecznie zniechęcają do jazdy. Zupełnie inaczej wygląda to jesienią i wiosną, kiedy warunki są niemal idealne, a ruch turystyczny spada. choćby zimą zdarzają się dni, które bardziej przypominają późną wiosnę niż środek sezonu chłodów, choć trzeba liczyć się z tym, iż część infrastruktury gastronomicznej wtedy po prostu nie działa.

My, będąc na początku marca, wszystkie trasy mieliśmy praktycznie dla siebie! No, może też dla myśliwych, bo widzieliśmy ślady ich działalności.

Piombino + Massa Marittima = gotowy wyjazd
Największą siłą Piombino jest jednak to, jak dobrze łączy się z innymi miejscami. Zaledwie kilkadziesiąt minut jazdy dzieli je od Massa Marittima, które oferuje zupełnie inny styl jazdy. Dzięki temu jeden wyjazd może mieć dwa oblicza: nadmorskie, dzikie i surowe oraz bardziej klasyczne, dopracowane i znane, przynajmniej dla nas. jeżeli dorzucisz do tego noclegi w Sleep’n’Ride Massa Marittima, dostajesz zestaw, który trudno przebić pod względem różnorodności.

Miejsce, które zostaje
Piombino nie próbuje być najlepsze na świecie. I może właśnie dlatego jest tak dobre. Tu nic nie jest przerysowane ani podkręcone pod turystę. Wszystko ma swoje tempo, swój rytm i swoją historię. A kiedy raz wjedziesz na ścieżkę, który kończy się na plaży, zaczynasz rozumieć, iż są miejsca, które po prostu robią coś inaczej – i dokładnie o to w tym chodzi.

Mamy w planach, iż tu wrócimy, bo ten sam Matteo Dandiero stworzył dwa kolejne miejsca, mieszczące się dosłownie za miedzą – Piombino Back Country i Tuscany Coast Park. Toskania, rowery, słońce – magia działa!
Tekst: Grzegorz Radziwonowski, zdjęcia: Justyna Jarczok, Tuscany Bike
