Calpe to dziś stan umysłu. Dla jednych zimowe El Dorado europejskiego kolarstwa, dla innych miejsce, w którym kolarstwo dawno przegrało z apartamentowcami, ruchem samochodowym i turystycznym chaosem. I nie – nie zamierzam Calpe deprecjonować. Ono po prostu odpowiada na konkretne potrzeby. Tyle iż nie wszystkie.


Jeśli ktoś chce zimą jeździć na rowerze w miejscu, które powstało dla turysty, a nie dla mieszkańca- Calpe będzie idealne. Plaża, promenada, knajpy, nocne życie i widok Peñón de Ifach z każdego balkonu. Ale jeżeli ktoś przybywa tu po jeżdżenie, a nie po widoki zza szyby samochodu w drodze na Coll de Rates, to po kilku dniach zaczyna zadawać sobie pytanie: czy da się to zrobić lepiej?

Da się. I nazywa się to Pego.
Miasto, które nie udaje kurortu
Pego leży nieco na północ od Calpe. Na mapie – nic specjalnego. W praktyce: zupełnie inny świat. To nie jest miasto zbudowane w latach 70. pod zagranicznych emerytów. To miejsce z historią, fiestami, lokalnym rytmem życia i autentyczną, nienachalną hiszpańskością.


Robert, gospodarz tego miejsca, mówi to wprost:
„Calpe odpowiada na potrzeby ludzi, którzy chcą być w kurorcie. Plaża, knajpy, życie nocne – to wszystko jest super. Ale jeżeli ktoś przyjeżdża tu głównie po rower, to ten wyjazd z samego Calpe w stronę gór jest po prostu mało bezpieczny i mało wygodny.”
I to jest dokładnie to, co czuje każdy, kto choć raz próbował wyjechać z Calpe w godzinach porannych: ronda, ruch, wąskie drogi, autobusy, samochody, nerwy. Zanim dotrzesz do sensownej jazdy, mija 30–40 minut. choćby jeżeli najfajniejszy podjazd, czule zwany Benisską, jest przyjemny.


W Pego tego problemu nie ma.
„My wybraliśmy Pego, dlatego iż mamy tutaj góry na wyciągnięcie ręki. Z Pego masz osiem różnych tras w każdą stronę świata”– mówi Robert.
I to nie jest marketingowa figura retoryczna. Z jednego punktu startowego masz do wyboru kierunki na południe, północ, wschód i zachód. Doliny, których nie eksplorują kolarze mieszkający w Calpe, bo „to już za daleko”. Podjazdy, które są równie piękne jak kultowe klasyki, a często po prostu ciekawsze.

Sprawdziłem obydwa i dla mnie podjazd pod Vall d’Ebo jest bardziej satysfakcjonujący niż Coll de Rates. Nie dlatego, iż jest trudniejszy. Może to kwestia ilości ludzi? Jedziesz przez miejsca, które żyją – drogi, które nie zostały jeszcze przeżute przez Stravę na wszystkie możliwe sposoby.
A Miserat? W okolicy Pego takich dróg jest więcej.
„Te wszystkie dodatkowe rzeczy, jak Miserat, który w tym roku ma być podjeżdżany w Vuelcie, czy przepiękna dolina Gallinery, gdzie są sady czereśni – to jest coś, czego w okolicach Calpe po prostu nie ma” – dodaje Robert.


Pego.cc – baza, a nie hotel
Pego.cc nie powstało jako biznes. I to czuć od pierwszych pięciu minut rozmowy. Usiedliśmy z Robertem, i jego prawą ręką Kamilem dosłownie ostatniego dnia przed wyjazdem, wcześniej zwyczajnie… chłonęliśmy atmosferę miejsca i okolicy, na rowerze i poza nim.


To nie jest resort, nie jest komercyjny „bike hotel” z katalogu i nie jest obóz treningowy sprzedawany na akord. To baza rezydencka, tworzona przez ludzi, którzy tu mieszkają, jeżdżą i znają region od podszewki.
Centrum operacyjne mieści się w kamienicy w samym sercu miasta. Na dole – garaż, serwis, rowerownia. Miejsce, gdzie rower można nie tylko bezpiecznie postawić, ale też rozebrać, złożyć, umyć i naprawić. Na górze – taras. Taki prawdziwy, nie „eventowy”.
„W samej naszej bazie mamy 16 miejsc noclegowych. Dziesięć pokoi, pięć pięter. Na dole rowerownia i serwis, na górze taras. To jest dom, a nie hotel”– mówi Robert.


Do tego kooperacja z pobliskim hotelem, który pozwala obsłużyć większe grupy – bez zmiany charakteru całego przedsięwzięcia.
To ważne: Pego.cc nie skaluje się kosztem klimatu. Za moment obok powstanie też mały sklep z „przydasiami” i miejscem do gotowania dla tych, którzy wybiorą hotel. Bo tak będzie wygodniej.


Bezpieczeństwo, które zaczyna się przed wyjazdem
To, co najbardziej odróżnia Pego.cc od klasycznych wyjazdów „zrób to sam”, to opieka. I nie chodzi o hasła.
Jeśli jedziesz w trasę, ktoś wie, dokąd jedziesz. Pomoc w doborze tras to standard. Ale dalej jest ważniej: kontakt, dostępność 24/7, wsparcie logistyczne, a w razie potrzeby – szybka reakcja.


„Jesteśmy dostępni praktycznie 24 godziny na dobę. jeżeli coś się stanie na trasie – wypadek, awaria sprzętu, podejrzenie urazu – to nie czekamy na karetkę. Działamy”– tłumaczy Robert.
W zespole jest ratownik medyczny. Jest serwisant. Jest doświadczenie z lokalnymi procedurami szpitalnymi.
„Zdarza nam się w okresie bywać w pobliskim szpitalu. Znamy już procedury. Wiemy, co robić. Czasami decydują minuty.”

I nie – nikt nie chce z tego korzystać. Największą wartością jest to, iż możesz, ale nie musisz. Brzmi jak opis z folderu reklamowego? Na pewno. My tej pomocy nie potrzebowaliśmy, ale byliśmy świadkami, jak Kamil wyjeżdżał po koleżankę, która uszkodziła bloki w butach.
I tak, można też samemu – Justyna po złapaniu drugiej kichy tego dnia ostatnie 8 km jechała na przednim kole, nie chcąc uszkodzić wypożyczonego roweru.


Rower nie jest problemem
Możesz przyjechać ze swoim rowerem. Możesz go rozłożyć i złożyć na miejscu – z pomocą, jeżeli trzeba. Możesz go oddać do serwisu. Możesz go wypożyczyć.
Flota to nie przypadkowe maszyny:
„Mamy teraz 15 nowych Orbei na elektronicznym 105. Część na karbonowych kołach, część na aluminiowych. Do tego trzy elektryczne szosy BH, trzy Gianty, dwa e-MTB, rowery miejskie, hulajnogi, auta”– wylicza Kamil.
Wszystko po to, żeby rower był narzędziem, a nie problemem logistycznym.


Trening, regeneracja, normalne życie
Kilometr od bazy – miejski basen: 25 metrów, sauna, siłownia, sala do spinningu. Trzy euro. Chciałbym, by ta suma wybrzmiała – bo aż spytalem, czy się nie przesłyszalem.
„Basen kryty, 25 metrów. Trzy euro. Bez limitu czasu. To jest wartość dodana, której w Calpe nie ma”– mówi Robert.
Jest stadion lekkoatletyczny. Są płaskie odcinki do treningów strukturalnych – coś, czego w Calpe po prostu nie ma. Nic dziwnego, iż regularnie pojawiają się tu zawodowe grupy.
Do tego fizjoterapia na miejscu. Masaże. Realna regeneracja, nie tylko „rest day”.


Jedzenie po kolarsku, nie instagramowo
Śniadania są takie, jakie powinny być: jajka, owsianka, dodatki, warzywa, pieczywo, które nie udaje lokalnego, tylko spełnia funkcję.
„To jest pierwszy posiłek dla kolarza. Ma być energetyczny i sensowny, nie ładny na zdjęciu.”
Dalej – opcja gotowania samemu albo gotowych boxów obiadowych.
„Nie każdy chce albo potrafi gotować po czterech godzinach w górach. Dlatego robimy boxy z normalnym jedzeniem: makarony, ryże, dodatki. Podgrzewasz i jesz.”

Sezon trwa dłużej, niż myślisz
Luty, marzec, kwiecień – oczywiste. Ale maj to miesiąc niedoceniany. Długie dni, stabilna pogoda, przyroda w pełnym rozkwicie.
Jesień?
„Druga połowa października i listopad to jest tutaj genialny czas. Morze pozostało ciepłe, nie ma upałów, jest spokojnie.”
Latem? To już inna historia. Da się, ale trzeba wiedzieć po co. I jeszcze coś – tu można przyjechać także z kimś, kto jeździ mniej albo wcale. Da się zrobić rodzinne wakacje, niekoniecznie w wakacyjnch terminach.


Dlaczego to działa?
Bo Pego.cc nie powstało „pod rynek”. Powstało z potrzeby. Robert podkreśla, iż cena za pobyt została skalkulowana tak, by pokryć koszty jego prowadzenia.
„To jest nasze hobby. Robimy to z pasji. Ja musiałem kupić tę kamienicę, zaadaptować ją, wyposażyć. To nie jest projekt komercyjny.”
I właśnie dlatego działa. Ile to kosztuje? Przykładowo apartament 6-osobowy od 7 nocy 140 Euro za dzień – czyli 7 noclegów kosztuje w tym momencie niecałe 700 zł dla jednej osoby.
Pełen cennik znajdziecie na pego.cc/oferta-dla-klientow-indywidualnych
To nie jest Calpe.
I bardzo dobrze.
Tekst: Grzegorz Radziwonowski, zdjęcia: Justyna Jarczok, Maciej Karbowniczak
Zobacz także
