
Prosty telefon bez aplikacji i 5G wciąż ma sens w czasach drogich flagowców. Co dokładnie dostaniesz za równowartość obiadu w restauracji?
Każdej jesieni branża powtarza ten sam mechaniczny schemat. Oglądamy wielkie konferencje, analizujemy setki porównań fotograficznych, zachwycamy się teleobiektywami z matrycami wielkości paznokcia i ekranami wypalającymi oczy jasnością w pełnym słońcu. Płacimy po kilkanaście tysięcy złotych za iPhone’a, flagowego Samsunga czy napakowane foto-możliwościami Oppo.
Równolegle obok tego wyścigu zbrojeń żyje cichy segment urządzeń, które z technologicznym blichtrem nie mają nic wspólnego. Zwykłe, plastikowe telefony z fizyczną klawiaturą numeryczną, prostymi ekranami i baterią, o której ładowaniu przypominasz sobie raz na dwa tygodnie. Sprzęt projektowany wyłącznie po to, by odebrać połączenie, odpisać na krótkiego SMS-a i bez szwanku przetrwać upadek z drabiny prosto na warsztatowy żwir.
Nokia 3310 to hit. Najpopularniejszy telefon na rynku?

Najświeższym dowodem na ten stan rzeczy jest niedawna wrzutka z serwisu Pepper, gdzie jednym z najgorętszych tematów tygodnia stała się współczesna odsłona Nokii 3310 (z 2017 r.). Jeden z użytkowników wrzucił ofertę z Amazon.pl, a wskaźnik temperatury dyskusji błyskawicznie przebił pułap jednej z najgorętszych ofert dnia.
W chwili, gdy tuż obok wiszą promocje na telefony przecenione z pięciu na cztery tysiące złotych, setki kupujących rzuciły się na kawałek ciemnoniebieskiego plastiku wyceniony na równe 141 zł.
blok: „buybox-fast”
W tej cenie kurier przywozi urządzenie wyposażone w kolorowy wyświetlacz o przekątnej 2,4 cala i skromnej rozdzielczości 240 × 320, symboliczny aparat 2 MP z diodą doświetlającą oraz wymienną baterię o pojemności 1200 mAh.
Konstrukcja waży tyle, co nic, leży w palcach wyjątkowo pewnie dzięki matowej fakturze tworzywa, a zamiast kapryśnych profili szybkiego ładowania oferuje poczciwe gniazdo słuchawkowe minijack.
Sieci 2G, gasnące maszty i brak słownika T9

Czy to sprzęt idealny? Nie. Brak obsługi technologii VoLTE oraz współczesnych pasm LTE czyni z tego urządzenia ryzykowny zakup pod kątem samych rozmów, szczególnie w obliczu planów stopniowego wygaszania starszych nadajników przez krajowych operatorów telekomunikacyjnych. Bo to tylko wersja z 2017 r. z obsługą 2G.
Widzę jeszcze inny spory minus, bo sporym rozczarowaniem jest brak polskiego słownika T9. Czy to odcinanie kuponów od duńskiego młotka? Trochę tak, ale i tak jest wytrzymalszy od czegokolwiek, co zostało wydane w ostatnich latach, minus produkty polskiej firmy Hammer.
Mimo tych technicznych mankamentów i sporów o zasięg na prowincji, licznik zamówień bił rekordy. Sentyment do kultowego logotypu zadziałał bezbłędnie, a perspektywa zakupu w pełni działającego telefonu za ułamek ceny słuchawek bezprzewodowych zamknęła spory o opłacalność.
Nokia 3310 – kto to kupuje?

Nikt rozsądny nie kupuje dzisiaj klawiszowej Nokii z zamiarem zastąpienia nowoczesnego telefona w codziennej pracy, obsłudze bankowości czy nawigacji miejskiej.
To sprzęt czysto zadaniowy, kupowany jako żelazna rezerwa do samochodowego schowka, do skrzynki z narzędziami na budowę, do brudnego warsztatu albo na działkę, gdzie szkoda targać ze sobą sprzęt wart kilka średnich pensji. Wrzucasz taki klocek do kieszeni roboczych spodni razem ze śrubami i nie zaprzątasz sobie głowy rysami na obudowie.
Dla coraz większej grupy odbiorców taki telefon staje się też skuteczną, mechaniczną barierą przed ciągłym szumem powiadomień. Wyjeżdżając na weekend za miasto, przekładasz kartę SIM do Nokii, podajesz numer trzem najbliższym osobom i odcinasz maile, komunikatory oraz nieskończone rolki w mediach społecznościowych.
Klawisze odpowiadają twardym, satysfakcjonującym klikiem, obudowa nie pęka od rzucenia na drewniany stół, a w razie nagłego ataku nudy na małym ekranie zawsze czeka poczciwy Wąż.
Czego mi brakuje? Jednej rzeczy

Patrząc na ten format, widzę w nim ogromny potencjał, który producent niestety zmarnował przez brak odważniejszej specyfikacji. W dokładnie tej konstrukcji sprzed lat (wszak ten model nie jest najnowszy) brakuje mi tylko jednego konkretnego elementu: nowoczesnego modemu 4G z funkcją prostego hotspota Wi-Fi, aktywowanego jednym fizycznym przełącznikiem na obudowie. Bez zmieniania tej genialnej, 141-złotowej ceny.
Gdyby ten lekki plastik potrafił bez problemu udostępnić stabilny internet, w trasę zabierałbym wyłącznie tę słuchawkę oraz iPada mini. Telefon brałby na siebie połączenia głosowe i rzucał sygnał sieciowy w tle, a całą resztę spraw, czytanie artykułów czy odpisywanie na wiadomości załatwiałbym na małym tablecie dokładnie wtedy, gdy sam mam na to ochotę.








