Największy turniej w historii. Takiego przepychu chciałbym codziennie

konto.spidersweb.pl 2 godzin temu

Mistrzostwa Świata, które właśnie się rozpoczęły, od dawna krytykowane były za swoją poszerzoną formułę i zbyt dużą liczbę drużyn. Czyli idealna impreza w czasach przesytu.

W swoim felietonie z okazji rozpoczęcia mundialu Michał Okoński na łamach „Tygodnika Powszechnego” przywołał wypowiedź Jerzego Pilcha, który w rozmowie z „Rzeczpospolitą” wyznał, iż nie widział drugiej połowy Honduras–Ekwador i z tego powodu sobą gardził. Nie znałem tego cytatu, a z miejsca stał mi się bliski, bo i ja doświadczałem tego poczucia rozczarowania, iż jednak pęknąłem i odpadłem tak szybko.

Odkąd pamiętam, przy okazji każdej dużej imprezy piłkarskiej obiecywałem sobie, iż postaram się obejrzeć wszystko. Nie możliwie jak najwięcej, nie tyle, ile się da – wszystko. Owszem, od samego początku było jasne, iż polegnę, wszak w końcu przychodzi moment, kiedy mecze rozgrywane są o tej samej porze. Mimo świadomości nieuchronnej klęski wierzyłem, iż oszukam przeznaczenie i za każdym razem – bogatszy w doświadczenia, niby starszy i mądrzejszy – próbowałem przekonywać sam siebie, iż są jeszcze powtórki, więc licznik zaliczonych spotkań nie musi się zatrzymać.

W chwili, gdy porażka przychodziła odebrać co swoje – często dużo wcześniej niż przed decydującą fazą, która miała mnie pogrążyć – cały mój zapał gasł i przestawało mi zależeć. Nie miało znaczenia, czy obejrzę 78 proc. meczów w turnieju czy tylko połowę. Taka moja natura, iż jeżeli wypadnę z rytmu, odpuszczam. Później więc pozwalałem sobie na dyspensę i zdarzało mi się machać ręką choćby istotne mecze np. ćwierćfinału. I to tylko dlatego, iż raz mi się nie udało. Chociaż byłem pokonany w nierównym starciu, starciu, którego nie dało się wygrać, to uważałem, iż zabawa przestaje mieć sens.

Ale tak – dla tej próby, chwilowej wiary w to, iż teraz będzie inaczej, rywalizacja i tak była nęcąca.

W przypadku trwających już Mistrzostw Świata 2026 choćby nie miałem zamiaru podnosić rzuconej przez turniej rękawicy. Przegrałem jeszcze na długo nim rozlosowano grupy, ustalono terminarz. Jasnym było, iż ze względu na rozszerzenie mundialu z 32 drużyn na 48 ekip zobaczenie wszystkiego będzie ponad moje siły. Nie umiem sobie wyobrazić, iż chcę obejrzeć wszystko, a co dopiero podjąć się tego wyzwania. Nawet, gdybym mógł nie robić nic innego, gdyby zwolniono mnie z wszelkich obowiązków, i tak potrzebowałbym odpoczynku, wytchnienia.

Od kiedy było jasne, iż na mistrzostwach zagra tyle reprezentacji, sportowi dziennikarze nie zostawiali suchej nitki na FIFIE. Mówili, iż to absurd i odbieranie prestiżu imprezie. A wszystko to podyktowane było chciwością, próbą wejścia na nowe rynki. Tak właśnie tłumaczono politykę piłkarskiej organizacji. W końcu jeżeli turniej szczególnie rozpala głowy w 32 państwach, sprzedają się telewizory, lodówki chłodzące napoje, same trunki, czipsy i inne akcesoria, a do tego rzecz jasna prawa telewizyjne, to jeżeli tylko zaprosi się kolejne państwa do zabawy, zysk będzie większy. Inaczej ogląda się turniej jako obserwator, który musi się zmusić, żeby znaleźć kogoś, kogo może obdarzyć sierocymi uczuciami, a inaczej jako uczestnik, który wie, dla kogo jego serce bije.

A co z elitarnością, prestiżem – pytali rozczarowani kibice. Kasa, misiu, kasa, odpowiadał im futbolowy klasyk.

O tym, iż na turniej nie jest jednak wcale dostać się tak łatwo, wiemy doskonale, bo na nim nie gramy. Podobnie jak i Włosi. Można się więc zastanawiać, czy rzeczywiście o kasę tu chodzi. Zabrzmi to być może trochę nieelegancko, ale mam wrażenie, iż Robert Lewandowski sprzedałby ten turniej bardziej niż zrobi to np. reprezentant Curaçao, Haiti czy Jordanii. Jest bardziej rozpoznawalny, podobnie jak zawodnicy z Włoch, którzy mundial oglądają jak ja i wy – w telewizji. To właśnie oni pozwoliliby wycisnąć z tej cytryny więcej, więc w interesie FIFA powinno być, by to teoretycznie najlepsi i najbardziej znani non stop grali ze sobą, jak ma to miejsce coraz częściej we współczesnym sporcie. Należałoby więc robić wszystko, aby jak nie przez baraże, to przez dziką kartę, repasaże repasaży i inne cuda wpuszczać tych, którym noga się powinęła. I niby trochę tak jest, ale też bez przesady, o czym boleśnie się przekonaliśmy.

Nie chcę bronić FIFY, bo to organizacja zła do szpiku kości, czego tegoroczny mundial jest niestety kolejnym przykładem. Eksperci opisujący mistrzostwa zauważali, iż wcześniej to właśnie światowa piłkarska organizacja rozdawała karty, a organizatorzy uchylali jej nieba, by ogrzać się w blasku ważnego wydarzenia i ocieplić swój wizerunek. Stany Zjednoczone zdają się mieć to w nosie, a FIFA gra tak, jak Trump każe. Przykładem jest niewpuszczenie sędziego z Somalii, mimo iż ten posiadał wizę i paszport dyplomatyczny.

Zarzutów pod adresem mundialu jest więcej, ale akurat decyzja o tym, by wpuścić więcej reprezentacji bardzo mi się podoba. Owszem, z chęcią zobaczę mecze Brazylii, Argentyny, Niemiec, Francji i Portugalii, ale interesujący jestem, jak spiszą się reprezentacje, o których nie mam zielonego pojęcia, bo ich zawodnicy nie grają w naszej rodzimej Ekstraklasie. Trzymałem kciuki za Meksyk, ale kiedy zobaczyłem skład RPA i zdałem sobie sprawę, iż nie znam żadnego z zawodników, po cichu liczyłem, iż może sprawią niespodziankę i zaskoczą takich niedzielnych kibiców jak ja. Już żałuję, iż odpuszczę takie mecze jak Ghana – Panama, Ekwador – Curaçao czy Jordania – Algieria. To przecież właśnie sól takich imprez, które nie realizowane są co roku. Nagle oglądasz zawodników, o których nigdy nie słyszałeś, albo pasjonujesz się dyscyplinami, których zasad nie znasz, bo i skąd, skoro to twoje pierwsze pięć minut z tym sportem, jak ma to miejsce na igrzyskach.

Przepych mundialu, rozciągnięcie go do coraz większych rozmiarów, od dawna było powodem do krytyki i pretensji. Ale przecież w dzisiejszych czasach inaczej być nie może.

Co więcej, jakby się uprzeć, to mimo wszystko prędzej zobaczy się wszystkie mecze mundialu – część z odtworzenia – niż nadrobi się wszystkie nowości na platformach streamingowych tylko z tego kończącego się tygodnia. Będzie to również łatwiejsze niż zapoznanie się z wszystkimi płytami, które wypuszczone zostały w marcu, z książkami, grami, podcastami czy pewnie choćby omówieniami tych meczów, których nie jesteśmy w stanie obejrzeć.

Już w średniowieczu – ale pewnie i dużo wcześniej – narzekano na to, iż wszystkiego jest za dużo i niepotrzebnie wydaje się aż tak wiele tytułów. Tamci krytycy przepychu nie znali jednak sekcji „ostatnio dodane” na platformach streamingowych, więc to mamy prawo być zmęczeni natłokiem w zasadzie wszystkiego.

I do tego ten gargantuiczny mundial, jak wzdycha wielu.

Ale właśnie z tej perspektywy powiększenie mistrzostw z 32 na 48 drużyn nie jest aż tak wielkim przegięciem. Tym bardziej iż impreza odbywa się raz na jakiś czas. Wyobraźmy sobie, iż duża platforma streamingowa ogłasza, iż w danym miesiącu puszczane będą nie wszystkie filmy, do których prawa ma właściciel serwisu, a jedynie treści z wybranych państw. Trudno, nie załapie się włoski reżyser ani polski zdobywca Oscara, za to będziemy mogli obejrzeć reklamy przygotowane przez perspektywicznego twórcę z Paragwaju. Podejrzewam, iż mogłoby to być całkiem odświeżające i ciekawe. Może w końcu poczulibyśmy coś na kształt ulgi, jakbyśmy znaleźli mapę i wiedzieli, jak się poruszać.

Zdaję sobie sprawę, iż próba obrony pod tytułem „no tak, ale oni robią znacznie gorzej” może nie brzmieć zbyt przekonująco, ale po prostu mam wrażenie, iż akurat mundialowy przepych jest z gatunku tych… najskromniejszych. Sam wiem jak to brzmi. W dobie odgrzewanych kotletów, treści tworzonych na jedno kopyto, remake’ami remake’ów, powrotów, choć od premiery nie minęło choćby pięć lat, choćby 48-drużynowe mistrzostwa świata paradoksalnie wydają się być nie z tej epoki. Choć przecież wydają się być zaprzeczeniem tego, co dobrze nam znane.

Niby współczesne, z tymi wszystkimi nowinkami i innymi przekleństwami codzienności, ale jednocześnie inne niż wszystko, z czym mamy do czynienia na co dzień. Z Haiti, Curaçao, Uzbekistanem i Republiką Zielonego Przylądka. Z czymś nowym, zaskakującym, bo nieznanym. Takiego przepychu życzyłbym sobie na co dzień: odkrywczego, zapraszającego (i nie mam tu na myśli postawy władz Stanów Zjednoczonych), świeżego.

Rozumiem jednak, skąd biorą się głosy, iż to za dużo, iż niepotrzebnie, iż nie da się tego wszystkiego skonsumować

Nie wiem tylko, czy nie jest to strzelanie na oślep, obwinianie niewłaściwego odpowiedzialnego. FIFA poniekąd dostosowała się do nowych czasów, iż wszystkiego ma być (za) dużo, iż trzeba otwierać się na kolejne rynki, rozszerzać swoją działalność, sprzedawać więcej i więcej, a jednocześnie ciągle, pewnie bardziej nie chcąc niż chcąc, nie przekracza granicy. Bo mogę sobie wyobrazić, iż dla niektórych wielka impreza rozgrywająca się co dwa lata, a nie cztery, jest wizją wielce kuszącą.

Spójrzmy tylko, co dzieje się z platformami streamingowymi. Już pojawia się nowe tłumaczenie dla piractwa – platform i samych treści jest tak dużo, iż nie da się mieć wszystkiego. Dawniej po nielegalne źródła korzystano z powodu braku alternatyw, teraz do sięgnięcia po zakazany owoc zachęca obfitość wyboru. Dla mnie to mimo wszystko dęte usprawiedliwienie, bo wcale nie trzeba oglądać wszystkiego, ale jest to jakiś symbol zagubienia, nierozpoznania, co, gdzie, jak, kiedy i na jak długo. Wiemy, iż się nie da, ale próbujemy, na siłę, wbrew wszystkiemu. I kiedy portfel mówi „dość”, i tak szuka się innych sposobów. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie usprawiedliwiam piractwa – po prostu staram się zrozumieć motywację.

Sam już dłuższy czas zastanawiam się, czy moje odejście od bycia na bieżąco w przypadku nowych albumów to właśnie nie efekt tego rozpieszczenia. Jest tyle rzeczy, wszystko kusi, uśmiecha, więc już po prostu nie mam siły tego gonić. I tak nie posłucham wszystkiego, czego bym chciał. Może to kiepska wymówka, a może coś w tym jest.

Zresztą choćby z punktu widzenia kibica mundial jest do ogarnięcia. Porównajcie sobie tylko zwykły weekend przed telewizorem, gdzie od rana do wieczora ktoś gra. Jak nie polska liga, to angielska, hiszpańska i włoska. Na wiele spotkań wypadałoby rzucić okiem – tu strzela Lewandowski, tam błyszczy Zieliński, w Porto rozkręca się Pietuszewski. Próbując poświęcać czas tylko na jeden klub i tak musimy liczyć się z tym, iż dojdą puchary, konferencje, relacje z treningów itd.

Owszem, na mundialu też to wszystko jest, ale w innej formie, bo dostajemy coś nowego, unikatowego. Przepych, przesyt, nadmiar? Niby tak, bo inaczej się dziś nie da, ale jednak na nieco innych zasadach.

I chociaż jestem wychowany na mundialach z 32 drużynami to nie zawsze była to tak liczna, gościnna impreza. Podobnie jak Mistrzostwa Europy. Mimo to rozciąganie trwa na tyle długo, iż jeszcze da się to objąć rozumem, z czym jest problem w przypadku wszystkich innych treści wypadających zewsząd.

Zdjęcie główne: Freer / Shutterstock.com

Idź do oryginalnego materiału