Największy elektryczny samolot zaliczył niebo. Lot kosztował mniej niż pizza

4 godzin temu

Największy na świecie w pełni elektryczny samolot wzbił się w powietrze. Gigantyczna konstrukcja Heart Aerospace X1 spędziła na niebie niecałe pół godziny. Maszyna wystartowała z bazy testowej na międzynarodowym lotnisku Plattsburgh w stanie Nowy Jork i bez problemu osiągnęła pułap 1100 stóp. Co najciekawsze, koszt zużytej przez nią energii elektrycznej wyniósł zaledwie kilka dolarów.

Największy samolot napędzany prądem zdał test

Żeby uświadomić Wam, z czym w ogóle mamy do czynienia: to nie jest kolejna dronopodobna zabawka dla fanatyków technologii, w której zmieści się co najwyżej dorosły facet i jego plecak. Mówimy o gigancie mającym 32 metry rozpiętości skrzydeł, długim na 23 metry i ważącym na starcie ponad 11 ton.

Żeby ruszyć taką masę z pasa, pod skrzydła samolotu wpakowano cztery silniki elektryczne generujące łącznie ponad megawat mocy. Podczas swojego 27-minutowego debiutu maszyna zrobiła wszystko, co do niej należało – od kołowania, przez start i zakręty na wysokości 335 metrów, aż po gładkie przyziemienie. Wszystko na podstawie specjalnego certyfikatu eksperymentalnego od amerykańskiego FAA.

Heart Aerospace X1 w powietrzu. | Źródło: Heart Aerospace

Ale najlepsze i tak dzieje się w portfelu. Prąd potrzebny do nakarmienia tego potwora podczas premierowego lotu kosztował jakieś 5 dolarów (ok. 19 PLN). Spójrzcie na to z szerszej perspektywy. Mamy sierpień 2026 roku, paliwo lotnicze kosztuje średnio 3,50 USD za galon (ok. 4 litry) i w rok poszybowało w górę o jakieś 63%. Jasne, nikt przytomny nie twierdzi, iż bilety nagle staną się tańsze od bułki w markecie, bo dochodzą koszty załogi, ubezpieczenia, serwisu, opłat lotniskowych czy samej amortyzacji zajeżdżanych baterii. Ale koszt samego „paliwa” wygląda po prostu bardzo dobrze.

To tylko wstęp, bo prawdziwy hit ma przewozić ludzi

Ta konkretna maszyna to tylko demonstrator technologii. Zbudowali go wyłącznie po to, żeby sprawdzić, czy elektryczny napęd tej skali nie rozleci się w powietrzu i faktycznie działa tak, jak na papierze. Docelowym produktem, który trafi do linii lotniczych, ma być model ES-30. W jego wnętrzu znajdzie się miejsce dla 30 pasażerów, ale w konstrukcji zajdzie jedna zasadnicza zmiana. O ile próbny X1 latał całkowicie na bateriach, o tyle seryjny ES-30 będzie hybrydą.

Kabina dla 30 pasażerów. | Źródło: Heart Aerospace

Same akumulatory pozwolą ES-30 na przelecenie skromnych 200 kilometrów. Na szybkie, lokalne przeskoki z miasta do miasta wystarczy, ale bez szału. Dlatego na pokładzie wyląduje też generator spalinowy, który w razie potrzeby wydłuży ten dystans do 800 kilometrów. Co ciekawe, czas ładowania na płycie lotniska oszacowano na około 30 minut, czyli tyle, ile i tak trwa sprzątanie i pakowanie walizek między rejsami. Efekt? Przewoźnicy dostaną samolot o 40% tańszy w eksploatacji niż tradycyjne regionalne spalinówki.

Żeby była jasność – to nie wydarzy się jutro ani w przyszłym roku. Ekipa Heart Aerospace ma przed sobą jeszcze masę roboty. Plan jest prosty. W 2028 roku w powietrze ma wzbić się przedprodukcyjny model ES-30, a ewentualne wejście do komercyjnej służby i końcowa certyfikacja nastąpią najwcześniej w 2031 roku. Do tego czasu Anders Forslund i Ben Stabler muszą dopilnować, żeby wszystko działało jak w zegarku.

Źródło: Heart Aerospace / Zdj. otwierające: Heart Aerospace

elektrykisamolotytransport
Idź do oryginalnego materiału