
Kod SSSS na karcie pokładowej brzmi groźnie, ale w rzeczywistości ma niespodziewany plus. Zamiast wielogodzinnych przesłuchań, zyskałem pierwszeństwo wejścia na pokład.
Problemy zaczęły się już dzień wcześniej. Podczas odprawy online nie miałem możliwości pobrania karty pokładowej. System milczał.
W normalnych warunkach uznałbym to za błąd aplikacji, ale tym razem intuicja podpowiadała mi, iż to pierwszy sygnał kłopotów. Potwierdzenie otrzymałem na lotnisku w Krakowie, skąd z przesiadką w Amsterdamie leciałem na targi CES w Las Vegas.
Co oznacza SSSS na bilecie?
Podczas nadawania bagażu, gdy otrzymałem wydrukowaną kartę pokładową, zobaczyłem na niej cztery duże litery: SSSS. To skrót od Secondary Security Screening Selection. Oznacza to, iż algorytm bezpieczeństwa wylosował mnie do dodatkowej, szczegółowej kontroli. Każdy, kto lata do Stanów i jest na grupach podróżniczych, wie, iż ten kod nie oznacza zaproszenia do strefy VIP, a raczej potencjalnie męczące procedury.

Większość ludzi reaguje na hasło SSSS nerwowo. Słyszałem historie o braniu do osobnych pokoi, przesłuchaniach i szczegółowych rewizjach. Znajomy, który przechodził to samo, opowiadał o tłumaczeniu się z zawartości bagażu i celu podróży. Byłem przygotowany na najgorsze, ale… wyszło lepiej niż ktokolwiek przewidywałby.
Jest tego więcej
Ustaw Spider’s Web jako preferowane medium w Google
Jak wygląda kontrola z SSSS?
Gdy docieram do strefy preboardingu, przemiła agentka zaprosiła mnie oraz innego dżentelmena do drugiej rewizji. Nie wzywa mnie jednak do żadnego pokoju zwierzeń. Zamiast tego kieruje mnie na bok, do wydzielonej strefy tuż przy stanowisku kontroli. Całe przejście zajmuje kilkanaście sekund, a nie minuty marszu przez terminal. Agent prosi o bagaż podręczny, w którym mam to, co zawsze: bezlusterkowca Sony i dwie kamerki DJI plus laptop. Te muszę wyjąć od razu.
Funkcjonariusz otwiera plecak, ale nie każe mi włączać żadnego urządzenia. Zamiast tego wyciąga specjalny papierek i metodycznie przeciera nim obudowę aparatu, obiektywy oraz kamery. To standardowy test na obecność materiałów wybuchowych lub zakazanych substancji.
Maszyna analizująca próbkę milczy – test zaliczony. To samo dzieje się z moimi butami, które również zostają przetarte wymazówką. Nie musiałem choćby wyjmować banana, który leżał w mojej kieszeni. Znaczy, zapytałem o to, ale usłyszałem iż nie muszę choćby zdejmować bluzy.
Rutynowe pytania o… kanapki
W międzyczasie czekam na serię pytań o cel wizyty w USA, ale te nie padają. Agent zadaje mi tylko jedno pytanie: czy przewożę surowe jedzenie. Odpowiadam zgodnie z prawdą, iż nie. Nie interesuje go moja trasa, spotkania biznesowe ani hotel. Spodziewałem się krzyżowego ognia pytań, a trafiłem na rutynową kontrolę techniczną i sanitarną.
Pod koniec następuje jeszcze moment kontroli laptopa. Tutaj procedura wygląda identycznie – zamiast uruchamiania, szybki wymaz z obudowy pod kątem substancji. Całość trwa może 60 sekund. Nie ma dramaturgii ani podejrzliwych spojrzeń. To czysta procedura, a funkcjonariusz sprawia wrażenie osoby, która po prostu odhacza kolejne punkty na liście zadań.
Od momentu wywołania do chwili, gdy mogę spakować sprzęt z powrotem do plecaka, mija nie więcej niż 15 minut. Wchodziłem tam spięty, bo to mój pierwszy raz z kodem SSSS, a wychodzę z czystą głową. Nikt nie kazał mi się rozbierać ani tłumaczyć z życia.
Nagroda za stres
Tutaj jednak następuje największa niespodzianka dnia. Gdy opuszczam strefę kontroli, agent daje mi znak, bym udał się bezpośrednio do samolotu. Idealnie po końcu kontroli zaczyna się boarding. Dzięki dodatkowej kontroli omijam kolejkę i wchodzę na pokład jako pierwsza osoba. W skrócie? Kod, którego wszyscy się boją, zagwarantował mi priorytetowe wejście przed wszystkimi innymi pasażerami.
Dla mnie to ogromny as w rękawie. Mogę wybrać dowolne miejsce w schowku nad głową na mój delikatny sprzęt. Gdy reszta pasażerów tłoczy się w przejściu, walcząc o każdy centymetr przestrzeni bagażowej, ja siedzę już wygodnie w fotelu, mając wszystko pod ręką.
SSSS to nie wyrok
Godziny (dokładniej 20, ale o tym kiedy indziej) później, gdy lądujemy w Nevadzie, a obsługa wita nas w Las Vegas, dochodzę do wniosku, iż SSSS nie jest tak straszne, jak je malują. Owszem, jest moment niepewności na początku. Procedura budzi respekt, bo jest owiana… złą sławą. Jednak w praktyce to rutyna, która przy odrobinie szczęścia kończy się bonusem w postaci spokojnego wejścia do samolotu.








