
Zmora komunikacji miejskiej, czyli kod QR pozwalające aktywować cyfrowe bilety, dotrze do nowego miasta. Politycy się cieszą, bo walczą z oszustami. Część pasażerów jest wściekła, bo nowość uderzy w ich komfort.
Pasażerowie w Szczecinie będą musieli kasować cyfrowe bilety od 1 kwietnia 2026 r. Niestety tym razem to nie będzie żart i skanowanie symbolu stanie się codziennością podróżnych w kolejnym polskim mieście. Współczuję, bo znam ten ból.
Władze miasta tłumaczą, iż to bat na cwaniaków
Podobna argumentacja pojawiła się wcześniej w Łodzi. Zdarzało się ponoć, iż niektórzy pasażerowie aktywowali bilet w aplikacji dopiero w momencie, gdy kontrola rozpoczęła sprawdzanie biletów. O ile dawniej wystarczyło zablokować kasowniki, tak w momencie sprzedaży przy pomocy aplikacji w teorii każdy mógł zwlekać z kasowaniem na ostatnią chwilę. Cyk i bilet kupiony.
Od 1 kwietnia szczecińscy pasażerowie będą musieli dokonać aktywacji „niezwłocznie po wejściu do pojazdu”.
– Problem jest i to na dużą skalę. Ludzie zwlekali z kupnem biletów do momentu kontroli – zaczynali kupować dopiero, gdy do pojazdu wchodzili kontrolerzy – wyjaśnia „Kurierowi Szczecińskiemu” Kacper Reszczyński, rzecznik prasowy Zarządu Dróg i Transportu Miejskiego.
Jak wyjaśnia, jest to praktyka, która „znacząco wpływa na sytuację szczecińskiego zbiorkomu i ich pasażerów”.
Nie wszyscy akceptują tę argumentację. „Kurier Szczeciński” informuje, iż jeden z radnych wystosował w tej sprawie interpelację do prezydenta. Z kolei społecznicy z organizacji Wspólnie dla Szczecina złożyli petycję o odstąpieniu od wprowadzania zmian w sposobie aktywacji biletów jednorazowych zakupionych w aplikacjach mobilnych.
Mogę zrozumieć motywację miasta. Wolałbym jednak, żeby władze rozumiały pasażerów
W teorii skanowanie kodów QR w autobusach czy tramwajach to nie aż tak wielkie poświęcenie. Wystarczy najechać aparatem na znak i gotowe. O ile cały proces jest banalny w pustym pojeździe, tak sprawa się komplikuje, gdy ruch jest większy.
Niejednokrotnie byłem świadkiem sytuacji, kiedy kolejka pasażerów była blokowana, bo ktoś po drodze musiał skasować bilet. Postępował zgodnie z zasadami, wszak bilet skasować trzeba niezwłocznie po wejściu do pojazdu. A iż ten może być już wypełniony pasażerami, nie ma za co się złapać i zapewnić sobie bezpiecznej pozycji, gdy rusza? Trudno, kombinuj. Ma być skasowane i już.
Możesz mieć przy sobie zakupy, ciężką walizkę, przyrząd ułatwiający chodzenie – nieważne, trzeba kasować bilet. Potem martw się, jak znaleźć dla siebie miejsce.
Brzmi to jak wyolbrzymianie problemu. Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby najpierw zagwarantować sobie odpowiednie miejsce, a potem skasować bilet. Tyle iż nie do końca – symbole zamieszczone są przede wszystkim przy wejściu, więc na wszelki wypadek lepiej od razu wypełnić ten obowiązek.
Poza tym już wcześniej kontrolerzy biletów różnie interpretowali okres potrzebny na kupno czy skasowanie biletu. W wielu miastach toczono na ten temat głośne spory. Ile czasu to niezwłocznie? 5 czy 45 sekund?
W facebookowej dyskusji szczeciński radny Andrzej Radziwinowicz zauważa, iż „przez całe życie” trzeba było kasować bilet. Owszem, tak było. Po to jednak wprowadzono cyfrowe bilety, żeby ułatwić całą procedurę. To było wygodne i komfortowe: wsiadasz do autobusu czy tramwaju, klikasz kup bilet, jedziesz. Nie musisz przepychać się, by dostać się do kasownika. Albo prosić ludzi, żeby podawali bilet dalej – ten, kto stał przy maszynie, zajmował się wkładaniem papierowych biletów do szufladki. Nieraz sam uczestniczyłem w takim łańcuszku w różnych rolach: od proszącego, po podawacza, na kasowaniu kończąc.
Historia zatacza koło – cyfrowy bilet i tak trzeba skasować, więc cała ta wygoda poszła w zapomnienie. Niby nowocześnie, ale trochę jak dawniej. A mówią, iż nie można zjeść ciasta i mieć ciastka.
Rację ma więc jedna z mieszkanek, która w tej dyskusji napisała, iż miasto karze wszystkich za kilku cwaniaków. Metoda, która była wygodna i korzystna z punktu widzenia pasażera, w kolejnym mieście się pogorszyła. I jak tu zachęcać do komunikacji miejskiej? Na każdym kroku kłody pod nogami.
Zobaczcie, jak robi się to na kolei. I uczcie się
PKP Intercity testuje właśnie w pociągach Pendolino automatyczną kontrolę. Pasażer siadając w fotelu sam dokonuje odprawy. Oczywiście wiem, iż pociąg to nie miejski autobus czy tramwaj. Nie oczekuję, iż podobny system pojawi się w komunikacji miejskiej, bo to niemożliwe. Chodzi jedynie o podejście. Pokazanie biletu kontrolerowi nie jest jakimś wielkim poświęceniem. Skoro jednak można tego uniknąć, to czemu nie dać podróżnym spokoju? Zamiast zawracać mu głowę i przerywać czytanie, oglądanie czy podziwianie widoków, niech wszystko będzie w aplikacji.
W komunikacji miejskiej w wielu miastach jest odwrotnie: szuka się rozwiązań, które mogą dołożyć pasażerowi zmartwień. Niech żałuje, iż jeszcze nie ma samochodu albo zostawił go w garażu. choćby taką drobną zmianą ma poczuć, iż jest wrogiem, a nie kimś, kto robi wszystkim przysługę, iż wybiera komunikację miejską.
Trochę tak właśnie jest: każdy pasażer traktowany jest jako potencjalny oszust, który nie kasuje biletów. Rozumiem, iż to realny problem, ale dlaczego zawsze trzeba sięgać po kij, a nie marchewkę?














