Meze Audio ASTRU udowadnia, iż jeden przetwornik wystarczy

3 godzin temu

Rynek high-endowych słuchawek dokanałowych od lat choruje na gigantomanię. Producenci prześcigają się w upychaniu kilkunastu przetworników w jednej obudowie, windując przy tym ceny do absurdalnych poziomów.

Rumuńska manufaktura Meze Audio mówi „sprawdzam” i prezentuje flagowy model ASTRU. To bezkompromisowe IEM-y oparte na zaledwie jednym głośniku, które mają zawstydzić znacznie bardziej skomplikowaną – i droższą – konkurencję.

W świecie zdominowanym przez hybrydowe konstrukcje od marek takich jak 64 Audio czy Campfire Audio, gdzie w jednej słuchawce pracuje nierzadko kilkanaście przetworników armaturowych, nowe Meze Audio ASTRU jawią się jako hołd dla inżynieryjnego puryzmu.

Puryzm wsparty twardą inżynierią

Zamiast dzielić pasmo na wiele krzyżujących się układów (co niezmiennie rodzi problemy ze spójnością fazową), rumuńscy konstruktorzy poszli ścieżką wytyczoną chociażby przez referencyjne Sennheisery IE900 – stawiając na perfekcję jednego elementu.

Sercem ASTRU jest 10-milimetrowy przetwornik dynamiczny, którego budowa to pokaz materiałoznawstwa wysokiej próby. Kopułka innowacyjnej membrany kompozytowej składa się z ponad 80 ultracienkich warstw złota, nałożonych na tytan w trwającym 48 godzin procesie napylania magnetronowego w środowisku próżniowym. Całość oparto na elastycznym polimerze PEEK. W praktyce taka architektura ma zdaniem producenta gwarantować potężne, naturalne uderzenie basu, z którego słyną konstrukcje dynamiczne, połączone z szybkością i analitycznością przypisywaną dotąd wyłącznie wieloprzetwornikowym hybrydom.

Tytanowe zbroje i dbałość o detale

Sama obudowa to również rzemieślniczy majstersztyk, odcinający się od masowo odlewanych z żywicy dokanałówek. Kopułki ASTRU rzeźbione są z bloków czystego tytanu dzięki precyzyjnych frezarek CNC. Wycięcie jednej, idealnie sparowanej pary zajmuje maszynom aż siedem dni. Metal poddawany jest następnie wieloetapowej galwanizacji, uzyskując gładkie, satynowe wykończenie o doskonałych adekwatnościach akustycznych.

Podejście premium widać również w zestawie sprzedażowym. W eleganckim pudełku znajdziemy zbalansowany przewód z elementami z anodowanego aluminium (zakończony wtykiem 4,4 mm, do którego dołączono adapter na klasycznego mini-jacka 3,5 mm), pięć kompletów silikonowych nakładek oraz dwa warianty etui – twarde podróżne i miękkie ze skóry PU.

Powrót do zdrowego rozsądku w wycenie

Najciekawiej zapowiada się jednak pozycjonowanie rynkowe. Choć oficjalna cena w złotówkach nie została jeszcze ujawniona, Meze wprost deklaruje, iż ASTRU zaoferuje referencyjne brzmienie bez zmuszania użytkownika do wejścia na najwyższy możliwy pułap finansowy.

W czasach, gdy za topowe, wieloprzetwornikowe IEM-y trzeba zapłacić równowartość używanego samochodu (ceny flagowców potrafią przebijać barierę 15-20 tysięcy złotych), filozofia Meze Audio wydaje się niezwykle orzeźwiająca. Jednak nie łudźmy się, to wcale nie oznacza, iż słuchawki te będą tanie, raczej jedynie to, iż ich cena będzie realnie odzwierciedlać kunszt, design i precyzję wykonania.

Rumuńskie słuchawki zadebiutują u autoryzowanych partnerów już w kwietniu 2026 roku. jeżeli ich brzmienie sprosta rewelacyjnej jakości wykonania, udowodnią to, o czym rynek audio zdaje się ostatnio zapominać: w inżynierii dźwięku liczy się precyzja i wyrafinowanie projektu, a nie ślepy wyścig na liczbę głośników.

Meze Audio Strada. Rumuński rzemieślnik idzie w miasto. Heban i zieleń w wersji mobilnej

Jeśli artykuł Meze Audio ASTRU udowadnia, iż jeden przetwornik wystarczy nie wygląda prawidłowo w Twoim czytniku RSS, to zobacz go na iMagazine.

Idź do oryginalnego materiału