
Leica Leitzphone to nowy flagowiec wyceniony na 9000 zł. Sprawdzam, czy fotograficzny telefon z obrotowym pierścieniem uzasadnia tak wysoki koszt.
Podczas tegorocznych targów MWC w Barcelonie miałem okazję sprawdzić nowe urządzenie sygnowane logo Leica. telefon dzieli bazę z modelem Xiaomi 17 Ultra, jednak producent celuje tu w węższą grupę entuzjastów tradycyjnej fotografii. Nie jest to uniwersalny sprzęt dla wszystkich, co czuć od razu po wzięciu go do ręki.

Uderza jego masywność. Urządzenie waży 226 gramów i ma ponad 9 milimetrów grubości. W dłoni czuć ciężką, zbitą bryłę. Przez dużą wyspę aparatów środek ciężkości jest przesunięty ku górze, przez co telefon nieustannie ciąży w dół. Próba zrobienia zdjęcia jedną ręką to spore ryzyko, a sprzęt wymusza pewny, dwuręczny chwyt podczas dłuższego kadrowania.

Zamiast gładkiego szkła pod palcami znajduje się szorstka faktura włókna szklanego. Materiał dobrze imituje obicia klasycznych aparatów, daje oparcie i skutecznie eliminuje problem odcisków palców. Z kolei aluminiowa ramka wykończona drobnym moletowaniem dość mocno wpija się w dłoń, potęgując wrażenie trzymania tradycyjnego narzędzia pracy.
Obrotowy pierścień zwalnia tempo

Głównym wyróżnikiem konstrukcji jest fizyczny, obrotowy pierścień wokół obiektywów. Stawia on wyczuwalny, precyzyjny opór, a wbudowany silnik wibracyjny symuluje mechaniczne przeskakiwanie zębatek. Do pierścienia przypiszecie zmianę ogniskowej, manualne ustawianie ostrości lub symulację przysłony.

Szczerze? Podczas targowego pośpiechu uznałem ten element za mało ergonomiczny. Pierścień zmusza do zwolnienia tempa i spokojnego ustawiania kadru. Mam wrażenie, iż przy chęci uchwycenia szybkiej, nieoczekiwanej sceny, i tak wylądujecie na standardowych suwakach wyświetlanych na ekranie dotykowym.
Matryca i oprogramowanie fotograficzne
Zaplecze optyczne opiera się na 1-calowej matrycy 50 MP z technologią LOFIC HDR, która zapewnia płynne przejścia między jasno oświetlonymi partiami obrazu a głębokimi cieniami. Uzupełnia ją teleobiektyw 200 MP oraz ultraszeroki kąt 50 MP z trybem Super Macro. W sztucznym świetle hal targowych zestaw radzi sobie ze sprawnym łapaniem ostrości, w czym pomaga system Xiaomi ProFocus aktywnie śledzący ruch postaci.
Doceniam to, iż oprogramowanie unika drastycznego przesycania barw. Producent oddaje wam do dyspozycji 13 dedykowanych filtrów Leica Looks oraz 5 symulacji rozmycia tła.
Możliwości wideo również celują w zaawansowanego odbiorcę. Leitzphone nagrywa materiały w rozdzielczości 8K przy 30 klatkach na sekundę oraz w 4K przy 120 klatkach z obsługą standardu Dolby Vision. Zaimplementowano tu płaski profil kolorystyczny Log, co stanowi duże ułatwienie przy późniejszej korekcji barw.
Wydajność i podatek od logo

Interfejs to zmodyfikowany HyperOS 3, nazywany tutaj Leica UX. Wprowadzony minimalizm, własne czcionki i czerwone akcenty sprawnie maskują rodowód Xiaomi. Oprogramowanie działa płynnie, a układ Snapdragon 8 Elite Gen 5 nie wykazuje zadyszki choćby przy ciągłym przełączaniu obiektywów podczas nagrywania.

System zintegrowano z asystentem Gemini. Znajdziecie tu funkcję Circle to Search i wbudowanego tłumacza. Ekran OLED o przekątnej 6,9 cala pozostaje czytelny pod ostrym światłem stoiskowych reflektorów. Z kolei bateria o pojemności 6000 mAh racjonalizuje dużą wagę telefonu i zapewnia solidny dzień intensywnych sesji bez konieczności szukania gniazdka.
Polska cena została ustalona na poziomie 8999 złotych. Choć producent próbuje osłodzić ten wydatek darmową wymianą ekranu czy wejściem do lotniskowego saloniku, uważam tę kwotę za trudną do uzasadnienia.
Za takie pieniądze możecie skompletować aparat bezlusterkowy z dobrym obiektywem i kupić sprawny telefon ze średniej półki. choćby Apple wycenił swoje topowe modele odczuwalnie taniej. Wchodząc w ekosystem Leitzphone, płacicie gigantyczny podatek od legendarnego logo. To skrajnie niszowy produkt dla odbiorcy gotowego ponieść koszty dla kilku fizycznych detali i fotograficznej purystyki.









