
Amerykanie testują autonomiczną artylerię rakietową. Człowiek sam wybiera cel, ale najbardziej ryzykowne zadania wykonują maszyny. Tak może wyglądać przyszłość wojskowości.
Jedna niewielka załoga siedzi w opancerzonym wozie dowodzenia, a przed nią poruszają się autonomiczna wyrzutnia rakiet i robot wiozący amunicję. Docelowo z tego samego stanowiska żołnierze mają kierować choćby czterema wyrzutniami jednocześnie. Amerykanie nie odbierają człowiekowi decyzji o strzale. Zabierają go za to z miejsca, w które przeciwnik będzie próbował uderzyć jako pierwsze.
Wyrzutnia pojedzie bez załogi
System DeepFires został przetestowany przez żołnierzy 75. Brygady Artylerii Polowej podczas ćwiczeń Project Convergence Capstone 6 w kalifornijskim Fort Irwin. Amerykanie nie sprawdzali pojedynczego pojazdu, ale cały niewielki zespół współpracujących maszyn. Na jego czele znajdował się załogowy wóz dowodzenia JUMPS C2. To właśnie w nim siedzieli żołnierze odpowiedzialni za planowanie zadania, kontrolę systemu i podejmowanie decyzji taktycznych. Za pojazdem poruszały się natomiast dwie maszyny bez załóg: autonomiczna wyrzutnia DeepFires oraz robotyczny pojazd zaopatrzeniowy ARV.
Układ działał w konfiguracji leader-follower. Oznacza to, iż załogowy pojazd prowadził, a maszyny podążały za nim, realizując przesyłane polecenia. Żołnierze nie musieli siedzieć w kabinie wyrzutni ani manualnie prowadzić samochodu z rakietami. Podczas tegorocznego testu obsługiwano jedną wyrzutnię i jeden wóz zaopatrzeniowy. Docelowa konfiguracja ma być znacznie większa. Jeden pojazd dowodzenia ma kontrolować do czterech autonomicznych wyrzutni oraz kilka robotów dostarczających kolejne zasobniki z amunicją.
Nie oznacza to oczywiście jednego operatora klikającego równocześnie w przyciski czterech systemów. Chodzi o niewielką załogę, która z jednego stanowiska będzie planować i nadzorować pracę całej rozproszonej baterii.
Żołnierze mają zostać kilka kilometrów z tyłu
Współczesna artyleria nie może długo stać w jednym miejscu. Drony obserwacyjne, satelity i radary kontrbateryjne potrafią wykryć wyrzutnię niedługo po oddaniu salwy. Dane trafiają do przeciwnika, a po kilku minutach w stronę stanowiska mogą już lecieć pociski.
Właśnie dlatego załoga musi wykonać zadanie i natychmiast odjechać. Jak pisaliśmy w tekście: Zrobili własnego HIMARS-a. „Rakietowy przełom”, skuteczność nowoczesnej artylerii zależy nie tylko od zasięgu rakiet. Liczy się także szybkość przekazania danych, czas przygotowania salwy i możliwość błyskawicznego opuszczenia pozycji.
DeepFires idzie tu znacznie dalej. choćby jeżeli wyrzutnia zostanie namierzona i zniszczona, nie oznacza to już straty całej załogi. Żołnierze mogą siedzieć kilka kilometrów dalej, ukryci w osobnym pojeździe dowodzenia, i stamtąd sterować całym systemem.
Rozproszenie utrudnia też zniszczenie całej baterii jednym atakiem. Autonomiczne wyrzutnie mogą zajmować różne stanowiska, otrzymać wspólne zadanie ogniowe, odpalić rakiety i rozjechać się w kilku kierunkach. Przeciwnik zobaczy maszyny, ale niekoniecznie znajdzie ludzi, którzy nimi sterują.
Robot przywiezie kolejne rakiety
Amerykanie robotyzują teraz również jeden z najbardziej ryzykownych momentów pracy artylerii, czyli uzupełnianie amunicji. Opróżniona wyrzutnia musi spotkać się z pojazdem zaopatrzeniowym, zatrzymać i przyjąć nowy zasobnik. Taka operacja zajmuje więcej czasu niż samo odpalenie rakiet. W jednym miejscu pojawiają się kosztowna wyrzutnia, zapas amunicji i kilku żołnierzy. Dla drona rozpoznawczego albo amunicji krążącej jest to wyjątkowo atrakcyjny cel.
W systemie DeepFires nowe rakiety dowozi autonomiczny ARV. Człowiek oczywiście przez cały czas nadzoruje operację, ale nie musi prowadzić ciężarówki w stronę wykrytej wcześniej wyrzutni ani wychodzić na otwartą przestrzeń podczas przeładunku. Podobne rozwiązania są sprawdzane również w Polsce. Jak pisaliśmy w tekście: Polskie wojsko testuje nowe roboty. To będą dosłownie konie robocze, bezzałogowe pojazdy mają dowozić amunicję i wyposażenie tam, gdzie zwykła ciężarówka z załogą stałaby się łatwym celem. Amerykański pomysł idzie nieco dalej, bo łączy robotyczną logistykę z autonomicznym środkiem rażenia i jednym stanowiskiem dowodzenia.
Autonomiczna jazda, ale zdecydowanie nie autonomiczna wojna
Słowo autonomiczny może nam sugerować wyrzutnię, która sama wyszukuje cel i decyduje o odpaleniu rakiety. DeepFires nie ma jednak działać aż w tak radykalny sposób. Wojsko podkreśla, iż wszystkie decyzje taktyczne przez cały czas pozostają w rękach ludzi. Maszyna może jechać wyznaczoną trasą, zająć stanowisko, ustawić się do strzału i opuścić zagrożony obszar. Człowiek przez cały czas zatwierdza misję ogniową i odpowiada za użycie uzbrojenia.
Największym wyzwaniem może się zresztą okazać nie sama mechanika pojazdu, ale łączność. Rozproszona bateria musi wymieniać dane w środowisku pełnym zakłóceń. Przeciwnik będzie próbował zagłuszać sygnał, podszywać się pod stanowisko dowodzenia i wykrywać emisję radiową.
JUMPS C2 korzysta więc z wielowarstwowej architektury komunikacyjnej przygotowanej do pracy przy niestabilnym lub ograniczonym połączeniu. o ile sieć przestanie działać, cztery autonomiczne wyrzutnie mogą gwałtownie zamienić się w cztery bardzo drogie pojazdy czekające na kolejne polecenie.
To więcej rakiet bez konieczności zwiększania liczby żołnierzy
DeepFires na ten moment pozostaje przede wszystkim systemem eksperymentalnym. Ćwiczenia miały jedynie zebrać opinie artylerzystów i pokazać konstruktorom, które elementy systemu trzeba poprawić. Nie ogłoszono jeszcze rozpoczęcia produkcji ani terminu wejścia wyrzutni do służby. Ale po co w ogóle przeprowadzać takie eksperymenty? Armia chce przede wszystkim zwiększyć liczbę środków ogniowych bez proporcjonalnego rozbudowywania załóg. Ta sama liczba żołnierzy ma obsługiwać więcej wyrzutni, rozstawionych na większym obszarze i trudniejszych do zniszczenia jednym uderzeniem.
Nie jest to na szczęście jeszcze armia robotów prowadząca wojnę bez ludzi. Człowiek przez cały czas wybiera cel, planuje salwę i ponosi odpowiedzialność za strzał. Tyle iż nie musi już siedzieć w kabinie pojazdu, na który patrzy właśnie dron przeciwnika.
Największą zmianą nie będzie więc sama automatyzacja jako taka. Będzie nią przede wszystkim zerwanie starej zasady, według której każda wyrzutnia potrzebuje własnej załogi jadącej razem z nią na pierwszą linię. W przyszłej baterii żołnierze zostaną z tyłu, a do najbardziej niebezpiecznej pracy wyślą ciężkie roboty wypełnione rakietami.
*Źródło zdjęcia wprowadzającego: Capt. Lydia Laga, US Army














