Na pewno obiło wam się o uszy, iż branża rowerowa ma problem. Po boomie spowodowanym pandemią – gdy ludzie masowo kupowali rowery, bo nie mogli wydawać pieniędzy na co innego, np. podróże – nastąpił kryzys spowodowany nadmiarem towaru, który przez cały czas jest na rynku. I przez cały czas mierzymy się z konsekwencjami, choćby w postaci upadłości firm. Rowerówka w dużej części jednak jest sama sobie winna. I mamy teraz moment, który powinien być wykorzystany jako okazja do poprawek.

Nie jestem taki mądry, by wymyślić tego sam oczywiście. Bezpośrednim impulsem do napisania tego tekstu była seria podcastów Escape Collective pt. „Overnight Success” (tutaj link). Gorąco zachęcam do ich przesłuchania, bo być może tak jak mi pozwolą na poukładanie sobie w głowie różnych tematów i przemyśleń. Ten wpis to ich efekt.
Co się adekwatnie stało?
W jednym zdaniu – rekordowo wysoki popyt potraktowano jako nową normalność. I firmy założyły, iż rowery będą przez lata sprzedawać się na podobnym poziomie. Co w momencie, gdy normalność powróciła, a ludzie znów mogli robić też inne rzeczy, okazało się nieprawdą.
Cztery główne błędy branży
Przeszacowanie lojalności nowych klientów. Firmy założyły, iż niemal wszyscy nowi nabywcy rowerów z czasem pozostaną ze swoją pasją i będą ją rozwijać – dokonując upgrade’u czy kupując kolejne rowery. Wystarczy spojrzeć na inne dyscypliny, by przekonać się, iż ludzie próbujący czegoś nowego kontynuują najwyżej w kilku procentach. Popyt został drastycznie przeszacowany.
Brak rzeczywistego zmierzenia biznesu. Zabrakło tego na wielu poziomach. Produkcja gwałtownie wzrosła, wielokrotnie wrosła – firmy duplikowały zamówienia u różnych dostawców, obawiając się iż nie dostaną towaru. W sprzedaży przez cały czas brakuje wskaźników potwierdzających rzeczywistą sprzedaż. W rowerówce stosowane są zamówienia przedsezonowe, a w pandemii sklepy i dystrybutorzy musieli je składać choćby na dwa lata do przodu, nie wiedząc nic na temat sprzedaży za dwa miesiące – popyt wróżono z fusów. Co gorsza, agenci marek dostają pieniądze po dostarczeniu rowerów do sklepów, nie w momencie ich sprzedaży. A za taką można byłoby uznać na przykład moment rejestracji gwarancji. Takie rozwiązania funkcjonują w innych branżach.
Wywindowanie cen. Ceny poszły w górę, bo było to możliwe. Bez względu na rzeczywiste innowacje, które kosztują, wykorzystano chęć zakupową. To finalnie spowodowało z jednej strony poszukiwanie tańszych alternatyw – zakupy na Ali i innych platformach. Z drugiej ograniczyło grupę docelową, bo rowery stały się zwyczajnie za drogie.
Napływ krótkoterminowych inwestorów. Rekordową sprzedaż wywąchali dodatkowi inwestorzy, których interesował krótkodystansowy zysk, a nie długofalowy rozwój. To spowodowało wzrost liczby rowerów, a niekoniecznie innowacji – były to instytucje spoza branży, „nieczujące” tematu.

Perspektywy normalizacji
Co teraz i kiedy ten kryzys się skończy? Gdybym miał kryształową kulę, to… byłbym bogaty. Ale trzeba mieć świadomość – i to widać, choćby przeglądając oferty w internecie – iż nasycenie towarem jeszcze potrwa. To z perspektywy chętnych na zakupy sytuacja idealna, bo mamy rynek kupującego, to on dyktuje warunki. Dopóki jest nadpodaż, firmy chcą sprzedać towar za wszelką cenę, by odzyskać jakieś pieniądze i zachować płynność finansową. Dopiero gdy ta fala zmaleje, będziemy mogli mówić o nowej normalności.
Widać pozytywne zmiany, choćby powrót do firm ich założycieli – polski przykład to NS Bikes i Szymon Kobyliński – czyli ludzi, którzy czują temat, a nie napędzani są przede wszystkim chęcią zysku. Albo porządkowanie kolekcji, przez kasowanie zbędnych modeli.
To oczywiste, iż nie przetrwają tego wszystkie firmy i sklepy. I to także dobra wiadomość, bo perspektywy mają te zarządzane lepiej. Chciałbym tylko, żeby przy okazji do czynników decydujących o zakupie powróciła np. jakość obsługi czy serwisu, a nie tylko cena, jak jest przede wszystkim obecnie.
Na pewno za to już widać, iż sytuacja wymusiła trwające dłużej obniżenie cen, a pojawienie się nowych graczy z Dalekiego Wschodu tylko ten trend utrwala. Nowa realność oznacza więc rowery tańsze i – powiedzmy sobie – lepsze, bo rozwój techniczny dotarł do tego momentu, iż choćby te najtańsze jeżdżą lepiej, mając np. nowoczesną geometrię, hydraulikę i działającą amortyzację.
A czy 32 cale uratują branżę rowerową? prawdopodobnie niektóre firmy chciałyby, by tak było, mocno stawiając na tego konia. Ale… nie wiem. Było już kilka rozmiarów po drodze, które się nie przyjęły, typu 27,5 czy 29+. 32 ma teoretycznie zalety, ale i wady. Kuszące na pewno jest wprowadzenie nowego rozmiaru, który sprawi, iż starsze rowery będą wyglądały jak dziecinne, jak to miało miejsce z 29 vs. 26. Pod warunkiem, iż 32 się przyjmie, a podobny moment miały też… fatbiki, pamiętacie je jeszcze?
I co z tego?
Jedno jest pewne – my, kupujący, wychodzimy na tym całkiem nieźle. Lepsze rowery, niższe ceny i nadzieja, iż firmy, które przetrwają ten kryzys, będą już zarządzane rozsądniej. Pytanie brzmi, czy kryzys będzie lekcją, czy tylko przerwą między kolejnymi błędami. Historia fatbików i 27,5 cala sugeruje, iż odpowiedź wcale nie jest oczywista.
Tekst i zdjęcia: Grzegorz Radziwonowski









