Istnieje drugi internet. Zaczyna się na ulicy

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Nie jest tak ogromny, jak ten pierwszy i oryginalny, ale przez cały czas jest duży oraz – w co może być trudno uwierzyć – zdecydowanie bardziej samotny.

Kamil Stanuch zamieścił zdjęcie nietypowej reklamy. Naklejka przylepiona do elektrycznej hulajnogi na wynajem była swego rodzaju anonsem matrymonialnym. Bezpośrednim i bardzo konkretnym: należało wklepać w wyszukiwarkę czerwony tekst, którego treść nie pozostawiała żadnych złudzeń co do charakteru znajomości, aby odszukać numer telefonu i zdjęcia rzekomej Oli, lat 36.

Bez względu na to, jak miałaby dalej potoczyć się cała historia – najpewniej wyczyszczeniem konta osoby spragnionej kontaktu – zastanawia forma ogłoszenia. choćby nie kod QR, choćby nie link, choćby nie numer telefonu czy adres mailowy. Zaskakująca w formie precyzja: słowa kluczowe, które powinno się wpisać dokładnie tak, nie inaczej, aby dotrzeć do upragnionego celu. Prawie jak z dawnych opowieści, kiedy z ust do ust przekazywano tajemne hasło, otwierające drzwi nielicznym, tym, którzy wiedzieli, czego i gdzie szukać. Psst, chcesz poznać sekret? Wprawdzie w tym przypadku kombinacja nie brzmi dziwnie i bezsensownie dla osób postronnych, ba, prawdopodobnie zmiana szyku i wstawienie imienia przed nazwę dzielnicy niczego by tak naprawdę nie popsuła, ale przecież wszystkiego mieć nie można. Niech wystarczy namiastka metod z minionych epok.

Na ile mamy do czynienia z reklamowym geniuszem, a na ile ze zrozpaczonym, jak mniemam, oszustem, dla którego to ostatnia (w przenośni, ale i prawie iż dosłownie) deska ratunku?

Może internet jest już tak bardzo nieludzkim miejscem, iż drobni krętacze nie mają w nim czego szukać. Również oni, jak i my, przegrywają z fachurami, którzy działają jak potężna i świetnie zorganizowana mafia.

To oni, wielcy gangsterzy, mają środki, mają ludzi, więc to do nich należy cała przestrzeń, to w ich fałszywe reklamy i ogłoszenia klika cała Polska. Biedny, stary naciągacz nie wie nawet, jak wygenerować filmik z wizerunkiem celebrytki lub po prostu nieistniejącej piękności, która miałaby omamić potencjalną ofiarę. A może wie, ale to jeden z ostatnich idealistów – woli działać w starym stylu, gardząc współczesnymi metodami. Na pierwszy rzut oka to on jest mało wyrafinowany i bardzo ordynarny, ale to on idzie własną drogą, na przekór modom.

O co tu tak naprawdę chodzi? Tyle pytań, zero odpowiedzi.

Trudno sympatyzować z krętaczem, ale jest coś w tym akcie rozpaczy tak przeraźliwie ludzkiego, iż budzi nie sympatię, to jasne, ale współczucie. Naprawdę ktoś miałby wpisać zaklęcie, wierząc, iż dzięki temu dojdzie do spotkania z Olą lat 36, mając do dyspozycji tak wiele innych metod? Niemożliwe, choćby dla żartu mało komu by się chciało.

A jednak podobnych prób jest więcej. Na bramie jednego z parków ktoś nabazgrał instagramowy nick. Taka forma autopromocji widoczna bywa częściej. Wpada znienacka, w dziwnych miejscach, bez żadnej dodatkowej informacji. O ile, teoretycznie, ma to sens, gdy podpisuje się tak np. autor graficiarskich prac – choć szczerze mówiąc i w to powątpiewam – tak w tym przypadku jest to zwykły nudny wandalizm.

Podobnie ma się zresztą sprawa z kodami QR, kiedy bardzo często nie wiadomo nawet, do czego prowadzą. Czy ludzie są aż tak ciekawi, by sprawdzać to na własnej skórze? Czy spróbowali już wszystkiego, co pozwoliłoby im cokolwiek poczuć, więc teraz skanowanie znaków przyklejonych do rynny to ostatnia szansa na dreszczyk emocji?

Obawiam się, iż większą skuteczność odnotowywano przy wypisywanych na murach czy ścianach numerach telefonu, które w formie żartu – lub, co chyba bardziej prawdopodobne, okrucieństwa – obiecywały, iż dzwoniący może uzyskać pewne usługi. Chcę wierzyć w to, iż nikomu nie chciało się robić dowcipów i nie wysyłali durnych wiadomości choćby po to, aby zaspokoić ciekawość.

Te wszystkie ślady mają prowadzić do prawdziwego internetu, ale przez tę nietypową formę promocji, polegającą na wyjściu do rzeczywistego świata i pokazania się w zagadkowy sposób, odbieram to zupełnie inaczej. Jakby utworzyła się przestrzeń pomiędzy – między ulicą a internetem. Miejsce outsiderów, którzy nie mogą przebić się w prawdziwej sieci, więc próbują właśnie tak. Bo cóż im zostało? To głos wołającego na puszczy. Jest w tym coś desperackiego i dramatycznego. Ostatnie pragnienie i ostatnia próba nawiązania jakiegokolwiek kontaktu. Czy ktoś mnie słyszy? Przecież listy w butelkach wyrzucone do morza czasami docierają do przypadkowych odbiorców.

Wyobrażam sobie ten drugi internet jako jeszcze większą pustkę; nikt nie odpowiada, nikt nie reaguje

Prawda jest pewnie jeszcze bardziej bolesna, bo choćby mało kto zauważa. jeżeli widzi, rzuca kątem oka, idzie dalej – na żadną inną reakcję nie można liczyć.

Kody QR, nicki, nalepki i inne wlepki prowadzące do nieznanej strony, profilu czy czegokolwiek są odwrotnością starych, ledwo widocznych szyldów. Z tą różnicą, iż tamten świat – świat szewców, krawcowych, zegarmistrzów, zawodów, których już nie ma, podobnie jak tych ludzi – miał okazję zaistnieć. Jeszcze widzimy jego ślady, ostatnie znaki obecności. Tam – coś było, tu i teraz – nigdy nie będzie.

Ten współczesny co najwyżej mógł zaistnieć. Wydarzył się tylko teoretycznie, jako pewna potencjalna opcja. Szansa była – ktoś mógł napisać, tak jak ktoś mógł zeskanować kod. Ale czy jest sens łudzić się, iż ktokolwiek tak postąpi?

Istnieje więc gdzieś ta prawie przestrzeń, prawie internet, gdzie odbiorcy czekają na wiadomość. Licznik wejść nie bije.

Zdjęcie główne: FotoDax / Shutterstock.com

Idź do oryginalnego materiału