Gravel w Alpach: Bormio i Stelvio jako próba charakteru

magazynbike.pl 3 tygodni temu

Bormio w tym sezonie stało się częścią procesu – dochodzeniem do tego, co w jeżdżeniu jest naprawdę cenne. Bo to miejsce, w którym wciąż można przeżyć jazdę w jej czystej, analogowej postaci. Góry są tu po prostu zbyt potężne, by próbować pokonywać je na elektryku. Szczególnie te kultowe przełęcze, jak Stelvio, których zdobywanie trudno nazwać wycieczką. To nie jest rekreacja, to doświadczenie graniczne – fizyczne i mentalne.

Z perspektywy czasu zapomina się o tym, jak wymagające były podjazdy. Pamięć selekcjonuje – zostawia czystość doznania. I same góry. jeżeli gdzieś kolarstwo pozostaje przez cały czas w formie nieskażonej, niezmąconej przez rozpraszacze takie jak wspomaganie elektryczne, to właśnie tutaj.

Daniele Schena aka Stalvio Man na stanowisku

Baza: Hotel Funivia i ludzie, którzy znają te góry

Naszą bazą był Hotel Funivia, a jego gospodarzem Daniele Schena – znany szerzej jako Stelvio Man. Wieść niesie, iż codziennie podjeżdża na Stelvio, więc nazwa nie jest przypadkowa. To z nim konsultowaliśmy każdego dnia trasy do przejechania. Częściowo korzystaliśmy również z oficjalnej kolekcji tras na Komoot, przygotowanej przez organizację turystyczną Bormio, która nas zaprosiła. Tę kolekcję znajdziecie tutaj: https://www.bormio.eu/en/activities-and-attractions/bike/gravel

Dodatkowo nasze trasy konsultowaliśmy z Adamem Kolarskim, który nie tylko współpracuje z Daniele, ale też – trudno oprzeć się temu wrażeniu – zna całe Alpy wzdłuż i wszerz.

Dla mnie była to już druga wizyta w Bormio w tym sezonie. Poprzednim razem byłem tu na rowerze szosowym. Już podczas tamtego, premierowego pobytu słyszałem jednak o alternatywach wobec klasycznych wspinaczek na Stelvio czy Gavię. Trasach opisywanych w samych superlatywach, więc nic dziwnego, iż tym razem postanowiliśmy je wreszcie sprawdzić.

A sam Hotel Funivia (https://www.hotelfunivia.it/) to dla osób aktywnych miejsce niemal idealne. Nieprzypadkowo w tym samym czasie co my gościli tu np. członkowie wyjazdu Band of Climbers, w ramach kultowego BoS Escapes Stelvio (sprawdzcie bandofclimbers.com/). Położony bezpośrednio pod stokiem narciarskim, poza sezonem zimowym funkcjonuje w rytmie rowerowym. Zaplecze jest tu przemyślane: dobrze wyposażony warsztat, wypożyczalnia, miejsce do mycia rowerów, bezpieczne przechowywanie sprzętu. Do tego odpowiedni jadłospis i przekąski na drogę – tak, by na długich i wymagających podjazdach nie zabrakło energii.

Daniele jest równie mocny na szosie co na gravelu!

Jeśli dołożymy do tego fakt, iż Daniele albo podsuwa sprawdzone tipy, albo po prostu jeździ z gośćmi, dostajemy pakiet kompletny. Nic dziwnego, iż myśląc o kolejnym wyjeździe – a do pełnego zestawu brakuje nam już tylko MTB – Hotel Funivia mamy zapisany w bardzo czułej pamięci.

Alpine Gravel – co to adekwatnie znaczy

Alpine Gravel – co to adekwatnie jest? choćby jeżeli „gravel” stanowi połowę nazwy i sugeruje szutry, to druga część jest kluczowa: alpejski. A to powinno od razu podpowiedzieć, iż nie będzie to łatwe jeżdżenie.

Dlatego zanim jeszcze wybierzecie się do Bormio z myślą o gravelu, warto bardzo dokładnie przejrzeć sprzęt, zwracając szczególną uwagę na przełożenia. My odwiedziliśmy zbocza Stelvio w ramach eurotripu, w drodze powrotnej z Hiszpanii, więc zadanie mieliśmy dodatkowo utrudnione. Przełożenia rodem z MTB, z kasetą sięgającą 52 zębów, mogą okazać się realnym ułatwieniem, a nie przesadą.

Zdecydowanie warto też pomyśleć o sprawnych, solidnych hamulcach oraz oponach, które nie polegną przy pierwszym kontakcie z ostrym kamieniem. To nie są symboliczne szutry ani „widokowe pętle”. Powtarzam raz jeszcze – to Alpy. Duże góry i odpowiednie wyzwania.

Rozgrzewka, logistyka i górska rzeczywistość

Wasze trasy niemal zawsze będą wyglądać podobnie – i to dobrze. Oznacza to długie dni w siodle, dlatego warto wcześniej pomyśleć o odpowiednim wyposażeniu w części zapasowe oraz zapasie jedzenia i picia. choćby jeżeli w okresie można liczyć na schroniska i inne miejsca, gdzie da się uzupełnić prowiant, poziom trudności sprawia, iż bywają one dalej, niż początkowo się wydaje. To naprawdę warto wziąć pod uwagę.

Oczywistą oczywistością powinny być środki ostrożności: kurtka, kamizelka, rękawki, nogawki. Na początku września mieliśmy jeszcze ciepłą, sprzyjającą pogodę, ale sezon w wysokich górach jest krótki i kapryśny. Szczególnie jego początek i koniec mogą oznaczać opady deszczu, a choćby śniegu. Tak – widzieliśmy śnieg na Stelvio w pierwszej połowie września. I to dwa sezony z rzędu.

Ścieżki rowerowe są wysokiej jakości, rozgrzewka idealna

Startując z Bormio, zawsze możecie liczyć na rozgrzewkę. Miejscowość jest dobrze skomunikowana ścieżkami rowerowymi z sąsiednimi w dolinach, więc początek nie musi być ostry. Później jednak, zwłaszcza po wjechaniu w teren, zaczynają się prawdziwe wyzwania. Im wyżej, tym trudniej. choćby jeżeli trasa w opisie ma „gravel”, nie zdziwcie się, iż rower MTB miałby tam sporo do zrobienia. Fragmenty hike-a-bike są jak najbardziej prawdopodobne.

Dobrą wiadomością jest to, iż powrót najczęściej też prowadzi wygodną, asfaltową ścieżką rowerową, pozwalającą znaleźć chwilę odpoczynku przed powrotem do Bormio. Osobna uwaga należy się jednak samym ścieżkom – są one chętnie wykorzystywane także przez innych użytkowników. Ostrożność jest tu absolutnie wskazana. Przekonaliśmy się o tym już pierwszego dnia, gdy Justyna została potrącona przez mężczyznę zapatrzonego w telefon, który nie zatrzymał się, gdy przeleciała przez kierownicę. Skończyło się szczęśliwie na zadrapaniach i dużym siniaku na udzie.

Trzy trasy i czwarta, która czeka

Trzy trasy i czwarta, która wciąż czeka. Byliśmy w Bormio tylko kilka dni, więc było jasne, iż nie starczy czasu, by zaliczyć wszystkie atrakcje. Od początku jednak wiedzieliśmy, iż tzw. Stelvio IV musi znaleźć się wśród nich.

Rozgrzewką – czyli zaznajomieniem się z terenem, albo jak kto woli „pierwsze koty za płoty” – była pętla przez Val di Verva. 74 kilometry i niemal 1600 metrów przewyższenia pozwoliły dobrze zrozumieć lokalną specyfikę.

Kolejnego dnia zdobyliśmy Stelvio od czwartej strony. Trzy pozostałe warianty to klasyczne podjazdy szosowe. Tutaj do pokonania było 50 kilometrów i około 1600 metrów w pionie – krótko, gęsto i bardzo konkretnie.

Za każdym razem, gdy wydawało się, iż to już na pewno finisz, dostawaliśmy kolejną „półkę”, a widoki zmieniały się przy tym jak w kalejdoskopie. Lasy zastąpiły najpiew wąskie serpentyny, które nieoczekiwanie ustąpiły miejsca łakom, gdzie o dziwo było… łatwiej, by ustąpić sztajfom i trawersom na wysokości. I tylko finisz był znajomy, bo były to ostatnie setki metrów asfaltowego, klasycznego Stelvio od strony Bormio.

Następny dzień oznaczał próbę zdobycia Val di Campo z dwóch stron. Justyna przejechała 110 kilometrów i niemal 2200 metrów przewyższenia. Ja, jadąc w przeciwnym kierunku, skończyłem na 60 kilometrach i 1000 metrach w pionie – poprzedniego dnia Stelvio dało mi solidnie w kość. Ale zaliczyłem przy tym większość tzw. Małego Stelvio (to podjazd do Lago di Cancncano, także kultowy) oraz przekonałem się, iż istniją szutry bez wspinaczki, pokonując je przez kilkadziesiąt kilometrów trawersami na wysokości.

Alternatywa, którą rozważaliśmy na deser – a która ostatecznie została na kolejny raz – to Val di Rezallo. Szczególnie polecali ją zarówno Daniele Schena, jak i Adam Kolarski. Trasę można widowiskowo przedłużyć aż do przełęczy Gavia. To tzw. trzecia Gavia, obok dwóch oficjalnych wariantów szosowych, przy czym tutaj końcówka również jest asfaltowa, po wcześniejszym zjechaniu z offroadu.

Te cztery trasy, jeżeli podejdziecie do tematu rozsądnie i zaplanujecie spokojniejsze dni pomiędzy – choćby po to, by zdobyć tzw. małe Stelvio – spokojnie wypełnią wam cały tydzień jazdy. Bo regeneracja w Bormio nie jest dodatkiem. Jest częścią doświadczenia.

Co zjeść i pić?

My akurat mieliśmy sporo szczęścia, bo w Hotelu Funivia niemal codziennie częstowano nas regionalnymi przysmakami, dzięki czemu lista lokalnych klasyków została przez nas przepracowana bardzo dokładnie.

Na stole regularnie pojawiały się pizzoccheri della Valtellina – gryczany makaron gotowany z ziemniakami i kapustą włoską, obficie polany masłem z czosnkiem i szałwią oraz zasypany lokalnym serem, danie ciężkie, ale idealne po długim dniu w górach. Jest zielone – więc łatwo jepoznać! Były też sciatt, czyli smażone kulki z ciasta gryczanego z ciągnącym się w środku serem Casera, podawane zwykle na liściach cykorii jako przystawka – chrupiące, tłuste i bardzo uzależniające. Do tego bresaola della Valtellina (IGP), cienko krojona, delikatna, bardzo chuda suszona wołowina serwowana z rukolą, oliwą i cytryną, będąca lokalnym odpowiednikiem „superfoodu”. Całość uzupełniały sery z wysokogórskich pastwisk – zarówno legendarny Bitto storico, długo dojrzewający i często wzbogacany mlekiem kozim, jak i młodszy, bardziej maślany Valtellina Casera DOP, najważniejszy składnik pizzoccheri. Wszystko to zapijaliśmy znakomitymi regionalnymi winami, które idealnie domykały dni spędzone w górach.

Mieliśmy szczęście, iż mogliśmy wybrać się na La Pizzoccherata – najdłuższą pizzoccheri-ucztę we Włoszech. Gdybyśmy chceli, ale byliśmy codziennie pełni, a ta akurat odbywała się wtedy, gdy byliśmy na miejscu. To lokalne wydarzenie kulinarne organizowane w historycznym centrum Bormio, zwykle na początku września. Przy jednym bardzo długim stole (nawet do 800 m!) spotykają się mieszkańcy i turyści, by wspólnie jeść pizzoccheri przygotowane przez lokalne restauracje i delektować się regionalnymi produktami oraz winem – to prawdziwa ulica-uczta w sercu miasteczka.

Koniecznie po jeździe można też spróbować braulio. Braulio to lokalny klasyk i naturalne dopełnienie dnia w Bormio. Ziołowy likier produkowany jest tu od 1875 roku, oparty na alpejskich ziołach zbieranych w okolicach Stelvio i pije się go powoli – najczęściej po kolacji, w ramach regeneracji i domknięcia dnia w górach.

Niedosyt

Słuchając opowieści Daniele i Adama oraz innych znajomych – a jak to we Włoszech ta grupa stale rośnie! – jeszcze przed wyjazdem zaczęliśmy sobie ostrzyć zęby na kolejną wizytę. Na trasach tym razem kilkakrotnie spotykaliśmy uczestinków ekstremalnego wyzwania Sneak Peaks, ale nie wiem, czy akurat tę formę wybierzemy, choć informacja, iż w maksymalnej wersji mieli do pokonania ponad 1100 km i 40 000 metrów w pionie brzmi imponująco. I cały czas przepiękne Alpy wokół! Wiem za to, iż te widoki na długo zostają w pamięci i trudno je równać z czymkolwiek. A co do Stelvio, to w każdej postaci kolarskie słowo pasuje do niego jak ulał – „Ból przemija, chwała zostaje”. Kawa zaś na przełęczy smakuje najlepiej na świecie.

I tak, według mnie IV gravelowe Stelvio jest trudniejsze niż szosowe, a jechałem obydwa. A w przyszłym sezonie kultowy wyścig dla amatorów La Stelvio Santini, będzie miał też po raz pierwszy wersję gravelową! Start i meta zlokalizowane są w Bormio, a do wyboru są dwa warianty: krótszy, liczący 44 km i 1400 metrów przewyższenia, oraz dłuższy – 70 km i 2000 metrów w pionie. Detale na lastelviosantini.com/lastelviosantini/i-percorsi-gravel

W Bormio gościliśmy na zaproszenie mijscowej organizacji turystycznej, wszystko co istotne znajdziecie na bormio.eu/en

Tekst: Grzegorz Radziwonowski

Zdjęcia: Adam Kolarski, Justyna Jarczok, Grzegorz Radziwonowski

Idź do oryginalnego materiału