Tego dnia miałem objawienie, bo w listopadową sobotę zobaczyłem, jak może wyglądać MTB u podnóża Karkonoszy. Wyobraziłem sobie, iż całkiem niedługo, jadąc w stronę Karpacza, Przesieki i Świeradowa, mam do wyboru trzy miejscówki. W Świeradowie powstają już trasy, którymi legalnie zarządzają Izerriders. Karpacz i okolice Borowic to tereny, nad którymi KRKen pracuje, by także doszło do legalizacji – i podobno w ten weekend w Podgórzynie właśnie miało miejsce spotkanie dotyczące tego tematu. A po środku Szklarska Poręba, gdzie również istnieją trasy, które czekają na odkrycie przez Was.

My, korzystając z okazji, iż odwiedziliśmy Nash Festiwal (nashfestival.pl) w Szklarskiej Porębie poświęcony kulturze, ludziom i górom, wybraliśmy się z ekipą Izersky Collective, żeby zwiedzić bliską okolicę miasta. I co mam Wam powiedzieć? Musicie to zobaczyć, przeżyć sami i już planować kolejny wypad. Może do trzech miejsc na raz? Choć dzień, dwa czy trzy nie wystarczą, bo to naprawdę bogactwo. Ciągle jeszcze nieodkryte, które na Was czeka. A gdyby tak tydzień wakacji, zmieniając co parę dni lokalizację – brzmi pięknie!

Na zdjęciach możecie zobaczyć przedsmak i wyobraźcie sobie, iż to zaledwie teren, który obejmuje kilka kilometrów. Bo sprawdziłem po tych trzech godzinach jazdy, ile przejechaliśmy tym razem w sumie. Dziewięć kilometrów – tak, dobrze czytacie, tylko dziewięć. A w tym czasie wydarzyło się tak wiele, iż gdy zabierałem się za pisanie tego tekstu, najpierw musiałem uporządkować myśli. Trasy były w sumie tylko trzy, nie licząc słynnego slaba od Mai Włoszczowskiej w Kamieniołomie w Michałowicach. Ale działo się na nich tyle, iż można je powtarzać co najmniej po kilka razy.


Całość jest pomyślana w bardzo przyjazny sposób, bo startujemy w Michałowicach, na tzw. parkingu z widokiem, i jedziemy w stronę kamieniołomu. Tam czeka pierwsza trasa – Piorun. Nie stanowi absolutnej nowości, jej obecna postać została dopracowana przez kilka ostatnich lat.

Justyna – tym razem biegająca wokół i robiąca zdjęcia! – wspominała, iż była tu już wcześniej z dziewczynami na obozie enduro, prowadzonym przez Martynę Romanów. Ja kojarzyłem fragmenty z przeszłości. w tej chwili jest to przykład wykorzystania terenu w przemyślany sposób – nie tylko po to, by wykorzystać spadek, ale także by móc wrócić lub połączyć go z kolejnymi trasami. Więc z Pioruna wyjechaliśmy potem ku Kamieniołowi i rockslabowi. I tam dopiero się działo.

Cała nasza wycieczka, licząca tego dnia dwadzieścia parę osób, została sprawnie przez Adriana Baltyna z Izersky Collective podzielona na dwie podstawowe grupy: analogów i elektryków. O dziwo na elektrykach dotarliśmy do rockslaba pierwsi. I być może dlatego, iż nie było z nami Sławka Łukasika, który także uczestniczył w naszej eskapadzie, na początku było kombinowanie. Słynny rockslab przypomina swoim charakterem Utah, a kamień słynie z przyczepności. Jednocześnie jest stromy i wysoki, więc lęki były.

Część była też lekko zdeprymowana pierwszym przejazdem, gdy odważnego kolegę zamaszyście postawiło bokiem w połowie. Potem, gdy dotarł do nas Sławek i pokazał, iż to nic trudnego, masowo chętni rzucili się w przepaść.

A potem przyszła trasa, która zasługuje na swoją nazwę – Kita. Tam było gwałtownie i prosto w dół. Tym razem bez ekstremalnych wyzwań, poza oczywiście stromością i okolicznymi wielkimi głazami. Nic więc dziwnego, iż z euforią i w komplecie dojechaliśmy do rzeki.


I tu znów kłania się bardzo dobra organizacja całości, bo spadki kończą się przy parkingu nad rzeką. Chętni wrócili skrótem do punktu startu do Michałowic – to była grupa zelektryfikowana – albo skorzystali z shuttle’a, który pozbierał wszystkich tych, którzy nie mieli elektryków. Po dotarciu na górę mogliśmy wybrać szybkie pętelki, tym razem po Małym Michałku, albo zaopatrzenie w pobliskim sklepie.

Czy muszę powtarzać, iż choćby mróz nie zwolnił entuzjazmu do kolejnych prób pokonywania przeszkód? Gdyby nie fakt, iż w listopadzie już o czternastej widać, iż niedługo zapadnie zmrok, pewnie jeździlibyśmy dotąd. A jednak trasy między Michałowicami i Szklarską do jazdy po nocy idealne nie są.

Ja tym samym postawiłem na klasyczny underbiking, bo wziąłem tu za mały rower jak na prawdziwe trasy enduro. Zresztą ta sama charakterystyka dotyczy i tras w Świeradowie, i tych koło Borowic. Rower, który wziąłem, czyli Canyon Lux Trail – widzicie go też na zdjęciach – to odrobinę za mały sprzęt, żeby pewnie czuć się na pionowych ścieżkach u podnóża Karkonoszy i Izerów. Czy się dało? Oczywiście. Tylko na rockslabie miałem obawy, iż zbyt niski przód to troszeczkę za wiele jak na moją odwagę. Więc zostawiłem sobie zjazd po tej kultowej przeszkodzie na następny raz.

I nie miałem pompki do tłumika, żeby skorzystać z rad Sławka Łukasika z prelekcji podczas Festiwalu, gdzie wspominał o tym, iż na zawodach enduro obniża czasami ciśnienie, by też pewniej czuć się na stromiznach. Oraz ewentualnie o parę milimetrów pod nosi mostek. Czy by pomogło nie jestem pewien, ale wiem, iż na Nash Fest z chęcią wrócę, bo to przestrzeń pełna inspiracji, nie tylko rowerowych.


A na trasach następna wizytacja to oczywista oczywistość – i nie mam ochoty wybierać które – więc już myślę o dłuższym urlopie!
Tekst: Grzegorz Radziwonowski
Zdjęcia: Justyna Jarczok
Zobacz także









