
Nowy system Airbusa ma zwalczać drony kamikadze taniej i szybciej niż klasyczna obrona przeciwlotnicza. Pierwszy lot demonstracyjny już za nim.
Europa szuka dziś nie tylko skutecznych, ale przede wszystkim sensownie wycenionych sposobów walki z dronami kamikadze. Właśnie w ten problem celuje Airbus ze swoim Bird of Prey, czyli bezzałogowym przechwytywaczem, który ma wyszukiwać cele, klasyfikować je i zestrzeliwać niewielkimi pociskami powietrze-powietrze.
Pierwszy lot demonstracyjny już się odbył, a sam pomysł jest prosty i przez to groźny dla dotychczasowych schematów: zamiast marnować kosztowne efektory na relatywnie tanie bezzałogowce, lepiej wysłać przeciw nim tańszego, wielokrotnego użytku łowcę. jeżeli ten model zadziała tak, jak obiecują producenci, może mocno namieszać w myśleniu o obronie bardzo krótkiego zasięgu.
Airbus nie zbudował kolejnego drona. Zbudował myśliwego na tanie cele
Nowy system nie służy do rozpoznania, obserwacji ani do ataku na cele naziemne. Ma polować na inne drony, przede wszystkim na bezzałogowce uderzeniowe typu one-way attack, czyli konstrukcje wysyłane w jedną stronę, z głowicą bojową, bez zamiaru powrotu. To właśnie ten rodzaj zagrożenia stał się w ostatnich latach jednym z najbardziej uciążliwych problemów nowoczesnego pola walki.
Drony kamikadze są relatywnie tanie, można ich używać masowo, a do tego zmuszają obrońcę do ciągłego wybierania między skutecznością a ekonomią. Gdy do zestrzelenia niedrogiego celu potrzeba kosztownej rakiety, przewaga techniczna zaczyna finansowo pracować na korzyść atakującego.
Bird of Prey to bardziej element nowej warstwy obrony przeciwlotniczej niż klasyczny bezzałogowiec. Podczas pierwszego demonstracyjnego lotu w północnych Niemczech system autonomicznie wyszukał, wykrył i sklasyfikował średniej wielkości drona kamikadze, a następnie zaatakował go pociskiem Mark I.
Cały pokaz w założeniu miał przebiegać w realistycznym scenariuszu bojowym, co jest istotne, bo mówimy nie o statycznym pokazie technologii, ale o próbie zbliżenia się do rzeczywistego problemu operacyjnego. Sama demonstracja nie czyni oczywiście jeszcze z systemu gotowego produktu, ale pokazuje, iż projekt wyszedł już poza etap renderów i ogólnych deklaracji.
Siła tego systemu ma nie wynikać z wielkości, tylko z prostego rachunku ekonomicznego
Bird of Prey nie jest dużą platformą. Prototyp zbudowano na bazie zmodyfikowanego drona Do-DT25. Ma rozpiętość skrzydeł 2,5 m, długość 3,1 m i maksymalną masę startową 160 kg. To parametry, które od razu pokazują, iż Airbus nie idzie w stronę kolejnego dużego bojowego bezzałogowca, ale lekkiego, mobilnego środka przechwytującego.
Prototyp użyty w demonstracji miał 4 pociski Mark I, ale wersja operacyjna ma przenosić do 8 takich efektorów. Jeden dron ma więc nie tylko wylecieć po cel, ale potencjalnie wrócić i wykonać więcej niż jedno przechwycenie w ramach misji, a przy tym operować kosztem niższym niż tradycyjne systemy rakietowe używane przeciw znacznie tańszym obiektom.
Jeszcze ciekawszy jest sam pocisk. To mały, wysoko poddźwiękowy pocisk typu fire-and-forget o zasięgu do 1,5 km. Mierzy 65 cm, waży mniej niż 2 kg i według firm ma być najlżejszym naprowadzanym pociskiem przechwytującym tej klasy. Uzbrojono go w głowicę odłamkową zaprojektowaną do neutralizacji celu z niewielkiej odległości.
To nie jest więc broń do klasycznej wojny rakietowej w skali, jaką kojarzymy z systemów średniego czy dalekiego zasięgu. To broń do szybkiego, bliskiego wycinania relatywnie małych i tanich celów powietrznych. Właśnie taki efektor ma budować nową ekonomię walki z dronami, bo jeżeli można produkować go masowo i tanio, wtedy przestają obowiązywać zasady, w których obrońca każdą kolejną falę dronów odpiera coraz droższym arsenałem.
Cały pomysł nie bierze się z fascynacji autonomią
To, co Airbus i Frankenburg próbują tu sprzedać wojsku, nie jest wyłącznie nową platformą. To przede wszystkim nowa odpowiedź na problem koszt asymetryczny, który rozlał się po współczesnych konfliktach. Tanie drony kamikadze potrafią przeciążać choćby najbardziej rozbudowaną obronę powietrzną, bo zmuszają do reakcji, a każda taka reakcja przecież kosztuje. I to dużo.
Jeśli pocisk przechwytujący jest wielokrotnie droższy od napastnika, obrońca teoretycznie wygrywa taktycznie, ale może przegrywać finansowo i logistycznie. Airbus wprost komunikuje, iż Bird of Prey ma załatać lukę zdolnościową tam, gdzie wojsko sobie nie radzi, a Frankenburg dorzuca do tego narrację o nowym rachunku dla obrony powietrznej. Celem nie jest więc stworzenie najpotężniejszego drona myśliwskiego świata, tylko systemu, który da się wystawiać licznie i używać bez poczucia, iż każda obrona jednego celu boli portfel bardziej niż sam atak.
Airbus nie chce działać samotnie
Airbus mocno podkreśla, iż system ma być wpięty w natowską architekturę zintegrowanej obrony powietrznej przez istniejące systemy dowodzenia i kontroli, przede wszystkim przez Fortion IBMS, czyli Integrated Battle Management Software.
To bardzo istotny element całego projektu. Dziś problemem obrony przeciw dronom nie jest już tylko samo posiadanie sensora czy efektora. Coraz częściej ważne staje się to, czy potrafią one działać jako część większej, warstwowej architektury, gdzie cele są wykrywane, priorytetyzowane i przekazywane do odpowiedniego środka rażenia bez chaosu, dubli i marnowania zasobów.
Fortion IBMS to oprogramowanie dowodzenia do naziemnych systemów obrony powietrznej, obsługujące środowiska C-sUAS, VSHORAD, SHORAD i MRAD, z otwartą architekturą i możliwością skalowania. Oznacza to, iż Bird of Prey ma być mobilnym elementem bardziej rozbudowanej układanki. To właśnie może okazać się jedną z jego największych zalet.
Sam dron przechwytujący jest oczywiście ciekawy, ale naprawdę poważną propozycją staje się dopiero wtedy, gdy można go wrzucić do systemu, który już zarządza sensorami, wyrzutniami i decyzjami ogniowymi. W nowoczesnej obronie przeciwlotniczej to często ważniejsze niż sama platforma.
Ten test jest dopiero początkiem, ale tempo prac już teraz zwraca uwagę
Od startu projektu do pierwszego demonstracyjnego lotu minęło zaledwie 9 miesięcy. To bardzo krótko jak na program wojskowy, zwłaszcza taki, który łączy nową konfigurację bezzałogowca, uzbrojenie i autonomiczne wykonanie sekwencji wykrycia oraz ataku. Oczywiście szybkie tempo nie oznacza jeszcze pełnej dojrzałości, ale i tak może imponować.
Jeszcze na ten rok obydwie firmy planują kolejne loty z użyciem ostrej głowicy, aby dalej umacniać i rozwijać system oraz pokazać jego pełne możliwości potencjalnym klientom. To istotny etap, bo dopiero testy z konfiguracją bojową i dalszą walidacją pozwolą ocenić, czy Bird of Prey jest kandydatem do wdrożeń, czy na razie tylko dobrze rokującym demonstratorem.
Mimo to już teraz widać, dlaczego projekt budzi zainteresowanie. Pole walki na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie bardzo brutalnie pokazało, iż obrona powietrzna potrzebuje czegoś pomiędzy ciężkimi, kosztownymi systemami rakietowymi a improwizowanym zestrzeliwaniem celów z armat i karabinów.
Bird of Prey próbuje wejść właśnie w tę dosyć wąską szczelinę. Jest mobilny, wielokrotnego użytku, niesie kilka lekkich pocisków, a do tego ma działać w systemie. To zestaw cech, który może być szczególnie atrakcyjny dla ochrony lotnisk, baz, infrastruktury krytycznej czy kolumn wojskowych narażonych na roje lub fale tańszych bezzałogowców.
*Źródło zdjęcia głównego: Airbus














